Motocykl poleca:

Turystyka: Alpy 2003

Poleć ten artykuł:

Obierając drogę powrotną z podróży do źródeł Dunaju, zdecydowałem się na trasę nie najkrótszą z możliwych. Wszystko po to, żeby nasycić oczy wspaniałymi krajobrazami Alp.
Zobacz całą galerię

Zaraz na początku drogi powrotnej miałem ogromne szczęście. Z okna pokoju hotelowego widziałem źródło Bregu. Ale nie mogłem przesadnie długo rozkoszować się tym widokiem – czekała mnie daleka trasa. Pierwszą osobliwością, którą odwiedziłem, był składający się z wielu odcinków, ciągnących się na przestrzeni 163 metrów, bardzo efektowny wodospad na rzece Gutach w okolicy Tribergu. Tu zrozumiałem, dlaczego Schwarzwaldowi nadano tę nazw ę (Czarny Las). Od ciemności, do której dołożyły się chmury burzowe, uwolniłem się dopiero koło Furtwangen, gdzie w muzeum zegarów poświęciłem kilka chwil na podziwianie wspaniałych mechanizmów. Potem już w pełnym słońcu prowadziłem swą Hond ę Innova w kierunku jeziora Titisee, miejsca ulubionego przez Niemców i masowo odwiedzanego w weekendy.

Stąd ruszyłem na południe, w kierunku szwajcarskiego Schaffhausen. W mieście od razu natknąłem się na wspaniały, ogromny wodospad Rheinfall. Kiedy tak wpatrywałem się w płynący przede mną Ren, zacząłem się zastanawiać, skąd wypływa, i w ten sposób moim następnym celem podróży stało się Jezioro Bodeńskie. Nie był to jednak widok szczególny, bowiem susza trapiąca właśnie Europę spowodowała opadnięcie wód zasilanego przez Ren jeziora Untersee, a także połączonego z nim Jeziora Bodeńskiego. Tak więc, okrążywszy Jezioro Bodeńskie od południa, wjechałem do Niemiec. Chmury, które pojawiły się nagle, równie szybko znikły. Jadąc górskimi drogami biegnącymi przez jedną z piękniejszych okolic świata, przy resztkach zachodzącego słońca, zahaczyłem o Oberstaufen w pobli żu Lindenberga i zmierzałem do Immenstadt. O zmierzchu, mocno zziębnięty, zatrzymałem się na nocleg w jednym z pensjonatów w Fischen w dolinie Iller.



   
Wodospad w Schaffhausen. Jest tak piękny, że nie sposób przejechać obok niego obojętnie.
Widok z najwyższego punktu Zillertal Höhenstrasse. Po takim wjeździe musiałem dać Innovie chwilę na złapanie oddechu.  

Gdy następnego dnia rano wyruszyłem dalej, gdzieś koło Baad, ku mojemu zdziwieniu, nagle droga się skończyła. Nawet nie zauważyłem, kiedy wjechałem do Austrii. Trasa, którą wynalazłem na mapie, robiąc to chyba trochę bez głowy, okazała się w rzeczywistości nieprzejezdna, ale niepotrzebną stratę czasu powetowała mi uroda tej drogi. Zrobiwszy nieplanowany objazd, dotarłem do Füssen od zachodu, a nie, jak zamierzałem, od południa. Szybciutko jednym susem, bo tylko w 30 minut, wjechałem na wiadukt powyżej zamku. I tym razem, z braku czasu nie udało mi się zajrzeć do muzeum zamkowego, ale znów przez parę minut mogłem zachwycać się bajecznie pięknym widokiem zespołu budynków.

Od Füssen, śmigając między szczytami dwutysięczników, obrałem kierunek na południe. Przede mną roztaczał się piękny i urozmaicony krajobraz doliny Innu. Troch ę czasu straciłem na przebicie się przez korki popołudniowego szczytu komunikacyjnego w Innsbrucku. Posuwając się w kierunku Salzburga, w Strass skręciłem w prawo w dolinę rzeki Ziller i w Fügen zatrzymałem się na nocleg.

Następny poranek poddał mi pomysł, że skoro już jestem w austriackim narciarskim raju, spróbuję wjechać na któryś ze szczytów Alp Zillertalskich, przynajmniej tak daleko, jak się da. Innova z dziecinną łatwością pokonała pnącą się w górę 48-kilometrową, płatną Zillertaler Höhenstrasse, wiodącą do parkingu Melchboden leżącego na wysokości 2020 m n.p.m. Zachwycająca panorama, ale nie ma czasu, pędzę dalej. Zamiast uważać na drogowskazy, podziwiam krajobraz. W ten sposób przegapiam skręt w kierunku Gerlos i dopiero koło Mayrhofenn, widząc wokół co chwilę kolejki linowe, zaczynam podejrzewać, że między stykającymi się ze sobą trzytysięcznikami nie będzie żadnego przejazdu. A zatem z powrotem w dolinę, stąd szybko między szczyty liczących powyżej tysiąca metrów Alp, do Kitzbühel.


     
Krótki przegląd możliwości podróżowania po Alpach: Innovą, tak jak ja, zabytkowym Rolls Royce’em lub kamperem. Niektórzy wybierają wąskotorową ciuchcię. Zdarzają się też trajki-samoróbki. 

Gerlos Alpenstrasse wiedzie mnie do wodospadu Krimml, gdzie pomimo upału funduję sobie szybką pieszą wycieczkę do stóp kaskady. Potem wzdłuż biegu rzeki Salzach zjeżdżam w kierunku Zell am See. Moją ciekawość drażnią lodowce wyłaniające się w przerwach między widocznymi po prawej stronie pasmami gór. Bez większego namysłu skręcam w ich kierunku. Gdzieś koło Habach drogę zagradza szlaban, tablica obok informuje, że samochody należy pozostawić na parkingu i tylko pieszo można przebyć dalsze 7,5 km drogi. Pewna miła i ładna blondynka na motocyklu trialowym, widząc moje niezdecydowanie, kusi mnie, obiecując, że jeśli będę jechał za nią, nic złego mnie po drodze nie spotka. I co się okazało? Zaraz po ominięciu rogatki i przejechaniu 1,5 kilometra z naprzeciwka pojawiło się policyjne auto. I co? Nawet się nami nie zainteresowali. Trasą koryta malowniczego potoku Habach, gdzieniegdzie otoczonego olbrzymimi skałami, docieramy do położonego na wysokości 1380 metrów budynku hotelu Alpenrose, który na pewno dawno święcił swoje stulecie. Stąd już sam jadę dalej, aż do drewnianego domku Moaralm. Mogłem wjechać wąziutką ścieżką jeszcze wyżej, ale na wpół zlodowaciały, szarobrudny lodowiec nie był wart podejmowania aż takiego ryzyka. Przecież czeka mnie jeszcze dzisiaj daleka droga. Natomiast udało mi się zobaczyć rzecz wyjątkową, czyli to, w jaki sposób sporządza się tu ser z mleka od krów wypasanych w pobliżu lodowca. Próbowałem, bardzo smaczny.

Powróciwszy na szosę w kierunku Zell am See, zatrzymuję się jeszcze na chwilę, aby wykorzystać resztkę ciepła zachodzącego słońca, a potem udaję się w dalszą drogę w kierunku Saalfelden. Nie mam zamiaru zrezygnować z przyjemności pokonania znanych mi już z moich poprzednich wypraw kilkunastoprocentowych zjazdów i fantastycznych serpentyn. Zjeżdżam więc na łeb, na szyję, aż do Bischofshofen. Gdzieś pogubiłem się na tej mojej wcześniej zaplanowanej trasie do Grazu i nagle znalazłem się na wjeździe na autostradę. Dobrze mi zrobiło rozgrzanie się w 6,5-kilometrowej długości tunelu. Kiedy w końcu w okolicy St Michael przed rogatką nowego, płatnego odcinka chciałem zjechać z autostrady, przy punkcie elektronicznej kontroli opadł przede mną szlaban. Błysnęła mi myśl, żeby zanim wyskoczy na mnie z ciemności ochrona, przechylić motocykl na bok i prześlizgnąć się pod szlabanem. Tymczasem z tyłu pojawiło się jakieś auto. Na moje szczęście, czujnik zareagował na jego identyfikator, szlaban uniósł się, ja zaś czmychnąłem, ile fabryka dała.


   
Jakże malutki wydaje się zamek Zillertal widziany z Höhenstrasse! 
W muzeum zegarów w Furtwagen, w Schwarzwaldzie. 

W dolinie Muru przy blasku wschodzącego księżyca jechałem spokojnie i w dobrym nastroju – w końcu zbliżałem się do własnego kraju. Przed północą w Murau zatankowałem i na stacji benzynowej w bufecie uczciłem ciepłą kolacją zbliżający się koniec wyprawy i – mimo lekkich wyrzutów sumienia – udanej ucieczki na autostradzie. Nie podejrzewałem wówczas, że nadenerwuj ę się jeszcze. Skąd bowiem mogłem wiedzieć, że austriackie stacje benzynowe w nocy nawet przy najgłówniejszych trasach są pozamykane? Krótko mówiąc, w Grazu powinienem był zatankować, ale nie udało mi się znaleźć tej jedynej stacji benzynowej, która teoretycznie powinna być czynna. Nie chcąc się dalej błąkać po mieście i tracić resztek benzyny, która mi została, postanowiłem zaryzykować i dojechać do granicy na jednolitrowym zapasie, który właśnie na takie okazje zawsze wożę w bagażniku. Ku mojej ogromnej uldze, udało mi się nie tylko dojechać do granicy, ale też uniknąć po drodze wjechania w stado sarenek hulających po wzgórzach w pobliżu Grazu. Jedna z nich w ciemności wyskoczyła mi z boku i co prawda udało mi się nie upaść, ale przód motocykla trochę ucierpiał. Na szczęście obaj, ja i motocykl, pozostaliśmy na chodzie. O godz. 5 rano tankowałem na węgierskiej stacji benzynowej w Rábafüzes. Od Veszprém powoli rozgrzewałem się w promieniach wschodzącego słońca.

Około godz. 9 dotarłem do Budapesztu. W sumie przejechałem 4880 km. To wystarczy, aby powiedzieć z pełnym przekonaniem, że Honda Innova, wbrew pozorom, nadaje się do takich wypraw. Wprawdzie nie było mi dane rozkoszować się tempem jazdy, ale w zamian mogłem podziwiać cudowne widoki i dotarłem w takie miejsca, do których nigdy nie udałoby się dojechać dużym motocyklem.

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij