Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
2.7

Turystyka Alpy - 4300 km radości

Wreszcie stało się – jedziemy w Alpy! W rolach głównych Yamaha FZ6 Fazer ze mną i Gosią, Honda VFR 750 z Przemem i Lu, a na doczepkę Romans na Suzuki GS 500.

Dzień 1: Gdańsk–Praga (700 km od startu). Startujemy we czwórkę. Początkowo wszystko idzie jak po maśle. Aż do Jeleniej Góry. Tam zaczynamy etap „mokry”. Wbijamy się w kondomy i ruszamy dalej. Na autostradzie do Pragi leje tak, że Przemo ledwo widzi moje tylne światło. Zatrzymujemy się na jakiejś stacji benzynowej, żeby wbić w nawigację adres akademików, w których zamierzamy nocować. Przy okazji widać pierwsze ofi ary deszczu – Gosia ma ze 2 litry wody w butach.

Na szczęście do celu dojeżdżamy bez przygód. W akademiku są rodacy, od których dziewczyny pożyczają suszarkę, i przez 1,5 godziny reanimują ciuchy oraz buty. Wieczorem deszcz przeszedł, więc możemy zrobić krótki rajd po ślicznym Starym Mieście.



Dzień 2: Praga–Zell am See (1200 km od startu). Akademik opuszczamy bez żalu, ale i bez śniadania, więc wkrótce żołądki zaczynają wołać o swoje prawa. Lekko plastikowe żarcie na pierwszej lepszej stacji benzynowej załatwia sprawę. Odnieśliśmy wrażenie, że kierowcy zza południowej granicy są jacyś lepsi niż nasi: patrzą w lusterka, ustępują drogi…

Austria wita nas widokami gór na horyzoncie. Ale też czarnymi chmurami. Trochę popadało, ale po wczorajszej kąpieli nic nie było w stanie nas złamać. Wieczorem ognisko i dylemat – sztywno trzymać się planu, czy lekko go uelastycznić. Pokusa zakrętów w drodze na lodowiec Grossglockner wygrała.


     
Szwajcaria zapiera dech w piersiach. Warto było pokonaćtyle kilometrów, żeby się o tym przekonać.  Na przełęczy Stelvio nie mogło być inaczej: szus naśniegu w środku lata to za duża pokusa, żeby odpuścić.  Po drodze minęliśmy Tybet… Nie ten azjatycki, ale zawsze... Tak nazywa się knajpa naszczycie przełęczy Stelvio. Trafiona nazwa! 

Dzień 3: Zell am See–Grossglockner–Zell am See (ok. 1550 km od startu). Wstajemy raniutko, żeby posmakować zakrętów bez kamperów i autobusów po drodze. Dwa dni temu podobno padał śnieg, ale jest dobrze – droga w większości sucha, gdzieniegdzie tylko spływa woda (tylko dlaczego akurat na najlepszych łukach?). Na Bikers’ Point leży kupa śniegu. Mróz szczypie, gdy tylko słońce zniknie choć na chwilę, ale na razie pogoda wymarzona. Na lodowcu ruch jak na Marszałkowskiej, ale dla widoków warto się tam wepchać. Z powrotem do Zell am See poradzono nam, aby wjechać w kilka „ślepych” dróżek zmierzających w góry. Ekstra!

Wieczorem dzwoni Romek – prawie dojechał, ale nie wie jak dalej. Zaledwie kilka minut wystarczyło, żeby odkryć, że zaparkował za krzakiem 25 m dalej...

Dzień 4: Zell am See–Arabba (2000 km od startu). Według planu miało być trochę więcej, ale jak się słyszy z nawigacji „Do celu 28 km – 1,5 godziny”, zaczyna brakować dnia. Oprócz tego zawinęliśmy na Nockalmstrasse, przez niektórych ocenianą jako nawet lepszą niż Grossglockner. Po opłaceniu wjazdu wspinamy się. Pierwsze wrażenie jakieś kiepskie – droga niezbyt dobra, góry jakieś takie małe i w ogóle chyba oczekiwania były większe. Ale zaraz za Bikers’ Point zaczęło się! Serpentyny pierwsza klasa. Czasami tylko dziwne metalowe kratki ściekowe w poprzek drogi psują zabawę. Ale banana na twarzy mamy do końca. Włoska strona nawet lepsza niż austriacka. Ręka cały czas uniesiona w geście pozdrowienia – takich jak my jest tam wieeeeeelu. A trasa całkiem, całkiem. Przemo szlifuje buty po asfalcie i próbuje zamknąć oponę (wprawdzie się nie udało, ale postępy po takich serpentynach były duże). Kiedy dotarliśmy gdzieś wysoko, na postoju zebrało się na mały deszczyk z piorunami. W rezultacie był i deszczyk, i dreszczyk po tym, jak walnęło kilkaset metrów od nas.

Nocujemy w miejscowości Arabba – za 32 euro od łebka rozkoszujemy się widokami z okna, prysznicem i wszelakimi wygodami. Pizza też jest – włoska, na cienkim cieście. I winko na litry.

   

Dzień 5: Arabba–Trin (2450 km od startu). Żal opuszczać ten pensjonat i w ogóle to miejsce, ale dzisiaj w programie mamy przejazd przez następną atrakcję: przełęcz Stelvio. Wcześniej przejeżdżamy przez wioskę Corvara in Badia. Jak tylko wygram w Lotto, natychmiast się tam przeprowadzam! Ale na razie slalomujemy dalej ku parkowi narodowemu.

Tutaj kilka słów o włoskich skuterzystach. Że jeżdżą, tak to nazwijmy, z fantazją – to wiadomo. Ale żeby nie można było dogonić faceta w T-shircie i w mokasynach na długiej prostej, grzejąc gruuuubo ponad dozwoloną prędkość...?

Romek przegapia zjazd na Stelvio. Trochę czekamy, niestety facet nie pojawia się. Jedziemy bez niego. Droga do góry to istne szaleństwo. 100-200 m i nawrót o 180°. I tak 48 razy! Na poboczu ciągnie się niewysoki murek, a za nim przepaść. Jedynka i dwójka to jedyne używane biegi, wiatrak w chłodnicy cały czas na chodzie. Jedziemy na 2757 m, na trzecią najwyższą przełęcz w Alpach. U góry oczywiście śnieg, i to w takiej ilości i tak blisko, że żal było nie zjechać po białym na czterech literach.

Po drugiej stronie góry zjazd jest łagodniejszy – na szczęście, bo po krętym wjeździe mieliśmy dosyć wrażeń na ten dzień. Na obiad zajeżdżamy do Livigno, słynnej miejscowości narciarskiej. A tam ups… sjesta. Tym razem na obiad mamy tylko lody... W miejscowości Trin w Szwajcarii przy pomocy lokalnego fryzjera znajdujemy pensjonacik. Po obejrzeniu cen w karcie dań wszyscy nagle zmieniają zdanie: już nie jesteśmy głodni, mamy ochotę tylko na picie :-)

parę przydatnych informacji 
 Inne Turystyka: Alpy 2010Waluta: płacenie w euro nie zawsze się opłaca. Moja rada: karta kredytowa tam, gdzie można, reszta w lokalnej walucie z bankomatu, w portfelu tylko 100 euro na wszelki wypadek.
Noclegi: Czechy : ok. 38 zł za akademik, Austria, Włochy, Szwajcaria, Niemcy: 120-155 zł.
Trasy widokowe:
► Großglock ner: 18 euro, otwarte od g. 5 do 21.30 (16 czerwca – 15 września); trzeba wcześniej sprawdzić warunk i pogodowe, bo jak napada śnieg trasa jest zamknięta,
► Nockalmstraße: 8 euro, otwarte w godz. 8-18 (maj – październik), jeśli masz bilet z Großglockner zniżka,
► przełęcz Stelvio: 10 euro, otwarte cały czas, chyba że napada śnieg,
► kolejka linowa na lodowiec Trift: 20 CHF w obie strony, otwar te od 8 do 17 (lipiec – sierpień), może być zamknięte z powodu złej pogody.
Koszty całkowite: w przybliżeniu można przyjąć, że każdy przejechany kilometr w Europie zachodniej to niecały 1 zł/osobę.
 

Dzień 6: Trin–Meiringen (2700 km od startu). Na początek bawimy się w poszukiwaczy kanionu, ale bez sukcesu. Później okazuje się, że kanion jest, ale po drugiej stronie rzeki. Trudno. Jazdę umilają nam widoki między Wassen a Gadmen. Tym razem droga wije się u stóp góry lekkimi zakrętami. Miodzio! W Meiringen szybko znajdujemy apartamenty. Mamy czas, aby pojechać 14 km dalej i zobaczyć Triftbrücke – wiszący linowy most nad jeziorkiem polodowcowym. Okazuje się jednak, że kolejka linowa, która transportuje chętnych do połowy drogi, jest nieczynna z powodu zbyt dużego wiatru. Wracamy. I całe szczęście, bo punktualnie o 17 przychodzi oberwanie chmury. Ale my sączymy już wtedy lokalny złoty środek nasenny.

Dzień 7: Triftbrücke (2750 km od startu i 6 godzin na piechotę). O ósmej rano jesteśmy na górnej stacji kolejki i według drogowskazu na most linowy jest „tylko” 1,5 h drogi. Na razie wszyscy mamy banana na twarzy, ale zmienia się to już po kilkuset metrach wspinaczki. Zadyszka, szybkie bicie serca, zwiotczałe nogi itp. przyjemności… Jednak u celu wiemy, że warto było: jęzor lodowca kilkaset metrów przed nami, a jeziorko i wartki strumień 100 m pod nami.

Triftbrücke zaliczony, wracamy, tym razem do samego dołu na piechotę. Boleśnie odkrywam mięśnie w nogach, których istnienia do tej pory nie byłem świadomy. Po drodze kilka wspinaczek, stromych zejść, oczek wodnych w przepaściach, kamiennych wąwozów lawinowych – ot, Alpy na pełnym wypasie.



Dzień 8: Meiringen – (prawie) Berlin (niemal 3850 km od startu). Od rana ciśniemy pod Berlin, aby wymoczyć obolałe członki w wodach Tropical Island. Na początku powolnie człapiemy po alpejskich szlakach. Nadal jest co podziwiać. No, a potem niemieckie autostrady – można zasnąć z nudów, zamiast baranów licząc kilometry do końca, którego jakoś długo nie było widać.

Dzień 9: Berlin–Gdańsk (4300 km od startu). Jajeczniczka, boczuś, masełko, chrupiące pieczywko… Śniadanie, że żyć nie umierać! Wybaczamy terroryście Przemkowi, że tak wcześnie wyciągnął nas z łóżek. Przed nami cały dzień laby w tropikach. Tu jakieś małe morze, ówdzie laguna, mały gaik tropikalny, żółwie, rybki, wodospady, zjeżdżalnie… Po takiej wyprawie miło, zwłaszcza że na koniec zafundowaliśmy sobie maraton w saunie. W Gdańsku jesteśmy po drugiej w nocy. Niektórzy za kilka godzin idą do pracy…

Dzień 1: Gdańsk–Praga (700 km od startu). Startujemy we czwórkę. Początkowo wszystko idzie jak po maśle. Aż do Jeleniej Góry. Tam zaczynamy etap „mokry”. Wbijamy się w kondomy i ruszamy dalej. Na autostradzie do Pragi leje tak, że Przemo ledwo widzi moje tylne światło. Zatrzymujemy się na jakiejś stacji benzynowej, żeby wbić w nawigację adres akademików, w których zamierzamy nocować. Przy okazji widać pierwsze ofi ary deszczu – Gosia ma ze 2 litry wody w butach.

Na szczęście do celu dojeżdżamy bez przygód. W akademiku są rodacy, od których dziewczyny pożyczają suszarkę, i przez 1,5 godziny reanimują ciuchy oraz buty. Wieczorem deszcz przeszedł, więc możemy zrobić krótki rajd po ślicznym Starym Mieście.



Dzień 2: Praga–Zell am See (1200 km od startu). Akademik opuszczamy bez żalu, ale i bez śniadania, więc wkrótce żołądki zaczynają wołać o swoje prawa. Lekko plastikowe żarcie na pierwszej lepszej stacji benzynowej załatwia sprawę. Odnieśliśmy wrażenie, że kierowcy zza południowej granicy są jacyś lepsi niż nasi: patrzą w lusterka, ustępują drogi…

Austria wita nas widokami gór na horyzoncie. Ale też czarnymi chmurami. Trochę popadało, ale po wczorajszej kąpieli nic nie było w stanie nas złamać. Wieczorem ognisko i dylemat – sztywno trzymać się planu, czy lekko go uelastycznić. Pokusa zakrętów w drodze na lodowiec Grossglockner wygrała.


     
Szwajcaria zapiera dech w piersiach. Warto było pokonaćtyle kilometrów, żeby się o tym przekonać.  Na przełęczy Stelvio nie mogło być inaczej: szus naśniegu w środku lata to za duża pokusa, żeby odpuścić.  Po drodze minęliśmy Tybet… Nie ten azjatycki, ale zawsze... Tak nazywa się knajpa naszczycie przełęczy Stelvio. Trafiona nazwa! 

Dzień 3: Zell am See–Grossglockner–Zell am See (ok. 1550 km od startu). Wstajemy raniutko, żeby posmakować zakrętów bez kamperów i autobusów po drodze. Dwa dni temu podobno padał śnieg, ale jest dobrze – droga w większości sucha, gdzieniegdzie tylko spływa woda (tylko dlaczego akurat na najlepszych łukach?). Na Bikers’ Point leży kupa śniegu. Mróz szczypie, gdy tylko słońce zniknie choć na chwilę, ale na razie pogoda wymarzona. Na lodowcu ruch jak na Marszałkowskiej, ale dla widoków warto się tam wepchać. Z powrotem do Zell am See poradzono nam, aby wjechać w kilka „ślepych” dróżek zmierzających w góry. Ekstra!

Wieczorem dzwoni Romek – prawie dojechał, ale nie wie jak dalej. Zaledwie kilka minut wystarczyło, żeby odkryć, że zaparkował za krzakiem 25 m dalej...

Dzień 4: Zell am See–Arabba (2000 km od startu). Według planu miało być trochę więcej, ale jak się słyszy z nawigacji „Do celu 28 km – 1,5 godziny”, zaczyna brakować dnia. Oprócz tego zawinęliśmy na Nockalmstrasse, przez niektórych ocenianą jako nawet lepszą niż Grossglockner. Po opłaceniu wjazdu wspinamy się. Pierwsze wrażenie jakieś kiepskie – droga niezbyt dobra, góry jakieś takie małe i w ogóle chyba oczekiwania były większe. Ale zaraz za Bikers’ Point zaczęło się! Serpentyny pierwsza klasa. Czasami tylko dziwne metalowe kratki ściekowe w poprzek drogi psują zabawę. Ale banana na twarzy mamy do końca. Włoska strona nawet lepsza niż austriacka. Ręka cały czas uniesiona w geście pozdrowienia – takich jak my jest tam wieeeeeelu. A trasa całkiem, całkiem. Przemo szlifuje buty po asfalcie i próbuje zamknąć oponę (wprawdzie się nie udało, ale postępy po takich serpentynach były duże). Kiedy dotarliśmy gdzieś wysoko, na postoju zebrało się na mały deszczyk z piorunami. W rezultacie był i deszczyk, i dreszczyk po tym, jak walnęło kilkaset metrów od nas.

Nocujemy w miejscowości Arabba – za 32 euro od łebka rozkoszujemy się widokami z okna, prysznicem i wszelakimi wygodami. Pizza też jest – włoska, na cienkim cieście. I winko na litry.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Wreszcie stało się – jedziemy w Alpy! W rolach głównych Yamaha FZ6 Fazer ze mną i Gosią, Honda VFR 750 z Przemem i Lu, a na doczepkę Romans na Suzuki GS 500.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:05:11
  • avatar
    zgłoś
    Ja bym na twoim miejscu przełożył termin tak gdzieś na czerwiec bo okresie którym chcesz jechać na większości tras alpejskich zalega śnieg i są pozamykane.
    mar1000, 2011-01-06 21:17:23
  • avatar
    zgłoś
    Wybieram się w bardzo podobną trasę w terminie 1-8 maj, zastanawiam się czy nie będzie za zimno, i czy noclegi w namiocie są realne? W jakim terminie odbył się wyjazd autorów tej wyprawy?

    Alister, 2010-11-17 20:02:33
  • avatar
    zgłoś
    Zazdroszczę życzliwie :)
    jorg, 2010-08-25 16:36:35