Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Turystyka Bałkany

Decyzja zapadła szybko – Bośnia i Czarnogóra. Trochę przewodników i map, do tego komputer – tak powstała bardzo ciekawa trasa przez Bałkany. Powódź zmusiła nas do jej zmiany. Mimo to wyprawa udała się.

Termin ustaliliśmy na przełom maja i czerwca. Gigantyczna powódź, która w maju 2014 zalała Bałkany, zmusiła nas do zmiany trasy. Nerwowe studiowanie prognoz, informacji i zdjęć utwierdziło nas w przekonaniu, że przejazd przez środek Bośni nie wchodzi w rachubę. Dlatego postanowiliśmy, że środkową Bośnię objedziemy przez Chorwację i do Czarnogóry dotrzemy górami. W piątkowe popołudnie, zaraz po pracy, w cztery motocykle wystartowaliśmy przez Cieszyn do Słowacji.

Skład naszej ekipy: Andrzej na Fazerze, Gutek na BMW R 1200 GS Adventure, Axel na Suzuki V-Stromie i ja na Triumphie Tigerze. W Veĺkym Mederze pod granicą słowacko-węgierską znaleźliśmy wieczorem fajny pensjonat. W nim, po znacznym uszczupleniu naszych skąpych zapasów żywności, poczuliśmy zew przygody i to, że odrywamy się od codziennych problemów. W sobotę pognaliśmy na Węgry. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Tapolcy – mieście, gdzie funkcję rynku pełni malownicze jeziorko. W pływającej po wodzie przytulnej knajpce zjedliśmy małe co nieco. Axel wziął galicyjską zupę czosnkową, świetną w Czechach i na Słowacji. Naciął się, bo w wersji węgierskiej była to... zupa mleczna z czosnkiem. Wszyscy jej spróbowaliśmy dwa razy – pierwszy i zarazem ostatni.
Następnie trasa wiodła wzdłuż Balatonu na południowy zachód w stronę granicy z Chorwacją. Na przejściu granicznym pan, spojrzawszy na Gutkowy paszport, zrobił się purpurowy i zaniemówił. Rzuciliśmy się nie tyle z pomocą, co z ciekawości, co tak poraziło funkcjonariusza. Okazało się, że Gutek, nawet mimo kasku na głowie, nie miał najmniejszych szans na sukces w udawaniu własnej żony. Ona to bowiem była na paszportowym zdjęciu. Tak wyrzucili nas z Chorwacji. Na ziemi niczyjej, gdzieś między Węgrami a Chorwacją, zadecydowaliśmy, że w tej sytuacji Gutek z Axelem jadą do Mikulova w Czechach, dokąd syn Gutka dowiezie z Katowic właściwy paszport, a my śmigamy dalej zgodnie z planem. Chłopcy, jadąc autostradami, następnego dnia powinni nas dogonić nad Adriatykiem. Gdy zabrakło wśród nas Gutka, okazaliśmy się mile widzianymi gośćmi bratniego
słowiańskiego państwa i bez przeszkód przekroczyliśmy granicę, skąd pojechaliśmy do Varaždina. Nucąc pod nosem arię „Jedź do Varaždinu” z operetki „Hrabina Marica”, znaleźliśmy z Andrzejem przemiły pensjonat z zamykanym placykiem dla motocykli. Miasto było przepiękne, na uliczkach grały fajne kapele, więc snuliśmy się do późnej nocy.
W niedzielny poranek pomknęliśmy do Zagrzebia. Poogląda­liśmy tam ładne centrum, parki, nieco zabytków, występy zespołów ludowych i parkowej orkiestry. Z Zagrzebia kręta trasa zaprowadziła nas do Slunj. Po drodze stanęliśmy przy ślicznych wodospadach z zabytkowymi tureckimi młynami i klimatyczną knajpką. Po obiedzie zaczęło zdrowo lać. „Czy to aby nie początek kolejnej powodzi?” – naszła nas myśl.
Przeciwdeszczowo poubierani początkowo ruszyliśmy drogą nr 1, a następnie wbiliśmy się w góry w stronę morza. Deszcz trochę odpuścił, droga stała się bezludna, czasami mijaliśmy zupełnie puste wsie ze zniszczonymi domami i szkołami. Wielkie wrażenie zrobiły na nas ruiny całkiem ładnego kościoła (cerkwi?). Na pustej przełęczy znaleźliśmy kilka grobów, w tym dwóch Czechów z sił UNPROFOR. Na ostatniej tego dnia przełęczy o nazwie Oštarijska Vrata, z pięknym widokiem na Adriatyk, wiał huraganowy wiatr. Jeden z porywów przewrócił mojego dociążonego na maksa i niby stabilnie ustawionego Tigera.

Przełęcz Oštarijska Vrata nad Karlobagiem – 927 m n.p.m. Huraganowy wiatr na przełęczy właśnie chce przewrócić Andrzeja.

Nago w zatoczce
Do Karlobagu, gdzie stanęliśmy na nocleg, dołączyli Axel z Gutkiem i już razem zjedliśmy kolację. Kolejny dzień przyniósł fajną monotonię: słońce, po lewej piękne góry, po prawej granatowe morze z pasmem białych wysp na horyzoncie, droga składająca się tylko z zakrętów. Miłym akcentem była
kąpiel w zatoczce. Nie dokopaliśmy się w kufrach do kąpielówek, ale uznaliśmy, że i bez nich jest OK.

Kierunek Bałkany!

Po noclegu w Makarskiej, jadąc przez malownicze góry, dotarliśmy do Mostaru. Miasto bardzo nam się podobało: turecka zabudowa, szmaragdowa rzeka Neretwa, egzotyczne zwyczaje, widoki i zapachy. Widzieliśmy, jak chłopak skoczył z 27-metrowej wysokości mostu Tureckiego do Neretwy, po czym – ku naszemu zachwytowi – jak gdyby nigdy nic wypłynął.
Za Mostarem zaczęły się dzikie góry, jakże inne od naszych: puste i dość dobre drogi, miasteczka co kilkadziesiąt kilometrów. W pewnym momencie zupełnie nieoczekiwanie wjechaliśmy do Republiki Serbskiej. Tam – przejechawszy przez wąwóz Sutjeska, słynny dzięki wielkiej bitwie z czasów II wojny światowej i upamiętniającym go filmom – dotarliśmy do Fočy. Nad samym brzegiem Driny stanęliśmy w pensjonacie Bavaria, oferującym zniżki dla bajkerów, garaż dla motocykli i niczego sobie kuchnię.
Środowy poranek był mglisty, pochmurny i rześki – 4 stopnie na plusie. W planie mieliśmy trasę na wysokości 2000 m n.p.m. Ruszyliśmy w kierunku granicy. Droga na mapie była zaznaczona na czerwono, czyli niby główna, w rzeczywistości ledwo mogły minąć się na niej dwa motocykle, asfalt miejscami był, miejscami niekoniecznie, ruch: tylko cztery nasze motocykle, ponadto stada świń, owiec i krów.

Nagle w dole pojawiła się rzeka, spoglądaliśmy wokół na przepiękne góry, wyszło słońce, a termometry na blatach szybko weszły na dwucyfrowe wartości. Zrobiło się cudnie. Dwa kontenery przy drodze okazały się punktem granicznym, gdzie sprawdzono nam paszporty i zielone karty. Za kontenerami był przerzucony nad Driną wąski most o nawierzchni z położonych wzdłuż desek. Deski nieco się rozeschły, więc miejscami straszyły wcale pokaźne szczeliny. Za mostem zaczęła się Czarnogóra. Po jakiejś chwili dojechaliśmy do przełomu Pivy. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Pionowe, białe ściany skalne, w dole szmaragdowa rzeka, w górze granatowe niebo i droga, która jeżyła włosy na głowie – wąska półka wykuta w pionowej skalnej ścianie, co rusz wpadająca w ciemne, kręte tunele. Ten odcinek każdy z nas przejechał samotnie. Co kawałek stawaliśmy i robiliśmy zdjęcia.

Czarnogóra, przełom rzeki Pivy. Cudowna trasa biegnie półką wykutą w pionowej skalnej ścianie.

Pełen zachwyt nie ustąpił, gdy dojechaliśmy do zalewu na Pivie – potężnej, niesamowicie wysokiej betonowej tamy, która zamykała wąski skalny parów. Nasza droga nadal wiodła półką skalną, tym razem wzdłuż malowniczego jeziora. Z mapy wynikało, że za chwilę skręcimy w lewo z stronę Durmitoru, a tu po horyzont skalna ściana. Nagle po lewej zobaczyliśmy wylot wąskiej sztolni, do złudzenia przypominającej kopalnianą, prowadzącej ostrym podjazdem w głąb góry. Bez chwili wahania włączyliśmy wszystkie światła i wjechaliśmy w czarną dziurę. To było coś niesamowitego! Tunel wyprowadził nas na kolejną skalną półkę, która prowadziła nas w górę na przemian serpentynami i prostymi. W odróżnieniu od innych tras górskich, tu zakręty prowadziły tunelami w głąb góry, by po nawrocie wyprowadzić nas ponownie na wąziutką półkę. Żeby było jeszcze trudniej, ale i fajniej, zdarzały się podziemne skrzyżowania. W końcu wyjechaliśmy na rozległy płaskowyż, gdzie wśród górskich hal ciągnęła się wąska, ale całkiem dobra droga. Spotkaliśmy tu kilku motonitów z Polski. Po 20–30 km cudownych podjazdów i zjazdów wśród wzgórz pojawiły się ośnieżone szczyty Durmitoru. Główny jego masyw jest niesamowity – potężna ściana na całej szerokości pocięta równoległymi żebrami, poprzedzielanymi śnieżnymi żlebami.

Trochę jadąc, trochę bawiąc się w śniegu dotarliśmy na przełęcz Dobri Do. Stało tu kilka motocykli. Znów z Polski. Trochę pogadaliśmy z rodakami, po czym zjechaliśmy do miejscowości Žabljak. Świetną drogą błyskawicznie dotarliśmy do początku przełomu Tary. Bałkańska przekąska w barze, parę fotek mostu na Tarze i dalej. Przełom Tary był piękny, ale po porannych wrażeniach z Pivy i Durmitoru przejechaliśmy go dość obojętnie. Przełom Moračy, choć ładny, też przeszedł bez echa i po chwili znaleźliśmy się w Podgoricy – stolicy Czarnogóry. Przejechaliśmy przez nią, nie schodząc z maszyn. Kawałek dalej stanęliśmy nad Szkoderskim Jeziorem. Miały tam być hipopotamy, ale jakoś ich nie widzieliśmy. Wobec tego pojechaliśmy na nocleg nad morze do Świętego Stefana. Było trochę szukania, ale znaleźliśmy fajny pensjonat z doskonałą knajpką i garażem. Wieczorem poszliśmy na plażę z zamiarem zobaczenia pobliskiej wysepki, ale nie puścili nas tam. Wstępu na tę prywatną posiadłość broniła grupka ABS-ów (Absolutny Brak Szyi). W czwartek wpadliśmy do pobliskiej Budvy – miasteczka z malowniczymi zabytkami i starówką, w sam raz na 2-godzinny spacerek. Następny był Kotor – miasto o historii sięgającej bardzo dawnych czasów, ze sporą i piękną starówką oraz katedrą św. Tripuna. Widzieliśmy tam krzyż podarowany miastu przez Jana III Sobieskiego.

 Dubrovnik. Malowniczy port i marina, otoczone potężnymi murami i basztami.

Wzdłuż Boki Kotorskiej dotarliśmy do Chorwacji i po odstaniu swojego na granicy zajechaliśmy do Dubrovnika. Miasto sumiennie obeszliśmy z dołu i z góry, a na koniec zapłaciliśmy mandacik za parkowanie. To znaczy zaparkowaliśmy prawidłowo, ale straż miejska miała na ten temat odmienne
zdanie. Obrażeni na cały świat, ze szczególnym uwzględnieniem straży miejskiej Dubrovnika, pojechaliśmy do Gradaca. Po drodze kupiliśmy na przydrożnym straganie parę butelek Prošku, który miał znów przyjaźnie nastawić nas do świata. Prošek, nazwa nie pozostawia przecież co do tego
wątpliwości, jest winem. Za Gradacem opuściliśmy wybrzeże i na północ jechaliśmy trasą wzdłuż wschodniej granicy Chorwacji. Trasa była raczej pusta, wśród wzgórz i miasteczek, stanowiła ciekawą alternatywę dla Magistrali Adriatyckiej.

Przed Karlovačem przekroczyliśmy granicę Słowenii. Na noc stanęliśmy w sympatycznym pensjonacie w Stražach. Rankiem wzdłuż Krki dojechaliśmy do Lubljany. Trochę poganialiśmy po mieście, niezbyt wielkim, ale bardzo fajnym.

Potem znów były góry – świetna droga, zadbane słoweńskie wsie, do złudzenia przypominające Tyrol. Po wjechaniu do Austrii już bez kombinowania śmignęliśmy autostradą do Mikulova w Czechach. Na ostatni
nocleg stanęliśmy w zaprzyjaźnionym pensjonacie, w ślicznym miasteczku zamówiliśmy oczywiście zupę czosnkową i żeberka, co popiliśmy czapowanym piwem. W niedzielny poranek przejazd do Polski, gdzie pełni wrażeń rozjechaliśmy się do domów. Czarnogóra to kraj niewielki, niemniej zostało jeszcze sporo atrakcji na kolejny wypad.

Kierunek Bałkany!

To warto wiedzieć

Czarnogóra.
Waluta: euro. Kraj w większości górzysty, malutki, z dostępem do morza. Paszport i zielona karta bezwzględnie konieczne.
Paliwo.
W górach stacje rzadko, gdzie indziej normalnie. Cena benzyny: ok. 1,3 euro/1 l.

Noclegi. W rejonach turystycznych bez problemów, poza nimi bywały kłopoty. Ceny pokoju (poza sezonem) w granicach 10 euro. Kwatery całkiem fajne, zdarzają się z klimą.

Restauracje. Ceny jak u nas lub nieco taniej, jedzenie na ogół bardzo dobre. Całe Bałkany objechałem niemal wyłącznie na czewapach (mielone mięso z grilla z genialnymi przyprawami). Zakupy żywnościowe: bez problemów.

Bośnia. Waluta: marka zamienna (BAM = Bosnia-Herzegovina Convertible Mark). 1 BAM = około 0,5 euro. Bośnia to najbiedniejszy z krajów bałkańskich, o najgorszych drogach, ale chyba najsympatyczniejszych mieszkańcach. Noclegi w wielu regionach trudne do znalezienia, więc trzeba szukać w okolicach atrakcyjnych turystycznie albo przed wyjazdem znaleźć coś w internecie.
Benzyna: około 2,3 BAM. Stacje benzynowe rzadko.

Mapy: atlas Bałkanów 1 : 300 000 + mapa Czarnogóry 1 : 200 000 i oczywiście Garmin Europa NT.

koszt wyprawy: 2500 zł/osoba
(w tym ok. 50% to paliwo)


Masyw Durmitor i jego stali mieszkańcy. Mostar – malownicze kramiki w pobliżu mostu Tureckiego.

zobacz galerię

Zobacz również:
Beemka R 1200 GS, która w 2005 roku brała udział w naszym teście długodystansowym, ma na zegarze już 155 000 km. Wybraliśmy się do serwisu, aby sprawdzić, w jakiej jest formie.   
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij