Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Turystyka Bałkany – Balkan Cooltour

Bałkany mnie uwiodły, mimo że czasem miałam wrażenie, iż wystawiają na próbę moją wyrozumiałość. Jednak 73 dni to wystarczająco dużo, aby dogadać się i polubić.

Zostawiam kluczyki w GS-ie zaparkowanym pod bramą Wesołego Cmentarza w rumuńskim mieście Sapanta. Swoim roztargnieniem wprawiam w rozbawienie wszystkich świętych Sapanty, dając im jednocześnie znak, aby cały czas nade mną czuwali. Z ich błogosławieństwem przekraczam wrota krainy Maramuresz. Wioski- -skanseny, zabytkowe cerkwie, romskie obozowiska. Drogi kręte, coraz rzadziej uczęszczane i coraz bardziej dziurawe. Nadciągają czarne chmury. Gigantyczny grad pojawia się szybciej niż myślałam. Szukając schronienia, wjeżdżam komuś do garażu. Jest otwarty i okazuje się idealnym miejscem na obiad.



Mołdawia: groźna etażowa
Na granicy rumuńsko-mołdawskiej celnik, wskazując na zbiornik z płynem hamulcowym, pyta, czy to perfumy. „Tak, jego” – pokazuję na GS-a. Hotel Kiszyniów w Kiszyniowie – etażowa stoi na straży moralności gości i interesów hotelu, pilnując, aby w pokojach nocowało tyle osób, ile zapisano w księdze meldunkowej, i aby nikt nie wyniósł wazonu ze sztucznym kwiatem. Czas się zatrzymał, tylko ceny nadążają za rzeczywistością, a nawet ją wyprzedzają.

Okolice dworca autobusowego zamieniają się rano w bazar – majtki, gospodarstwo domowe, wódki i pikle. Wokół budek z ciepłymi placentami kolejki. Pyszne placki wypełniają reklamówki czekających na minibusy. Kilka pakuję do tankbaga.

Do Tyraspola w Naddniestrzu droga niby na wprost i niedaleko. Chwila zawahania na oznakowanym cyrylicą rondzie kończy się spotkaniem z policją. Po chwili jadę dalej, ale z lżejszym portfelem. Po kilku godzinach wracam na granicę. Na znajomym rondzie wyskakuje policjant. Inny niż poprzednio. Szybko okazuje się, że może być miło, jeżeli zapłacę odpowiednią kwotę, wyższą od poprzedniej: wtedy policjant był jeden, teraz jest trzech. Mam dwa wyjścia – bankomat albo areszt. Nie stać mnie na ich policję.


2 koła BMW czy wóz zaprzężony w konia? Mimo że miejsca na damskibagaż i suweniry więcej, wolę GS-a.

Znów Rumunia: święci nadal czuwają
W Rumunii wjeżdżam wprost na weselisko. Tego dnia zaliczam dwa. W tych okolicznościach trauma Naddniestrza szybko mija. Następnego dnia na lokalnym targu w amoku podziwiania cygańskich błyskotek tracę portfel. Na szczęście święci z Wesołego Cmentarza i miejscowa policja ratują mnie z opresji.

Wąwóz Bicaz, Sigisoara, Sybin. Po drodze spotkania: motocykliści z Polski, autokar z zakonnikami, obiad w cygańskiej dzielnicy. Przełęcz Transfogaraska okazuje się sporym rozczarowaniem. Więcej tam przydrożnych pikników i stoisk z preclami niż zakrętów.


Proste rozwiązania, zero gadżeciarstwa.Przecież chodzi o radość z jazdy!

Bułgaria: BMW? Last year?
Veliko Tyrnowo. Leje. Do bagażu dorzucam różową parasolkę. Złote Piaski. Też leje. Nie odstrasza to amatorów tandety od buszowania wśród straganów. Co drugi wróci z wakacji z koszulką „Sex instructor”, owiany wonią wody różanej. W krętych uliczkach Nesseberu wpadam na czerwonego choppera z białymi płomieniami. „Remember me?” – pyta facet stojący przy nim. O cholera, przecież to ten sam bułgarski easy rider, na którego natknęłam się w przeszłości już dwa razy. Wtedy wywinęłam się z nawiązania bliskiej znajomości, tym razem też się udaje.

Bułgarskiej riwiery szybko mam dość. Wybieram inną rzeczywistość: jadę w Góry Piryńskie. Białe minarety górują tu nad niską zabudową wiosek. Za jednym zakrętem Grecja, za drugim Macedonia, niedaleko ziemia niczyja.

Macedonia: ride for free
Na autostradzie motocykliści nie zawsze muszą płacić. Zależy to od stopnia sympatii, jakim bramkowy kasiarz darzy bikerów. W moim przypadku na dwóch takich, co darzą, pojawia się jeden, który ich (mnie) nie lubi. Jadę w kierunku końca świata – gdzieś tam, bardzo wysoko leży Galicnik, najwyżej położona wioska w Macedonii. Potwierdza się reguła, że dojazd do tego, co „naj”, oznacza sprawdzian z dogadania się z motocyklem i wewnętrznej determinacji. Lekki deficyt tego pierwszego nadrabiam nadmiarem drugiego.

Do turystycznego Ochrydu dojeżdżam w nocy. Pełne kawiarnie, oświetlone ulice. Leżące niedaleko Jezioro Prespańskie świeci posezonowością. Właściwie sezon skończył się tu kilka lat temu. Opuszczone ośrodki wczasowe, puste plaże, wypalone trawy i droga pokryta liśćmi. Wokół sady. Wśród nich majestatycznie spaceruje oślica ze swoim szczerbatym właścicielem. „Zdjęcie?” – pytam. „A dolary masz?” – ripostuje. Nie mam. Na szczęście i bez dolarów fotkę zjawiskowej dwójce mogę zrobić.


Ryż chiński, pakistański, wietnamski… Na bazarze w Kiszyniowie kuchnie świata bezograniczeń dostępne na wagę.

Albania: gry uliczne
W Albanii mam wrażenie, że na jedną dziurę w drodze przypadają po jednym bunkrze i Mercedesie. Szybko orientuję się, że na albańskie drogi muszę nałożyć poprawkę czasową uwzględniającą stan nawierzchni, a właściwie jej brak, i tych, którzy postanowili jechać pod prąd.

W murach średniowiecznej twierdzy w Berat załapuję się na partyjkę domina. Graczami są emerytowani profesorowie w eleganckich, choć trochę już spłowiałych garniturach. Właściciel baru, w którym przesiadują od rana do wieczora, dba, aby grającym nie zabrakło ani kawy, ani rakii. Mężczyźni doceniają jego troskę: „Jest wyrozumiały i dba o nas bardziej od naszych żon”. Mam wrażenie, że widzi ich częściej niż one.

Tirana. Marmurową piramidę zbudowaną ku czci Envera Hodży opanowali chłopcy na deskorolkach. Kilka kroków dalej na środku chodnika śpi małe dziecko. Przy jego głowie zaparkowany nowiutki Mitsubishi Lancer.

Szkoder. 36 godzin zaklinania pogody. Burza przerwała most, zmieniając moje plany – pogoda kieruje mnie do Czarnogóry. Na pożegnanie dobrzy ludzie wciskają mi butelkę domowej rakii. Na wypadek, gdyby pogoda nadal nie dopisywała, przeciw przeziębieniu, czekaniu lub gdyby pojawiła się jakakolwiek inna okoliczność, w której rakija będzie niezastąpiona.

Kosowo: Newborn W centralnym punkcie Prisztiny stoi pomnik upamiętniający ogłoszenie niepodległości Kosowa. Żółty Newborn pokryty tysiącami podpisów to miejsce rozgrzewki parkurowców. Na deptaku rodziny z dziećmi. Liczba dzieci to przejaw patriotyzmu i zadanie, które każdy Kosowar powinien wypełnić.


Sarajewo. „Pigeon’s Square” – centralnypunkt tureckiej dzielnicy Baščaršija.

Czarnogóra: „Na sprzedaż”
„Mam ziemię na sprzedaż. O, tam” – zachęca mężczyzna w średnim wieku. Siedzi w przydrożnym barze i szuka potencjalnych klientów wśród podróżnych zatrzymujących się w barze z panoramą na zatokę. Z jego ziemi ponoć takie same widoki są. Na kotorskim bazarze sprzedawcy czarują – miody, rakija, domowe sery z orzechami. Dostaję zaproszenie na „inglisz brekfest” w wydaniu czarnogórskim – kawa, prosciutto, chleb z kajmakiem (maślanym serem – dumą Czarnogóry) i brandy.

Podróż z Kotoru do Cetinje to 45 km starej, bardzo krętej i wąskiej dro- gi górskiej. Dwie godziny napięcia – co i kiedy wyjedzie zza zakrętu i kto wyleci z niezabezpieczonej trasy.

Bośnia i Hercegowina: zimno!
Podróż przez południe kraju: zniszczone zabytki osmańskie, ślady kul między oknami bloków, cmentarze między osiedlami. Jadąc w kierunku Serbii, walczę z pogodą. Foliowymi rękawiczkami ze stacji benzynowej próbuję ochronić moje letnie. Nie jest źle, tylko cholernie zimno. Przez podniesioną szybę wpadają deszcz i błoto, tworząc z rozmazanym katarem maskę ochronną. Co 60 km przystanek i dwie herbaty z niewyobrażalną ilością cukru. Aby tylko nie czuć ledwie +5° i deszczu. Ciało sztywnieje, głowa powoli nie nadąża. Gdy na mój widok na twarzach ludzi na stacjach benzynowych pojawia się przerażenie i nie pozwalają mi płacić za herbatę, a mówiąc nie słyszę samej siebie – odpuszczam. I czuję, że najwyższy czas wracać. Zanim śnieg, który właśnie spadł w górach, sypnie na moją drogę do domu.

„Kobieta na motocyklu”
T Turystyka Ba³kany 2011a książka to zbiór wrażeń, historii z podróży do Syrii i Jordanii – spotkania z ludźmi, próby poznania rzeczywistości wokół i konfrontacja z największym zagrożeniem samotnej podróży – samą sobą. Na technice motocyklowej się nie znam. Wiem za to na pewno, że bike’i są idealnym środkiem realizowania marzeń o niezależności. I w życiu, i w podróży.  

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Bałkany mnie uwiodły, mimo że czasem miałam wrażenie, iż wystawiają na próbę moją wyrozumiałość. Jednak 73 dni to wystarczająco dużo, aby dogadać się i polubić.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:10:45