Motocykl poleca:

Turystyka: Chorwacja 2003

Poleć ten artykuł:

Nie wiadomo, kto pierwszy z nich rzucił pomysł, by wakacje spędzić w słonecznej Chorwacji. Oto relacja dwóch czytelników MOTOCYKLA z letniej wyprawy na południe Europy.
Zobacz całą galerię

Cała nasza czwórka – Marek i jego SV oraz Janek na VFR – w połowie lipca była gotowa do podróży. Pierwszego dnia plan mieliśmy niezbyt ambitny – dojechać do granicy czesko-austriackiej, czyli z Zielonej Góry, gdzie mieszkamy, jakieś 450 km. Droga przez Bolesławiec, Lwówek Śląski i Jelenią Górę potrafi być piękna, jeśli tylko człowiek się nie spieszy, a nam się nie spieszyło. W Szklarskiej Porębie, przy okazji tankowania, kupiliśmy elastyczne taśmy do mocowania bagażu, które do końca podróży rozwiązały nasze kłopoty.

Po ominięciu Pragi, skierowaliśmy się na Czeskie Budziejowice. Na nocleg wybraliśmy hotelik w miejscowości Raven, 20 km za tą miejscowością. Wyprawa po zaopatrzenie okazała się fiaskiem – sklep owszem był, i to duży, tyle że już zamknięty. Na szczęście, mieliśmy jeszcze mamine kanapki. Nazajutrz rano widok za oknem nastrajał raczej do snu niż do podróżowania. Wilgoć i szarość nie wróżyły niczego dobrego. Po jakichś stu metrach lunęło tak, że wczorajszy prysznic okazał się całkowicie niepotrzebny. Na szczęście po kilkunastu kilometrach przestało lać, natomiast nadal było paskudnie ponuro i zimno, szczególnie że przemokliśmy do cna. Przejście graniczne Wüllowitz było coraz bliżej. Również w Austrii pogoda nas nie rozpieszczała. Na drodze krajowej pomi ędzy Kerschbaum a Freistadt złapała nas następna ulewa, połączona z błyskawicami, grzmotami i egipskimi ciemnościami. W drodze do Salzburga przez całą drogę padało. Na szczęście dzięki wysokim szybom, w które się przezornie zaopatrzyliśmy przed wyjazdem, deszcz nie był tak uciążliwy, jak podczas jazdy z niższymi prędkościami. W czasie postoju na tankowanie zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad rezygnacją ze wspinania się na Hochalpenstrasse. Nasze rozterki rozwiały się wraz z chmurami i pozostaliśmy przy pierwotnym planie. Wykręciliśmy mokre rękawiczki i w drogę. Kilkadziesiąt kilometrów za Salzburgiem skierowaliśmy się na Zell am See. Słońce, które towarzyszyło nam na autostradzie pomiędzy Salzburgiem a zjazdem na Zell, w miarę zbliżania się do Hochalpenstrasse zaczęło przegrywać z chmurami. Janek: – Na wysokości Bischofshofen mało brakowało, abym przekonał się, jak drogo może kosztować chwila nieuwagi przy dużej prędkości. Właśnie podziwiałem kompleks skoczni narciarskich, kiedy zorientowałem się, że za moment będę szlifował bandę. W ostatnim momencie wystawiłem nóżkę w lewo niczym baletnica, i udało mi się przywołać mego „mokika” do porządku. Musiało to wyglądać dość komicznie, ale co tam, ważne, że było skuteczne.




Okolice Zell am See to świat jak z bajki. Piękne zbocza porośnięte lasem, gdzieniegdzie poprzetykanym drobnymi skałami, soczyście zielone łąki, gładkie niczym pola golfowe, stylowe domki – takie, które można spotkać tylko w Alpach. W powietrzu czuło się jakiś niepowtarzalny spokój tej krainy. Po skręcie przed Zell am See na Grossglockner Hochalpenstrasse jechaliśmy wolno, delektując się krajobrazem wokół. Po autostradowym galopie była to miła odmiana i chyba jedyny etap podróży, oprócz Chorwacji, o którym można powiedzieć, że był niespieszny. Tym spacerowym tempem dotarliśmy do pierwszego z wyznaczonych celów naszej podróży. Aby zaznać przyjemności jazdy prawdziwie alpejską drogą, trzeba, a jakże, zapłacić, i to całkiem sporo, bo około 70 zł. Ale nie mogliśmy sobie odmówić frajdy wjazdu na górę wyższą niż nasze Rysy, czyli na Edelweisspitze (2571 m n.p.m.).

Po cyknięciu paru fotek skierowaliśmy nasze „mokiki” na Heiligenblut. Dalsza droga była równie malownicza, co Hochalpenstrasse. Droga, którą jechaliśmy, była bardzo dobra na deszczowe dni, bo w dużej części zadaszona. Oczywiście, betonowy dach miał chronić jadących przed kamieniami, nie przed deszczem, ale jako parasol też był dobry. O tym, że jesteśmy na granicy dwóch państw, informowała jedynie niebieska tablica z gwiazdami i dość duża, można by pomyśleć wyrwana ska- łom, przestrzeń. Teraz zaczął się zjazd, który dał nam dużo frajdy. Pierwsze włoskie miasteczko, Timau, nie było już tak ładne jak w Austrii. Jadąc niespiesznie, choć wieczór zbliżał się wielkimi krokami, coraz bardziej zauważaliśmy różnice pomiędzy włoską a austriacką stroną Alp. Austria jest bardziej zielona, soczysta i poukładana, natomiast Włochy są jasne, wyblakłe i panuje tu większy rozgardiasz, zarówno w miastach, jak i w przyrodzie.

Tak sobie rozmyślając, dotarliśmy do Tolmezzo, gdzie znaleźliśmy najtańszy, co wcale nie znaczy, że tani, hotel. Włosi nie mają w tym rejonie prywatnych pensjonatów. Jedyne, co udało nam się znaleźć, to trzygwiazdkowy hotel La Rosa w Tolmezzo. Za owe gwiazdki musieliśmy zapłacić 30 euro od łebka ze śniadaniem. Byliśmy bardzo zmęczeni, przejechaliśmy co prawda tego dnia tylko 460 km, ale w dużej części przy niesprzyjających warunkach i po pięknych, ale wymagających uwagi i nienadających się do szybkiej jazdy drogach. Następnego dnia ruszyliśmy na podbój Wenecji. Tego dnia mieliśmy zamiar dojechać do Postojnej w Słowenii, czyli ponad 370 km plus czas na zwiedzanie Wenecji. Po zaparkowaniu przy Piazzale Roma – z czym mieliśmy ogromne problemy z powodu tłoku na parkingach – udaliśmy się na zwiedzanie. Po kilku godzinach ruszyliśmy na podbój następnego kraju – Słowenii. Na granicy wymieniliśmy pieniądze, choć, jak się później okazało, nie było to konieczne, ponieważ zarówno za noclegi, jak i w sklepach można było płacić w euro. Do Postojnej jechało się całkiem przyjemnie. Pierwszy cel w tej miejscowości to Postojnska Jama. Jest to druga co do wielkości jaskinia na świecie, jej rozmiary robią naprawdę ogromne wrażenie – ponad 20 km korytarzy wyrzeźbionych przez podziemne rzeki. Na koniec zwiedzaliśmy ogromną salę, która ze względu na swoją wspaniałą akustykę jest wykorzystywana do koncertów. Po jaskini – kolejny punkt programu, czyli Predjamski Zamek. Pod zamkiem znajduje się jaskinia, oczywiście dużo mniejsza od Postojnskiej Jamy, ale jeszcze od niej ciekawsza. Nie ma w niej elektrycznego oświetlenia, dlatego każdy dostaje w garść latarkę. W ciemnych i wąskich korytarzach człowiek czuję się, jakby sam odkrywał, zdobywał coś nowego. Na zwiedzaniu upłynął nam prawie cały dzień.


Teraz przed nami był tydzień pobytu w Chorwacji i ogromne plany. Na granicy krótka odprawa i... słoneczna Chorwacja wita nas deszczem. Im głębiej w Chorwację, tym bardziej mokro. Przejazd przez portową Rijekę okazał się okropny – na każdym kroku korki, wypadki. Jakieś 20 km za Rijeką postanowiliśmy szukać noclegu. Mieliśmy dość jazdy w deszczu, a poza tym do Puli – naszego pierwszego celu – nie by- ło daleko. No i zaczęło się: jedna kwatera, druga, trzecia, czwarta i szok – nigdzie nie ma wolnych miejsc albo jeśli są, to ceny nie na naszą kieszeń. Najbardziej zdziwiło nas, że miejscowi byli nieuprzejmi, traktowali nas jak natrętów. Krótka narada i decyzja: jedziemy do Jadranova koło Crikvenicy; tam poszukamy noclegu u zaprzyjaźnionej od poprzedniego wyjazdu rodziny. W końcu przestało padać, a i słońce od czasu do czasu wyglądało zza chmur. Ludzie też się zmienili. Tym razem to nie my szukaliśmy noclegu, tylko nocleg znalazł nas... Gdy wjechaliśmy do Jadranova i stanęliśmy na pierwszym parkingu, żeby się rozejrzeć, podjechał do nas człowiek i w języku esperanto-niemiecko-angielskim zapytał nas, czy nie potrzebujemy jakiegoś „good rooma”. Był to nieduży hotelik z widokiem na Krk (największą wyspę Chorwacji) oraz na morze. Cena nie była niska (15 euro ze śniadaniem), ale przychodzi taki moment, gdy człowiek pomyśli, że miałby szukać czegoś innego, to woli zapłacić więcej i mieć problem z głowy.

Czekało nas pięć dni w jednym miejscu, pięć dni upragnionego wypoczynku. Czym nas urzekła Chorwacja? Cudownie niebieska, ciepła, czysta woda i przyjaźnie nastawieni ludzie. Tak nam cudownie błogo leciał czas w Jadranovie, że zmieniliśmy plany. Odpadło zwiedzanie Puli, zrezygnowaliśmy z Plitwickich jezior, zostało wylegiwanie się na słońcu. Do tego jazda po pięknie prezentującym się z daleka moście na pobliską wyspę Krk.

Dni upływały nam na beztroskim leniuchowaniu, aż w końcu nadszedł czas pożegnania. Plany na powrót: do przejechania jakieś 1100 km, więc w połowie drogi zaplanowaliśmy nocleg. Wybraliśmy naszym zdaniem najszybszą trasę powrotu, a więc od Crikvenicy, przez Rijekę na Słowenię – Lubliana, przez Maribor, potem Austria, autostradami przez Graz i Wiedeń do czeskiego Znojna, a stąd przez Jihlavę na Pragę. Z Pragi przez Mladą Boleslav, Jelenią Górę i Bolesławiec do Zielonej Góry. Wyjazd po godz. 8. Jest gorąco, świeci słońce, jesteśmy szczęśliwi, ale ze smutkiem spoglądamy w lusterka naszych maszyn. W Czechach jesteśmy koło godziny 14. Z nadciągającej ku nam ogromnej czarnej chmury musiał spaść deszcz, i spadł, ale jaki! Około godz. 20 dotarliśmy do Szklarskiej Poręby. Przed nami jeszcze 150 km, zmęczeni byliśmy niemiłosiernie, ale na Marka czekała Agatka... Więc pojechaliśmy dalej. W nocy i w deszczu nasze szosy, w porównaniu z europejskimi, to istna droga przez mękę. O 22.30 w domu – tego dnia przejechaliśmy 1124 km. Chyba niezły wynik, wziąwszy pod uwagę, że ponad połowa trasy wypadła w deszczu?

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij