Motocykl poleca:

Turystyka: Filipiny

Poleć ten artykuł:

Pomysł na wyprawę na Filipiny powstał 2 lata temu, gdy na wypożyczonych sprzętach zwiedzaliśmy indonezyjskie wyspy Jawa i Bali.
Zobacz całą galerię

Ponieważ większość tamtejszych dróg określono w przewodniku mianem „poor quality”, wybieramy Hondy XR 200 – lekkie enduro produkowane na Filipinach. 15 stycznia lądujemy w Manili. Miasto wita nas trzydziestokilkustopniowym upałem i ogromną wilgotnością.

Rankiem następnego dnia ruszamy do Angeles, gdzie mają czekać nasze XR-y. Taksówką docieramy na przedmieście. No i zaczyna się: co kilka chwil zatrzymuje się przy nas kolejny trąbiący autokar, z którego wyskakuje naganiacz z tabliczką z nazwą miasta docelowego. Kolejne autokary trąbią na ten stojący na przystanku, jednocześnie zastawiając mu wyjazd. Po pół godzinie tej miotaniny jakaś kobieta lituje się i wskazuje nam właściwy autobus.

Na miejscu, gdy wreszcie odnajdujemy naszą wypożyczalnię, prowadzoną przez Niemca, okazuje się, że nasze Hondy, wbrew rezerwacji, zostały wypożyczone dzień wcześniej. Na szczęście zaraz spotykamy kolejnego Niemca, u którego wypożyczamy sprzęty. Po dobiciu targu ruszamy w stronę Manili. 100 km jedziemy prawie 4 godziny.




Żołądkowa wieczorem
Przywieźliśmy ją z Polski oczywiście w celach zdrowotno-leczniczych – trzeba uodpornić się na miejscową florę bakteryjną. Kuracja okazuje się na tyle skuteczna, że wyjeżdżamy nie wczesnym rankiem (żeby uniknąć korków), lecz wczesnym przedpołudniem. Korki, pył, brud i brak jakiegokolwiek oznakowania na drogach sprawiają, że pokonanie pierwszych 30 km trwa 5 godzin. Pierwszy cel: Donsol. Ta wioska słynie z tego, że można tam popływać w towarzystwie rekinów wielorybich. Od celu dzieli nas ok. 500 km, więc zakładamy, że potrwa to 2 dni. Wraz z oddalaniem się od Manili natężenie ruchu spada, podobnie jak jakość drogi. Do tego zaczyna padać. Przez kolejne dwa dni poznajemy wszystkie rodzaje deszczu: jak pszenica, jak groch, jak pociski, z przodu, z boku, mały, średni… Donsol osiągamy zgodnie z planem.

Następnego dnia rozpoczynamy bezkrwawe polowanie na rekina wielorybiego. Mimo groźnej nazwy, nie jest on groźny dla człowieka – żywi się planktonem. Wypływamy. Oczywiście pada. Mija godzina za godziną, a tu ani śladu rekina. Po godz. 15 – w kiepskich nastrojach, zziębnięci i mokrzy – gdy zaczęliśmy powrót, lokales podnosi alarm. Maska, płetwy, rurka i hopla za burtę – dawajcie tego potwora. Patrzę na lewo – nic, na prawo – też, w dół… O, k...! Pod nami przesuwa się ciemne, cętkowane cielsko wielkości ciężarówki. Potwór ma chyba z 9 metrów długości. Udaje się podpłynąć pod samą paszczę, zajrzeć w oko, a na koniec złapać za ogon, a co!


Zmieniamy plany
Żeby uciec od deszczu, postanawiamy śmignąć bardziej na zachód, w stronę wysp Panay i Borracay, gdzie czekają białe plaże i drinki z parasolkami. W tym celu musimy przebić się przez niewielką wyspę Masbate. Po konsultacjach z tubylcami wiemy, że z pobliskiej osady rybackiej Pilar odpływają jakieś łodzie w stronę tej Masbate. „Jakieś łodzie” – to nie brzmi zachęcająco...

Godz. 5.45 pobudka, śniadanie i po chwili siedzimy na sprzętach. Po 20 minutach wita nas port Pilar. Pokazują nam łódź płynącą do Masbate – drewnianą łupinę długości 8-10 m i szerokości 3 m z bocznymi stabilizatorami na odciągach. Zanim zdążyliśmy pomyśleć, jak wepchniemy tam nasze sprzęty, ekipa porywa motocykle i kieruje się w stronę – o zgrozo! – 20-centymetrowej szerokości, rozklekotanego trapu łączącego łódź z nabrzeżem. Po kilku chwilach oba motocykle stoją na pokładzie. Od chodzącego silnika w środku robi się ciemno od spalin, więc pasażerowie wychodzą na dach. Po 3 godzinach dobijamy do Masbate. Aby dostać się do Mandaon, wioski, w której znajdziemy łódź na Panay, musimy objechać pół wyspy. Trwa to ponad 4 godziny.

W Mandaon, dokąd docieramy nieco po południu, widzimy świecące pustkami nadbrzeże. Jakiś facet, który dość dobrze gada po angielsku, mówi, że łódź do Roxas będzie jutro o 10 rano. Trzeba więc znaleźć spanie. Niedaleko jest guesthouse prowadzony przez Amerykanina i jego żonę Filipinkę. Stajemy przed murowanym (to naprawdę rzadkość), ładnym domem. Po wymianie grzeczności z gospodarzami idziemy obejrzeć pokoje. Po chwili wracamy do motocykli po bagaże, wlokąc za sobą szczęki: klima, tv, łazienka... Tak jeszcze na Filipinach nie spaliśmy.


Rejs na wyspę Panay
...to ponad 5 godzin. Przy nadbrzeżu widzimy łupinkę raczej niż łódź. 5 godzin na otwartym morzu w czymś mającym z 1,5 m szerokości! Po zapakowaniu w poprzek, motocykle wystają poza jej obrys. Przez pierwszą godzinę idylla. Potem wypływamy na otwarte morze z 3-metrowymi falami. Dwóch kolesi stoi na lewych odciągach, balansując, aby łódka się nie wywróciła. My walczymy, żeby nie zmyło nas z pokładu. Po 4 godzinach zabawy dopływamy do Roxas.

Tagi:

Oceń artykuł:

5.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij