Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Turystyka: Gruzja 2004

Gruzja, kiedyś jedna z bogatszych republik byłego ZSRR, dziś jest krajem, gdzie rządzi bieda. Wyprawa do tego kraju Czytelników MOTOCYKLA obfitowała w mocne momenty.

Polityczny przełom lat 80. i 90. objął m.in. Kaukaz. W wyniku wojny z Rosją Gruzja straciła terytorium Abchazji, część Osetii oraz Adżarii. Dla nas te przemiany miały duże znaczenie, ponieważ odpadła możliwość swobodnego objechania Morza Czarnego. Część granic zamknięto, stacjonujące po przeciwnych stronach wojska ostrzeliwują się, a pozostałe przejścia są dostępne tylko dla tubylców. Wycieńczeni początkowym etapem forsowania Kaukazu oraz noclegami na dziko w jesienno-zimowej aurze, po dniu awantur i omijania pułapek łapówkarskich, załatwiamy miejsce na stateczku kursującym raz w tygodniu z Soczi w Rosji do Poti w Gruzji. Motocykle ładujemy ręcznie przez rufę, robiąc następnie miejsce dla trumny. Tak, dla trumny, płyniemy bowiem z zabitym żołnierzem. Cóż, wojna czeczeńska toczy się o rzut beretem. Podczas rejsu uczestniczymy w stypie, dla urozmaicenia oglądając towarzyszące nam delfiny. Pilnowanie w nocy motocykli i przy okazji trumny to mocne przeżycie, jednak daję radę.

W Gruzji spodziewaliśmy się biedy, ale to, co widzimy, zwala z nóg. Przez moment mamy chęć wrócić i jak najszybciej zapomnieć o tym, co zobaczyliśmy. Ponieważ poza stolicą ciągle nie ma prądu, ludność radzi sobie jak umie. Ręczne pranie w rzece, kładzenie się do snu, gdy tylko słońce zniknie za horyzontem to normalka. Ci nieliczni szczęśliwcy, którzy mają pracę, od miesięcy lub od lat nie dostają wynagrodzenia. Dlatego np. litr wody kosztuje tyle samo lub więcej niż litr wódki. Ludzie nawet w miastach hodują krowy lub świnie, chleb pieką w przydomowych piecach. Wszędzie łażą utytłane w błocie, buszujące w śmieciach świnie, a na drogach co krok natykamy się na stada krów, koni i inne „atrakcje”.




Ta część brzegu morza to sterta śmieci na podmokłym gruncie. W tym, co wyrzuci morze, grzebią ludzie pospołu ze świniami. Poszukiwaniom miejsca na nocleg uroku dodają posterunki milicji – tak liczne, jak chyba nigdzie na świecie. Dla milicjantów też nie ma pieniędzy, więc na ich pensje składają się podróżni; odchodzi ordynarna gangsterka w majestacie prawa. Nas odpuszczają, bo nieczęsto trafiają im się tacy porypani gieroje. W jednym z miasteczek liczę patrole, ale przy piętnastym daję spokój, zajęty unikami przed kamieniami rzucanymi we mnie przez dzieci. Dzieciaki są ciekawskie i pracowite. Potrafią szybko nałapać wróbelków, które po oskubaniu i nadzianiu na patyki są „świetną przekąską” dla przejeżdżających wozaków. Fuj! Przydrożne bary, składające się ze stołów naprędce skleconych z desek, na których ćwiartuje się świnki grzecznie czekające obok na swoją kolej, wybijają nam z głowy jedzenie jakiegokolwiek mięsa. Noc pod namiotem w okolicach Osetii to też niepowtarzalne przeżycie. Mimo zmęczenia, wsłuchujemy się w rzadkie na szczęście odgłosy strzałów. Mamy nadzieję, że to na wiwat lub jakieś nocne polowanko na zwierza. Rano bez powodzenia próbujemy złowić ryby na śniadanie.

Coś mi podpowiada, że nazwa miasta Kutaisi musi coś w sobie kryć. Tak, nie pomyliłem się, przed piekarnią kilkunastu młodych brodaczy obrabia mi motocykl. Nasze jedzenie jest dość monotonne – placki chlebowe oraz kozi ser powoli nas odchudzają, i dobrze.

Ponieważ w Gruzji jest tylko jedna główna droga z twardą nawierzchnią, podróżowanie motocyklem po tym kraju oznacza niezapomniane przeżycia. Głównym szlakiem ciągną wszelkiej maści wynalazki, a jeśli z daleka widać czarną chmurę to znak, że zaraz będzie mały podjazd i rozlatujące się ciężarówki nie dają rady. Trenuję głębokie wdechy i wstrzymywanie oddechu aż do chwili, gdy smrodliwiec oddali się. Trzeba też się przyzwyczaić do tego, iż na nasz widok każdy trąbi, czym ma. Komicznie wyglądają skrzyżowania ze znakiem ronda, którego nie ma, a my w obawie przed milicją jeździmy po wyimaginowanym okręgu. Ponieważ ludność nie ma kasy, a i paliwo jest dziko drogie, stacje benzynowe są tylko w nielicznych miastach. Tankujemy tam właściwie tylko my, bo miejscowi leją przemycaną wachę z plastikowych butelek sprzedawanych na poboczach. Zagadka: jak długo trwa zatankowanie tira z takich pojemniczków? Przejechanie 250 km z licznymi atrakcjami zajmuje nam cały dzień.



Gwoździem programu jest Gori, miasto, gdzie urodził się Hitler Wschodu – Józef Stalin. Chyba nie jest to atrakcja turystyczna, bo trafić ciężko. Oglądamy dom rodzinny dyktatora: małą kamienicę, w której jego rodzice wynajmowali pokój, i kawałek piwnicy, gdzie był warsztat szewski Wissariona Dżugaszwili, czyli ojca Stalina. Chałupina została obudowana dużym gmachem, pewnie po to, aby wyglądała bardziej dostojnie. Obok stoi specjalny pociąg pancerny, którym władca objeżdżał swoje imperium, gdzie słońce nigdy nie zachodziło. Musiał mieć manię prześladowczą, bo większość przedziałów jest dla ochrony. Mauzoleum nie robi na mnie większego wrażenia, może tylko trochę polskie akcenty. Lenno składały wszystkie większe zakłady pracy – huty, kopalnie, stocznie: „umiłowanemu, kochanemu, najmądrzejszemu...” itd. Nie wolno pstrykać zdjęć, ale coś tam się udało przemycić. Ciężko się zwiedza, bo prąd jest lub go nie ma.

Sprytnie ustawiam sprawę i na nocleg milicja zaprasza nas do domu Stalina. Wtaczamy motocykle po marmurowych schodach, aby je później zaparkować w głównym holu na – a jakże! – czerwonym dywanie. W pale nam się to nie mieści, ale jednak. Potem w asyście mundurowych ruszamy na miasto w poszukiwaniu czegoś do jedzenia lub picia. Zaopatrujemy się w kilka plastików wina z beczki, podpłomyki i heja na mundurową imprez ę. Światła oczywiście nie ma, a jak się pojawia, kamandir [dowódca – red.] sposobem więziennym (druty w garnek) gotuje wodę. Bardzo skutecznie, bo światło siada wszędzie. Impreza się rozkręca, męczą nas miejscowe panienki, z którymi ku uciesze władzy prowadzę coś a la sekstelefon (jeszcze tego tu nie znają). Wszystko cacy, tylko toasty mnie dobijają, wszystkie za zdrowie i ku świetności generalissimusa. Wykręcamy się od bimberka, bo sytuacja lekko wymyka się spod kontroli. Fajnie, spać możemy wszędzie, nawet w gabinecie. Nie podoba mi się w mieście, gdzie ten potwór nadal jest uznawany za bohatera, więc rano jak najprędzej zbieramy manatki.

Chyba nam rozum do końca spod kasków wywiało, gdy decydowaliśmy się na 300-kilometrowy skrót przez Mały Kaukaz. Tankowanie do pełna. Po kilku kilometrach asfalt się kończy, zaczyna padać. Przed nami góry z przełęczami wyższymi niż nasze Tatry i tylko 11 godzin dnia. „Droga” wije się wzdłuż spienionej rzeki, rzadko mijamy wioski, do których wiodą rachityczne, wiszące kładki. Tu poznaję, co naprawdę znaczy hardcorowa jazda. Czy droga może składać się z samych dziur? Tak, a w niektórych z nich można bez problemu zaparkować więcej niż jeden motocykl. Po kilku godzinach wspinaczki zaczynam rozumieć, dlaczego naszą trasę nazwano „drogą śmierci” i „starą wojenną”. Liczne potoki przewalające się z łoskotem porozmywały ją doszczętnie, ponanosiły rumoszu skalnego, drzew i błota. W wielu miejscach spadające skały zostawiły miejsca ot tak, na prześlizgnięcie się. Gdyby nie niezwykle żywo płonące kolorami jesieni drzewa w dolinach, byłoby tu bardzo przygnębiająco. Spotykamy kilku górali pasterzy. Życzymy im dobrego dnia, na co odpowiadają nam „Allach z tobą”. Na przemian pakujemy się w błotne wykroty, aby za moment opłukać się w strumieniach. Ani coś zjeść, ani zatankować, dzień umyka w zawrotnym tempie. Dawno skończyły się drzewa, teraz już tylko skały i trawa. Na jednej z przełęczy napotykamy na grupę mężczyzn, dopiero teraz dociera do mnie, jak wysoko jesteśmy – mają kufajki i zimowe czapki. To najbardziej oryginalny punkt graniczny, jaki miałem okazję przekraczać. Naprędce sklecona z desek budka jak dla psa, bez prądu i okien, pogranicznik na luźnej kartce papieru spisuje nasze dane (podawane ustnie, bo nie czytają). To nic, że jesteśmy ponad 2,5 km n.p.m., damy radę! Mijamy jeszcze jeden posterunek z kompletnie nawaloną ekipą brodaczy.


Przed nami muzułmańska Adżaria. Uff, jak dobrze, najbliższe kilka godzin będzie z górki. Można wyłączyć silnik, oszczędzać paliwo. Godziny zjazdu, gdy próbuję zmieścić się na wąskiej błotno-kamiennej ścieżce, jeżą włosy na tyłku. Hamulec tylny wspomagany nogami dostaje nieźle w kość. Szkoda, że zbyt duże nachylenie terenu nie pozwala na zatrzymanie motocykla i robienie zdjęć. Nie co dzień widzi się ogromne kamienne lawiniska. Trzeba uważać, żeby nie rozkwasić się na większych od motocykla „kamyczkach”. W połowie zjazdu niespodzianka – spotkały się dwie ciężarówki z drewnem, zahaczyły o siebie i nie ma przejazdu. Walczymy o kawałek miejsca ze spłoszonymi sytuacją, stłoczonymi krowami i owcami.

Pod wieczór docieramy wreszcie nad morze, prosto do Batumi. Wokół znowu smród i ubóstwo. Momentami jednak widać, że był to piękny kraj. Zaniedbane domy w stylu śródziemnomorskim, z wielkimi rzeźbionymi werandami, kryjące się w cieniu palm. Obok straszą resztki fabryk i budynków. Co było, zostało wymontowane i rozgrabione. Można doszukać się w tym wszystkim śladów nieopisanego piękna, może to kończący się właśnie nad morskimi falami zachód słońca, sam nie wiem. Wieczorem wpraszamy się do rodziny, gdzie jemy skromną kolację. Okazuje się, iż ludzie żyją tu jeszcze wedle starych zasad. Najmłodszy syn zawsze zostaje w domu rodzinnym, opiekując się rodzicami, ciotkami, wujkami itd. W domu pracują tylko kobiety. Panowie jak mają chęć, łowią ryby w morzu, chodzą na polowania lub uprawiają „ziele”. W tej wieloosobowej rodzinie pracuje tylko jedna kobieta. Oczywiście, wprawdzie nie otrzymuje wypłaty, ale ludzie potrafią się odwdzięczyć za opiekę. Biesiada składająca się z „ryb z oczami” (fasoli z wody i domowego chleba) rozkręca się. Pojawia się megaskręt z ziela własnej uprawy (całkiem spore po- letka w górach), no i nauka nowego sposobu palenia. Mężczyzna po wciągnięciu dymu wypuszcza go prosto w usta drugiemu. Próbuję, ale kopie. Byleby mi tak nie zostało. Taak, o czym ja tu...? Ach tak, jest już ranek. W pokoju chłopaki znajdują dwururkę. Ale jazda!

Przeprawa graniczna do Turcji, podobnie jak ta w Rosji, pozwala zahartować charakter i kończy się stwierdzeniem „nigdy więcej”. Turcja to bułka z masłem: moczenie się w ciepłym jeszcze morzu, cisza zakłócana jedynie zawodzeniem muezzina, no i wrażenie, że każdy kierowca w tym kraju to kamikadze. Na wyłączonych z ruchu pasach drogowych kobiety suszą zboże, na głębokiej prowincji dzieci pucują buty. Rozwalają mnie sygnalizatory świetlne, podające w formie graficznej czas do zmiany świateł. Skończyła się kasa, trzeba popracować za jedzenie i picie na straganie z owocami. Kilka razy mam przyjemność wyprzedzać ciężarówki malowane w fantazyjne wzory i obwieszone żarówkami zupełnie jak na Półwyspie Indyjskim.

Opony skończyły się na kamieniach jeszcze w Gruzji, a do domu parę tysięcy kilometrów i kilka granic. Ostatni odcinek z Azji do domu (ok. 2000 km) robimy jednym strzałem, bez spania, zaliczając trawersy przez otulone już zimą łańcuchy górskie.

W czasie wyprawy, mimo że właściwie nie powinno nam się to udać, zamknęliśmy pętlę wokół Morza Czarnego. Dojazdówka na Kaukaz i z powrotem to około 7000 km, w tym Ukraina i kawał Rosji to 2 dni jazdy. Tego, że w tych krajach przetrzepią nam skórę, spodziewaliśmy się, więc za bardzo nie bolało. Nieświadomym, ale z mocnymi nerwami jak najbardziej polecam to doznanie, bo jest niepowtarzalne. Z krajobrazów najmilej wspominam Nizinę Kubańską nad Morzem Azowskim, która wygląda jak ma- ła Holandia: plątanina kanałów i kanalików, mrowie barek, morze trzciny, domy na palach. Nie tak sobie wyobrażałem najbogatszą jeszcze 10 lat temu republikę ZSRR. Teraz może to być przykład kraju, w którym rządzi bieda.

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Gruzja, kiedyś jedna z bogatszych republik byłego ZSRR, dziś jest krajem, gdzie rządzi bieda. Wyprawa do tego kraju Czytelników MOTOCYKLA obfitowała w mocne momenty.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 03:55:04