Motocykl poleca:

Turystyka: Kamerun - prawdziwa Afryka

Poleć ten artykuł:

Projekt Kamerun zrodził się – jak to bywa – przez przypadek: Andrzej znalazł wątek na forum podróżniczym. Po 3 miesiącach przygotowań siedzimy w samolocie do Yaounde.  

Turystyka Kamerun Zobacz całą galerię

Pojechaliśmy szlakiem polskich misji katolickich w Kamerunie. Po 8 godzinach w samolocie jesteśmy w Yaounde. Z lotniska jedziemy do Darka, który przy misji prowadzi wypożyczalnię motocykli. Wybieramy w niej dwie Kawy KLR 650 – roczniki 1994 i 2006, po czym jedziemy na nich w stronę oceanu – do miejscowości Krini. Tamtejszy ośrodek Tara Plage zapewnił nam upojną noc z komarami i duszącą wilgocią. Rano ruszamy do Bafoussan. Pniemy się na wysokość 1600 m n.p.m., po drodze mijając niesamowicie wyglądające plantacje bananowców.

Kolejny dzień to trasa do Tibati. Pierwsze podczas tej wyprawy 300 km szutrów jedziemy prawie 10 godzin. Po drodze słońce topi nas jak czekoladę. W Tibati do hotelu prowadzi nas przypadkowo spotkany policjant, który na dzień dobry ruga obsługę, że nie mówi po angielsku, że nie mają restauracji i że piwo jest ciepłe. Zmęczeni padamy na mało wygodne łóżka, ale zawsze to lepsze niż spanie pod gołym niebem.

Extreme Nord
Z Tibati do Ngaoundéré startujemy wcześnie rano. To był dobry ruch, bo gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, zaczyna padać, i to tak mocno, że szutrowe drogi zmieniają się w błotniste lodowisko. Po drodze widzimy szokującą zbitkę kulturową: przy drodze o idealnej nawierzchni stoją kryte słomą chatki zrobione ze wszystkiego. Przy wjeździe do Ngaoundéré poznajemy sympatycznego policjanta na Yamasze 600 Ténéré, który prowadzi nas na misję do przemiłej polskiej misjonarki.

Kolejnego dnia startujemy na północ – w część Kamerunu określaną jako Extreme Nord. Zjeżdżamy z gór, roślinność zamienia się w busz, wszystko wyschnięte na wiór. Im bardziej na północ, tym jest goręcej, roślin coraz mniej, okolica przechodzi w sawannę. Kilkumiesięczny brak deszczu spalił wszystko, wyschnięte rzeki i skwar ponad +40 – oto Kamerun Extreme Nord.

Nocujemy w Maroua. Szutry mocno dają się nam we znaki na ostatnich 60 km dojazdu do tego miejsca. Na misji ksiądz Murzyn na nasze stwierdzenie: „We’re from Poland” odpowiada: „Szczęść Boże”. Zmęczeni, bez prądu i kolacji, logujemy się do pięciogwiazdkowej samotni. Zimnej wody brak (upał gwarantuje tylko ciepłą), wody do kąpieli nie trzeba podgrzewać, na różnokolorowe jaszczurki nie zwracamy już uwagi. Nocleg w temperaturze +30-35O to masakra, do tego brak prądu nie pozwala włączyć wiatraka i to wszystko za 3300 miejscowych franków za głowę.

Następnego dnia niedługo po wyjeździe wpadamy na posterunek BiR. To takie lokalne siły szybkiego reagowania. Sporo ich tutaj po niedawnym porwaniu francuskich turystów przez sektę Boko Haram. Komendant sugeruje, aby wziąć ochronę, dlatego każdy z nas zabiera żołnierza. Droga fatalna. Docieramy do miasta Waza. Dalej na północ, do jeziora Czad, nie jedziemy: ukrop ponad +47O nas wykończył. Teraz wiemy, skąd nazwy Kamerun Nord i Extreme Nord.

W mieście nuda i bezruch, muezzin właśnie nawołuje do modlitwy. Sprzedawca przy drodze dziwi się, bo od 3 miesięcy, tj. od porwania Francuzów, nie widział w mieście białego człowieka. Kupujemy wodę, mango, piwo i wracamy do pokoju. W nocy nadciąga burza piaskowa. Dobrze zrobiliśmy, rezygnując ze zwiedzania parku – pewnie bylibyśmy w samym jej centrum.

Czadu prawie nie ma
Wstajemy o świcie, aby złapać trochę chłodu. Wypad nad jezioro Czad odpuszczamy, bo i tak o tej porze roku prawie go nie ma. Rezygnujemy też z miejscowości Roumsiki z jej pięknym szczytem. Wiemy, że z powodu temperatury nie damy rady. Wracając przez park Waza, po drodze mamy przegląd głównie fauny (flory z powodu upałów praktycznie nie ma): małpy, antylopy i mnóstwo ptactwa, które rano, przed upałem, ruszyło na śniadanie do baru „Sawanna”.

W Maroua żegnamy się z BiR- -owcami jak ze starymi przyjaciółmi. Zaraz potem zaczepia nas policjant. Jedziemy do niego na komendę (trzeba się do tego przyzwy czaić, że ciągną cię), gdzie oglądamy jego stajnię. Okazuje się, że jest jednooosobowym oddziałem motocyklowym. W stajni stare beemki: R 1100 R i K 100 oraz równie wiekowa Yamaha XJ 900. Wszystko to spady z bratniej francuskiej policji. Szybka fotka na do widzenia i jedziemy dalej, uciekając przed upałami.

Tagi: turystyka | podróże | Afryka

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij