Motocykl poleca:

Turystyka Maroko 2009

Poleć ten artykuł:

Mój trwający dwa miesiące samotny rejs na pokładzie Fazera 600 prowadził w stronę marokańskiego portu. Po drodze było kilka innych.
Zobacz całą galerię

Szóstego dnia Bóg stworzył kobietę. Zaraz potem spojrzał na mężczyznę, pokiwał głową i postawił przed kobietą motocykl. Dlatego niekiedy lepiej dogaduję się z motocyklem niż z facetem.

Wyjeżdżam z Gdyni. Jakieś auto rusza spod świateł szybciej niż ja Fazerem. Niestety, w momencie startu stoi tuż za nami (bo od teraz Fazer i ja to my). Po dwóch dniach wyjazd nr 2. Tym razem sukces, więc wieczorem spaceruję po Hamburgu. Jestem pod wrażeniem Haffencity, Muzeum Prototypu, koncertów wokalnych w wykonaniu sprzedawców na targu rybnym. Nadzy fani futbolu biegający po „różowej” dzielnicy budzą moje mieszane uczucia.

W Amsterdamie bardziej niż ja zaskoczony jest Fazer – liczbą rowerów, samochodami przewożonymi na dachach barek i tym, że omal nie wylądował w kanale. Jest to miasto kompletnie nieprzewidywalne. Mecz siatkówki plażowej na głównym placu, szare czaple na latarni w centrum miasta to tylko dwa z moich amsterdamskich zdziwień. Zadowoleni, choć nieco zmęczeni, na przepięknej szosie wzdłuż Morza Północnego...



Marrakesz, godz. 19:40. Słońce już nie parzy, ale żar nadal bije od asfaltu. Na ulicach coraz więcej ludzi. 

...szukamy spokoju
Nie wiem, co biegnie szybciej – kilometry czy czas: Antwerpia, Bordeaux, wreszcie San Sebastian. Tu wyhamowujemy, bo w Hiszpanii nie można się spieszyć. Po drodze nie odmawiam zaproszenia do stołu i wspólnego biesiadowania, a okazji do tego w baskijskich portach nie brakuje.

Od czasu do czasu skręcamy boczne drogi, które z reguły prowadzą do czegoś fajnego. Np. trafiamy do Cudilleiro. Ten maleńki port zasługuje na swoją „cudowną” nazwę – kolorowe domki wokół malutkiego placu wyglądają bajkowo.

Wjeżdżamy w zielone wzgórza Galicji. Czuję, że północnohiszpański etap naszej podróży dobiega końca i szukam pretekstu, aby go choć trochę przedłużyć. Pretekst pojawia się sam: archipelag Cies – galicyjski rezerwat przyrody. Mało ludzi, zakaz ruchu kołowego (naburmuszony Fazer został w Vigo), woreczek na własne śmieci, bilet na prom powrotny w kieszeni. Po kilku godzinach spacerów po wzgórzach i plaży najchętniej bym go wyrzuciła.

W Porto jestem akurat w czasie obchodów imienin patrona miasta. Na ulicach od wieczora do rana bawi się całe miasto. Następnego dnia boli mnie głowa. Od muzyki, od huku fajerwerków czy od uderzeń plastikowych młotków z piszczałkami, którymi zgodnie z tradycją, bez groźby konsekwencji, uczestnicy zabawy bili się nawzajem po głowach? Nie wiem. Bo przecież nie od sangrii i porto, płynących tej nocy szerokim strumieniem.


As-Sawira. Mały port rybacki. Ostro wieje znad Atlantyku. Turystów jakby mniej, handlarze mniej natrętni. 

Fado nie dla mnie
Przez Costa Nova (warto) i Nazare (można odpuścić) docieramy do Lizbony. Fazer za 3 euro nocuje w 5-gwiazdkowym hotelu, ja za łóżko w 8-osobowej sali płacę sporo więcej. W poszukiwaniu muzyki fado wchodzę w zniszczone uliczki Alfamy i kolorowe Bairro Alto. Znajduję – fado za 25 euro razem z menu turystycznym. Może następnym razem...

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij