Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Turystyka: Podróż do Gambii

Jedziemy do Gambii – ta decyzja zapada trzy miesiące przed wyjazdem. Z ambasadą Mauretanii do ostatniej godziny walczymy o wizy.  

Tydzień po starcie docieramy do Agadiru w Maroku. Trasę Polska – Agadir ja i Kowal pokonaliśmy samochodem z przyczepą, na której były motocykle, reszta doleciała do Agadiru. Jest nas sześcioro: ja na XT 600, Kowal na XT 600 Ténéré, Martyna na BMW 650 GS, Mariusz na BMW F 800 GS oraz Dominika i Radek na V-Stromie 650.

Pierwsze dni to przejazd przez Saharę Zachodnią. Silne podmuchy wiatru spychają nas na przeciwny pas ruchu, bryza znad oceanu zalepia szyby w kaskach, jest zimno, mimo to jak małe dzieci cieszymy się z każdego kilometra. Im bliżej jesteśmy granicy z Mauretanią, tym krajobraz jest bardziej pustynny. Po drodze spaceruje coraz więcej wielbłądów. Przestraszone nieznanymi im dźwiękami naszych silników, zrywają się do ucieczki i biegną wprost pod nasze koła. Na posterunku przed Mauretanią stawiamy się kilka minut przed otwarciem.

Zastajemy zamknięty szlaban, grzeczną kolejkę i procedurę rozłożoną na kilka okienek. Wjeżdżamy po niecałej godzinie. Przed nami 4-kilometrowy pas zaminowanej ziemi niczyjej: pozbawiony oznakowanych dróg odcinek pustyni między posterunkami granicznymi Maroka i Mauretanii. Lawirujemy między rozbitymi i porzuconymi samochodami a wielkimi hałdami piachu. Zbyt dalekie odbicie w bok od głównej ścieżki może skończyć się tragicznie.

Mauretański posterunek wita nas chmarą majfrendów („Hello, my friend!”) i oczywiście papierologią. Jedna osoba jest odpowiedzialna za jedną czynność i wykonuje ją tak, jakby była najważniejsza na świecie. Po kilkudziesięciu mauretańskich kilometrach kamienie zastępuje piach, gdzieniegdzie pojawiają się palmy daktylowe, wydmy porastają odporne na suszę akacje. Siedliska ludzi ukryte między wydmami to kilka namiotów bez wody i prądu, stadko wychudzonych kóz i przeważnie jeden osioł – oto całe życie i majątek tubylców.

Czasami nazwy przestawały zgadzać się z tym, co mówiła mapa.

W Rosso nie ma żartów Przed nami 200 km dziurawej drogi do Rosso – miasta na granicy Mauretanii i Senegalu. O przejściu granicznym w Rosso krążą legendy, ale żadna z nich nie jest pozytywna. Jednak jedziemy właśnie tamtędy, bo musimy odebrać wizy. Mogliśmy to zrobić w Berlinie albo na granicy, czyli właśnie w Rosso. Najpierw trafiamy tam w łapy przebierańców udających żandarmów lub celników – głośnych, wymachujących rękami, natarczywych i całkowicie akceptowanych przez prawdziwych mundurowych, którzy z poważną miną odganiają przebierańców, po czym mrugnięciem oka zezwalają na dalsze popisy.

Są i cywilni pracownicy graniczni, pełniący tak ważne funkcje, jak wypisywanie biletów na prom czy spisywanie po raz dziesiąty danych naszych motocykli. Tuż za nimi są statyści, którzy tworzą tzw. folklor: panie sprzedające miniaturowe pączki i owoce, tłumy czekające na prom, starsze kobiety roznoszące funkcjonariuszom herbatę oraz bandy dzieciaków i ciekawskich. Zabawy graniczne trwają dobre dwie godziny. W końcu motocykle lądują na promie. Gdy tylko nasze sprzęty dotknęły stałego lądu, otaczają nas majfrendzi. Ci senegalscy nie kończą na nagabywaniu – pojawiają się groźby, wyzwiska i szarpanie. This is Africa...

W Senegalu robi się jeszcze bardziej afrykańsko i kolorowo, męską część ekipy w zachwyt wprawia uroda Senegalek. Jedno miejsce zatrzymało nas na dłużej. Niewielka wioska tuż przy drodze, kilka szałasów, jedna studnia, chmara dzieciaków i grupa rozbawionych kobiet. Błyskawicznie pozbywamy się smyczy i breloczków wiezionych z Polski. Gdy prezenty rozchodzą się do ostatniego, uznają nas za swoich i zapraszają do wioski. Dookoła bieda, porządek i uśmiechnięci ludzie. Pozwalają obejrzeć domy, podają do potrzymania dzieciaki i częstują orzeszkami.

Wreszcie Gambia!
Jesteśmy tak szczęśliwi, że nic nie jest w stanie popsuć nam humorów. Procedury na małym przejściu granicznym zaczynają nas bawić, ciekawskich zapraszamy bliżej, śmierdzący kibelek wydaje się luksusem, a uśmiechnięci policjanci na nasze uśmiechy jeszcze bardziej szczerzą śnieżnobiałe zęby.

W Farafenni wymieniamy kasę, ile się dało, tak że każdy ze sporą porcją dalasi wraca do motocykla upchać banknoty, gdzie to możliwe. W miasteczku jest jeden hotel z zaporowymi jak dla nas cenami.

No to w kampusie szkolnym próbujemy uzyskać zgodę na rozbicie namiotów. Bez sukcesu. Ostatecznie pozwalają nam rozbić namioty na hotelowym parkingu. Mamy dostęp do łazienki. Ekstra! Kupujemy skrzynkę lokalnego piwa Jul Brew, jemy kolację i poznajemy Dama, który podpowiada, gdzie warto pojechać. Rano budzi nas obsługa hotelu: nasze namioty przeszkadzają w zamiataniu ogródka. Musimy się zbierać.

Po drodze do Georgetown zatrzymujemy się w miejscowości Wassu, gdzie stoją kamienne kręgi szacowane na VIII wiek naszej ery. Każdy kamień ma od metra do 2,5 m wysokości i waży do 10 ton. Prawdopodobnie są to pozostałości po grobach dawnych władców. Szczyt każdego z bloków wieńczy kopczyk z kamyków (duże zdjęcie na dole str. 88-89) – dzieło odwiedzających to miejsce. Należy podnieść kamyczek, wyszeptać do niego życzenie i położyć na szczycie kopczyka. Wtedy życzenie się spełni.

Po południu docieramy do hotelu tuż przy Georgetown, który polecił Dam. Gambia to ponad 400 gatunków ptaków, hipopotamy i krokodyle, tropikalne lasy i piaszczyste plaże. Chcemy zobaczyć przynajmniej część tych cudów, stąd 4-godzinna wycieczka łódką w dół rzeki Gambie. Trafiamy na trzy hipopotamy: dwa duże i jednego małego. Nie podpływamy blisko, bo być może najmniejszy jest dzieciakiem, a rodzice mogą stanąć w jego obronie...

W drodze powrotnej przeprawiamy się inną maleńką łódeczką na wyspę będącą sercem Georgetown. Płyniemy tam, by zwiedzić dom niewolników i poznać miejsce niegdysiejszych tragedii. W ponurych piwnicach budynku słuchamy historii niewolnictwa oraz opowieści o warunkach, w jakich przetrzymywano ludzi na spędach. Oglądamy również pozostałości targu niewolników i drzewo wolności, które dotknięte przez niewolnika na zawsze dawało mu wolność.

Prostowanie felg w BMW. – This is Africa! – krzyczał uśmiechnięty mężczyzna i walił korbowodem w koło.

This is Africa!
Gambia słynie z bogactwa gatunków ptaków, ale najbardziej rzucają się w oczy wszechobecne sępy. Ich nieporadny chód, a raczej skakanie powodują uśmiech, mniejszą przyjemnością jest zastanie ich przy kolacji. Widzimy je także po drodze z Georgetown do stolicy Gambii – Banjulu. Miasto nie zachwyca nas urodą, ale możliwość obserwowania z bliska życia mieszkańców wszystko wynagradza. Po Banjulu zaczynamy powrót do domu.

Kupujemy bilety na prom, mundurowy obiecuje, że będzie on lada chwila... Po godzinie mówi to samo. Dwie, trzy i cztery godziny później – też. This is Africa! Wreszcie prom pojawia się. Obok nas kotłują się kobiety z dziećmi, mężczyźni z owcami, jakiś pan taszczy dwa krzesła i stół, ktoś trzyma za nogi trzy żywe kury. Na oko prom jest trzykrotnie przeładowany.

Znów jesteśmy w Rosso. Robi się ciemno, a mundurowi wymyślają coraz to nowe opłaty i procedury. Nasze błagania nie robią na nich wrażenia, więc wykonujemy fikcyjny telefon do ambasady. Zaraz okazuje się, że kolejne opłaty chyba nie są aż tak potrzebne.

By pomóc im w podjęciu decyzji, niespiesznie rozbijamy namioty przy posterunku. Przecież idzie noc, musimy gdzieś spać. This is Africa! – tłumaczymy. Kolejny dzień to monotonny przejazd przez Mauretanię. Po wjeździe do Maroka mamy wrażenie, jakbyśmy wrócili do cywilizacji.

To warto wiedzieć

Granice. Do Gambii Polacy nie potrzebują wizy, do Mauretanii i Senegalu tak. Koszt wiz i opłat granicznych to ok. 150 euro. Na granicach trzeba negocjować, bo próbują wyłudzić dziesiątki z czapy wziętych opłat. Warto płacić tam lokalną walutą, bo kurs każdej innej jest trzykrotnie wyższy.

Paliwo. We wszystkich krajach, w których byliśmy – 0,8-1,2 €/litr. W Mauretanii trudno o zwykłą benzynę.

Języki. W Gambii i Senegalu bez problemów porozmawiasz po angielsku. W Maroku i Mauretanii króluje francuski.

Noclegi. W każdym z „naszych” czterech państw afrykańskich spaliśmy na dziko i nie było z tym najmniejszego problemu. Hotele są w większych miastach i rejonach turystycznych.

Jedzenie. Wszędzie mnóstwo świeżych owoców, warzyw, ryb i owoców morza. Najlepszą kuchnię miała Gambia. Do dziś wspominamy owoce zrywane z drzew.

Pogoda. Zimowe miesiące to w tej części Afryki pora sucha, więc zagrożenie malarią jest mniejsze. Temperatury to z jednej strony kilkanaście stopni w Maroku, z drugiej prawie +40 w Gambii.

Drogi. Całość trasy z powodzeniem można przejechać gładkimi asfaltami, wystarczy jednak tylko trochę zboczyć z trasy, by zaczęła się prawdziwa przygoda.

Zdrowie. W Gambii i Senegalu trzeba mieć międzynarodową książeczkę szczepień. Obowiązkowe szczepienie: przeciw żółtej febrze. Idealna pora na wyjazd do Gambii to grudzień-luty. Jest tam wtedy pora sucha, co jest zabójcze dla komarów. Spotkaliśmy ich dosłownie kilka.

KOSZT WYPRAWY: ok. 7000 zł/os.

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Świetna opcja. Chętnie też bym sobie kiedyś zaszalał jak tylko fundusze na to pozwolą. 

    cross221, 2015-04-21 11:50:02
  • avatar
    zgłoś
    <p>Wielbłądy, pustynie, 200 rodzajów ptaków i... piękne krągłości i centrum mody - taki miks zaserwowała nam Gambia. Nasi czytelnicy wybrali się tam oczywiście na motocyklach.</p><br /><br /><a href="/artykuly/Turystyka-Podroz-do-Gambii,8966,1">Zobacz artykuł</a>
    ~Motocykl Online, 2015-03-30 09:25:50