Motocykl poleca:

Turystyka: Podróż do Gambii

Poleć ten artykuł:

Jedziemy do Gambii – ta decyzja zapada trzy miesiące przed wyjazdem. Z ambasadą Mauretanii do ostatniej godziny walczymy o wizy.  

Turystyka: Podróż do Gambii Zobacz całą galerię

Tydzień po starcie docieramy do Agadiru w Maroku. Trasę Polska – Agadir ja i Kowal pokonaliśmy samochodem z przyczepą, na której były motocykle, reszta doleciała do Agadiru. Jest nas sześcioro: ja na XT 600, Kowal na XT 600 Ténéré, Martyna na BMW 650 GS, Mariusz na BMW F 800 GS oraz Dominika i Radek na V-Stromie 650.

Pierwsze dni to przejazd przez Saharę Zachodnią. Silne podmuchy wiatru spychają nas na przeciwny pas ruchu, bryza znad oceanu zalepia szyby w kaskach, jest zimno, mimo to jak małe dzieci cieszymy się z każdego kilometra. Im bliżej jesteśmy granicy z Mauretanią, tym krajobraz jest bardziej pustynny. Po drodze spaceruje coraz więcej wielbłądów. Przestraszone nieznanymi im dźwiękami naszych silników, zrywają się do ucieczki i biegną wprost pod nasze koła. Na posterunku przed Mauretanią stawiamy się kilka minut przed otwarciem.

Zastajemy zamknięty szlaban, grzeczną kolejkę i procedurę rozłożoną na kilka okienek. Wjeżdżamy po niecałej godzinie. Przed nami 4-kilometrowy pas zaminowanej ziemi niczyjej: pozbawiony oznakowanych dróg odcinek pustyni między posterunkami granicznymi Maroka i Mauretanii. Lawirujemy między rozbitymi i porzuconymi samochodami a wielkimi hałdami piachu. Zbyt dalekie odbicie w bok od głównej ścieżki może skończyć się tragicznie.

Mauretański posterunek wita nas chmarą majfrendów („Hello, my friend!”) i oczywiście papierologią. Jedna osoba jest odpowiedzialna za jedną czynność i wykonuje ją tak, jakby była najważniejsza na świecie. Po kilkudziesięciu mauretańskich kilometrach kamienie zastępuje piach, gdzieniegdzie pojawiają się palmy daktylowe, wydmy porastają odporne na suszę akacje. Siedliska ludzi ukryte między wydmami to kilka namiotów bez wody i prądu, stadko wychudzonych kóz i przeważnie jeden osioł – oto całe życie i majątek tubylców.

W Rosso nie ma żartów Przed nami 200 km dziurawej drogi do Rosso – miasta na granicy Mauretanii i Senegalu. O przejściu granicznym w Rosso krążą legendy, ale żadna z nich nie jest pozytywna. Jednak jedziemy właśnie tamtędy, bo musimy odebrać wizy. Mogliśmy to zrobić w Berlinie albo na granicy, czyli właśnie w Rosso. Najpierw trafiamy tam w łapy przebierańców udających żandarmów lub celników – głośnych, wymachujących rękami, natarczywych i całkowicie akceptowanych przez prawdziwych mundurowych, którzy z poważną miną odganiają przebierańców, po czym mrugnięciem oka zezwalają na dalsze popisy.

Są i cywilni pracownicy graniczni, pełniący tak ważne funkcje, jak wypisywanie biletów na prom czy spisywanie po raz dziesiąty danych naszych motocykli. Tuż za nimi są statyści, którzy tworzą tzw. folklor: panie sprzedające miniaturowe pączki i owoce, tłumy czekające na prom, starsze kobiety roznoszące funkcjonariuszom herbatę oraz bandy dzieciaków i ciekawskich. Zabawy graniczne trwają dobre dwie godziny. W końcu motocykle lądują na promie. Gdy tylko nasze sprzęty dotknęły stałego lądu, otaczają nas majfrendzi. Ci senegalscy nie kończą na nagabywaniu – pojawiają się groźby, wyzwiska i szarpanie. This is Africa...

W Senegalu robi się jeszcze bardziej afrykańsko i kolorowo, męską część ekipy w zachwyt wprawia uroda Senegalek. Jedno miejsce zatrzymało nas na dłużej. Niewielka wioska tuż przy drodze, kilka szałasów, jedna studnia, chmara dzieciaków i grupa rozbawionych kobiet. Błyskawicznie pozbywamy się smyczy i breloczków wiezionych z Polski. Gdy prezenty rozchodzą się do ostatniego, uznają nas za swoich i zapraszają do wioski. Dookoła bieda, porządek i uśmiechnięci ludzie. Pozwalają obejrzeć domy, podają do potrzymania dzieciaki i częstują orzeszkami.

Tagi: Afryka | podróż | turystyka motocyklowa

Oceń artykuł:

5.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij