Motocykl poleca:

Turystyka: Syria i Jordania

Poleć ten artykuł:

Kolejna samotna wyprawa Ani Jackowskiej. Najpierw było Maroko (MOTOCYKL 5/2009), teraz przyszła kolej na Bliski Wschód – na Syrię i Jordanię.
turystyka-podroze-syria-jordania-1024-01-main.jpg Zobacz całą galerię

Wyjeżdżam z Trójmiasta. Pierwsze zdziwienie na Słowacji: wszyscy jeżdżą tu bardziej niż przepisowo. Dojeżdżamy (tzn. ja i BMW F 650 GS) do granicy z Węgrami. Nocleg mam w Budapeszcie w cytadeli na górującym nad miastem wzgórzu Gellerta. Tanio, bezpiecznie dla motocykla, na dodatek piękne widoki.

Na granicy węgiersko-serbskiej setki samochodów i wściekłych turystów. Kilkugodzinne stanie w upale nie należy do przyjemności. Samochody omijam bokiem – wysoki krawężnik i przez trawnik... Celnicy nie robią problemów. „Do Jordanii? Sama? Szerokiej drogi, kobieto!”. Na granicy wymieniam 20 dolarów na opłaty za autostradę i kawę. Za paliwo można płacić kartą. Przez Serbię typowy tranzyt.

Do Sofii dojeżdżam o zmierzchu. Trochę czasu zajmuje mi znalezienie hostelu. Zawsze, gdy mamy skręcić, okazuje się, że to ulica jednokierunkowa. I tak się kręcimy. W pewnym momencie z naprzeciwka jedzie samochód. Skoro ja z GS-em jedziemy w dobrym kierunku, to znaczy, że puszka musi jechać pod prąd. Nie trąbię, bo myślę, że nas widzi. Po chwili okazuje się, że nie do końca. Samochód zatrzymuje się tuż przy mojej nodze. Niezły początek. Chwilę późnej dojeżdżamy do hostelu. Nerwy robią swoje – bardzo szybko zasypiam.

 Zamek Krak des Chevaliers. GS-owi zostało podziwianie go z zewnątrz. Spędziłam tam kilka godzin. A dziadek parkingowy z uśmiechem liczył sobie nadgodziny za pilnowanie…

Czas w plecy
Rano zaskoczenie. Zapominam o zmianie czasu. W ten sposób już w momencie pobudki mam godzinę w plecy. Wyjeżdżam dwie godziny po czasie. Na granicy tureckiej niespodzianka. Biurokracja, której tak się obawiałam i którą wszyscy straszyli, okazała się niegroźna. Pierwsze wrażenie – zajeżdżanie drogi przy wyprzedzaniu, oczywiście bez kierunkowskazu. Trzeba cały czas trzymać środek pasa, bo minimalny zjazd może kosztować zepchnięcie na bok.

Turcy zaskakują mnie gościnnością – co tankowanie, to herbatka. Żałuję, że to tylko tranzyt. Domowa atmosfera znika przy wjeździe do Stambułu. GS rwie się między samochody, ja zaciskam zęby i tylko czekam, aż oberwiemy. W fali samochodów pędzących przez most bosforski wyjeżdżamy z Europy. 100 km za Stambułem przy zjeździe z autostrady hotel Wisienka. Negocjacje cenowe poszły mi jak z płatka. Targowania nie wolno odpuszczać. Zawsze kilka euro w kieszeni zostaje.


Najwyższy czas na zamianę motocykli. Kanapa całkiem wygodna. A jak bajerancko przyozdobiona! 

1,5 godz. do Syrii
Kolejny dzień wybitnie kryzysowy. Duże wahania temperatury i brak snu dają się we znaki. Znajduję krzesło na stacji benzynowej i bardzo szybko zasypiam. Następnego dnia postanawiam nadrobić stracony czas. Pośpiech kończy się niemiło – mandatem. Na granicy syryjskiej budzimy z GS-em poruszenie. Procedur sporo, ale celnicy pomagają w wypełnieniu papierów i spokojnie wyjaśniają, co, u kogo, za ile... Zostawiam urzędowe 120 dolarów – za siebie i za motocykl. Od jednego z celników dostaję kilka fistaszków. Hm, są zielone, ale skoro on je, to chyba ja też mogę... Drobne 1,5 godziny i jesteśmy wolni. Syria przed nami.

Do Latakii mamy 55 km. Niby blisko, tyle że zapada zmrok. Droga kręta i nierówna. Do tego Syryjczycy nie uznają świateł. Więcej – dają mi do zrozumienia, że moje, włączone, im przeszkadzają, są więc zbędne. Ulec im czy zadbać o siebie? Ostatecznie światła zostawiam włączone. Kolejne dni dowodzą, że do syryjskich zwyczajów drogowych można się przyzwyczaić. Zresztą kierowcy mocno umilają mi drogowy bałagan. Może potrzebujesz pomocy?, czy wszystko OK? – takie pytania słyszę każdego dnia.

Tagi: Ania Jackowska | Jordania | Syria

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij