Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
1.0

Turystyka: Tajlandia 2004

2 grudnia o świcie przybyliśmy do Bangkoku. Pierwsze zdziwienie: w grudniu 30-35º? Nie chce się wierzyć. Wszystko rośnie tu dosłownie z dnia na dzień.

W południe słońce wisi pionowo nad głową i pali jak ogniem. Ale my, w przeciwieństwie do tubylców, jesteśmy w siódmym niebie. Pretensje do słońca mają przede wszystkim tutejsze kobiety, bo biała skóra jest symbolem urody. Kosmetyki wybielające skórę można kupić właściwie wszędzie. Ten świat jest całkiem odmienny od znanej nam codzienności. Jedzenie wygląda i smakuje zupełnie inaczej. Potrawy są tak ostre, że jeśli zdołam je polubić, to w domu chyba będę jadał czuszkę w sosie pieprzowym. W Tajlandii owoce posypuje się cukrem wymieszanym z chili!

Po dwóch dniach aklimatyzacji czas rozpocząć poszukiwania motocykla. Oferta w Tajlandii jest całkiem inna od tej, którą spotyka się w Europie. Niestety, dość szybko dotarło do nas, że solidnych motocykli, które nadawałyby się do jazdy w terenie, łatwo nie znajdziemy. Zaplanowałem przejechanie 6000 km, a to, według miejscowych, nie jest dystans dla motocykla. Niektórzy znacząco pukali się w czoło.





Ze względu na problemy językowe oraz różnice w mentalności, nawet najdrobniejsza kwestia staje się problemem nie do rozwiązania. To, co dla nas jest czymś zwykłym, spotyka się z pełnym zdziwienia spojrzeniem. Przepytaliśmy co najmniej 200 osób (używając specjalnej językowej mieszanki tajskiego z angielskim). Doszliśmy do takiego stanu, że zadowoliłyby nas nawet dwa małe Simsony... Po tygodniu starań wreszcie udało się – znaleźliśmy dwa małe motocykle zupełnie nieznanej marki. To produkt miejscowego przemysłu.

Nasza wyprawa nareszcie może się rozpocząć. Kierunek: Tajlandia południowa. Pierwszy przystanek to Prachuap Khiri-Khan, gdzie w bazie wojskowej trafiamy jakieś święto: są tańce, bazary, lizaki, cytrynada i cukrowa wata. Wartownik gestem zaprasza nas do środka. Nikt nie sprawdza dokumentów. Chcemy pofotografować imprezę, broń i wozy bojowe, ale przecież tutaj na pewno nie wolno robić zdjęć. Zapytaliśmy strażnika, ale nie zrozumiał. Po chwili sam zaczął pozować. Później okazało się, że każdy może tu robić zdjęcia, jeśli tylko ma ochotę. Z wyjątkiem budynku nr 53 dowództwa sił powietrznych, wszystkie inne obiekty wolno odwiedzać przez 24 godziny na dobę, można też razem z żołnierzami spożywać posiłki, a nawet wynajmować wolne baraki na urządzanie pikników. Koszary i pas startowy dzielą miasto na pół. Aby jednak nie trzeba było ich objeżdżać, przez pas przechodzi w poprzek droga. Nie wierzyliśmy własnym oczom: po wojskowym pasie startowym odbywa się zwyczajny ruch drogowy! Po obu stronach szerokiej na 100 metrów powierzchni betonowej postawiono dwie rogatki, tak że można je opuszczać, kiedy ma lądować samolot.

Wieczorem jechaliśmy do domu w towarzystwie około dwustu innych motocykli. Zatrzymaliśmy się przy sklepie, aby się czegoś napić. Gdy tylko zsiedliśmy z motocykli, rzucił się nam na szyję jakiś człowiek. Kiedy nas obejmował i całował, chciał się dowiedzieć, skąd przyjechaliśmy i kim jesteśmy. Był bardzo pijany. Przedstawił się jak przystało: jest policjantem. Wówczas pojawił się jego kompan, wyszedł ze sklepu dźwigając flaszkę. On również usłużnie zaoferował swoją pomoc, gdybyśmy tylko mieli jakieś problemy... Na szczęście nie mamy poważniejszych kłopotów.

Trzeba było wykonać kilka napraw, ale to zadanie nie jest takie proste: „fachowcy” nie mówią w żadnym obcym języku. Są za to wyposażeni w narzędzia podobne do używanych przez średniowiecznych kowali. Poza tym, wydają się nie wiedzieć nic o mechanice. Nad zatartym łożyskiem i niedziałającym hamulcem chcieli przejść do porządku dziennego, zapewniając, że tak ma być. Usiłowali mnie przekonać, wskazując na trzy motocykle zaparkowane przed serwisem, które wszak cierpią na te same schorzenia, a bardzo dobrze sobie radzą podczas jazdy! W końcu sam chwyciłem te ich „narzędzia” i zabrałem się do pracy. Przy niektórych całkiem prostych czynnościach mocno się emocjonowali i głośno pokrzykując, okazywali zdziwienie, że faktycznie jest lepiej niż było przedtem.

Bez przeszkód posuwamy się dalej na południe. Po kilkuset kilometrach zaczynamy powoli rozumieć coraz więcej z tutejszych zwyczajów komunikacyjnych. Najpierw opanowujemy poruszanie się w ruchu lewostronnym, coraz rzadziej zdarzają się nam zygzaki po wjechaniu na przeciwny pas. Autostrada w kierunku Malezji ma po dwa pasy w obu kierunkach. Ponadto po obu stronach znajdują się dość szerokie pasy postojowe. Ale zatrzymać się na nich nie można, są to bowiem pasy dla motocyklistów. Tu dla odmiany panuje ruch prawostronny. W pobliżu mostów na 20-30 metrów pas się urywa, wówczas trzeba przemykać między samochodami. Sytuację komplikuje konieczność stałego omijania rozjechanych małp, psów i orzechów kokosowych, a tak- że to, że z naprzeciwka może pojawić się nagle samochód lub motocykl. Przyczyną zapewne jest lenistwo, bowiem nikomu nie chce się podjechać do najbliższego nawrotu, tylko drogę 5-10 km pokonuje w najprostszy sposób, czyli po pasie przeciwnym. Bywały takie sytuacje, że rządek 4-5 motocykli jechał z naprzeciwka. O oświetlenie nikt nie dba, w związku z czym dopiero gdy pojazd jest trzy metry przed nami, okazuje się, że ładuje się prosto na nas, a nie jedzie w tym samym kierunku, co my. Właściwie nikt nie jeździ w kasku, choć jest to obowiązkowe. Na małym motocykielku podróżuje się we trójkę, w czwórkę, najmłodsze dziecko – ssące niemowlę – stoi na siedzeniu wciśnięte między tatusia i mamusię.

Już od pięciu dni jesteśmy w Nakhorn Si Thammarat, to pogoda nas tutaj zatrzymuje. Gdy leje, masz wrażenie, że jesteś pod wodospadem. Ktoś, kto jechał motocyklem w deszczu, myśli, wie, jak to jest, ale zapewniam, że się myli. W ciągu kilku sekund przemaka się do nitki. Niezliczone pensjonaty, o których trudno powiedzieć, że są komfortowe, oferują noclegi. Coraz łatwiej dogadujemy się – poznaliśmy trochę pojedynczych słów po tajsku, akcentujemy je gestami i wspomagamy to angielskim. Dziś ja załatwiłem noclegi, ale kiedy mój kompan zobaczył pokój, powiedział: – Ja tu się nie położę, raczej stanę na jednej nodze w kącie, a głowę wsadzę pod pachę! Pokój bardziej przypomina cel ę więzienną. Łazienka jest, ale nie zasługuje na tę nazwę, to raczej jakiś węzeł wodny. Muszla klozetowa wymusza przyjęcie pozycji skoczka narciarskiego na rozbiegu. Do tego prusaki... Już byliśmy bliscy ewakuacji, ale zdecydowaliśmy, że tak łatwo się nie poddamy, przecież reprezentujemy tu cały naród!

Jesteśmy ok. 800 km od Bangkoku. Im dalej od stolicy, tym gorsze noclegi. A co będzie jeszcze dalej na południe? Ale nie poddajemy się, zaciskamy zęby i udajemy przed sobą, że wszystko jest OK, przystosowujemy się. To, co jeszcze dwa tygodnie temu oburzało, teraz wywołuje u nas tylko szczerą wesołość.

Po kilku kolejnych dniach i paru setkach przejechanych kilometrów przybyliśmy do Pattani. To małe miasteczko leży blisko końcowego celu naszej podróży – granicy z Malezją. Ludność to w 90% muzułmanie, choć dominującą w Tajlandii religią jest buddyzm. W tych okolicach prawie wcale nie ma turystów. Jakaś dziewczynka na nasz widok schowała się za swojego ojca. Kiedy próbował ją namówić, aby podeszła do nas i zapytała, jak się nazywamy, od razu daleko uciekła. Dziesięć minut później pojawili się znowu, ojciec ciągnął biedactwo za rękę w naszym kierunku. Na twarzy dziewczynki widać było, że nie może się zdecydować, czy to, co zobaczyła, to nie są potwory. Zamieniliśmy parę słów z ojcem, który okazał się nauczycielem w szkole podstawowej. Zaprosił nas do swojego domu, który służy mu także za salę lekcyjną, żeby jego klasa mogła spotkać się z dwoma egzemplarzami „wielkiego białego człowieka”. Bardzo byłby zadowolony, gdybyśmy na lekcji porozmawiali trochę z dziećmi. Rozmowa w połączeniu z dokładnym obejrzeniem nas na pewno będzie dla nich niezapomnianym przeżyciem.

Przyjeżdżamy przed dom. Wita nas ogromny wrzask, dzieci biegają tam i z powrotem, podniecenie sięga zenitu. Pan nauczyciel nie bujał, faktycznie przyszło dwóch „Yeti”. Duży wysiłek nauczyciela wreszcie uspokoił tę burzę i mogła rozpocząć się lekcja angielskiego. Napisałem na tablicy: „Sós Botond and Varga Gyula from Hungary in Thailand” [Sós Botond i Gyula Varga z Węgier w Tajlandii]. Zaczyna się od przedstawiania się wszystkich po kolei. Dziesięcio-, jedenastoletnie dzieci nie mówią płynnie po angielsku, dlatego odczytują pytania, uprzednio zapisane na papierze. Trzeba je dodatkowo zachęcać, nie mają śmiałości spojrzeć nam prosto w oczy, niektóre chowają się pod stoły. Jeszcze kwadrans i przekonają się – ku ogromnemu zdziwieniu niektórych – że wcale nie spadliśmy z nieba. Powoli przysuwają bliżej krzesła i już prawie na nas siedzą. Staram się zajmować nimi metodą symultaniczną, odpowiadam tu i tam na pytania, Gyula zaś pomaga, żebym choć raz na kwadrans mógł głębiej nabrać powietrza. To, co mówimy, dzieci od razu muszą notować, a nauczyciel na końcu każdego wypowiedzianego przez siebie zdania pyta nas, czy było ono poprawnie zbudowane. Wtedy okazało się, że lepiej mówimy po angielsku od nauczyciela. Meldujemy z Pattani, że lekcja udała się na piątkę. Naturalnie po lekcji zostaliśmy ugoszczeni obfitą kolacją. Mieszkańcy Tajlandii uczynią wszystko, by gościom niczego nie brakowało.



Bez względu na to, jak dobrze czujemy się tutaj w Pattani, dalszej podróży nie można przecież odkładać w nieskończoność. Ruszamy do upragnionego celu, do Ban Taba. Tę niewielką wieś graniczną zaznaczyłem jako cel wyprawy długo przed wyjazdem do Azji. Po przejechaniu 150 km z zadowoleniem spoglądamy na graniczną rzekę oddzielającą Tajlandię i Malezję oraz krążącą po niej łódź patrolową. Jest to punkt zwrotny naszej podróży (102º z ułamkami długości geograficznej wschodniej i 6º z ułamkami szerokości geograficznej północnej). Punkt najbardziej oddalony od miejsca startu, stąd już będziemy poruszać się tylko w kierunku domu...

Z powrotem posuwamy się wybrzeżem w zachodniej części kraju. Przemierzamy górzystą okolicę. Na drugim brzegu jest równo jak po stole. Tam droga wiodła odcinkami brzegu poprzecinanymi przez mokradła i moczary.

Nieco później trafiliśmy do Kambodży. To bardzo piękny kraj, ale zjechanie z utwardzonej drogi grozi śmiertelnym niebezpieczeństwem.

Dosłownie. Na terenie całego kraju ziemia kryje mnóstwo min przeciwpiechotnych. Ciągle zbierają one krwawe żniwo, zabijają i okaleczają ludzi, bez względu na wiek i płeć. Kraj i jego mieszkańcy cierpią do dziś, ponosząc konsekwencje dziesięcioleci konfliktów politycznych. Połowę ludności wymordowano lub wysiedlono, ci, którzy żyją, cierpią skrajną nędzę.

Po tym, cośmy tam zobaczyli, ponowny pobyt na ziemi Tajów przez ostatnie dwa tygodnie wyprawy był dla nas jak oddech świeżości. Widzieliśmy wiele wiosek, gdzie ludzie żyją znacznie biedniej niż w miastach. Domy są budowane tak, że mają tylko ściany i dach, często stosuje się jedynie naturalne materiały budowlane. Budynki mają wyłącznie chronić przed deszczem i promieniami słonecznymi.

Natomiast przy budowie świątyń kompromisów się nie uznaje. Są fantastyczne! W trakcie budowy nie szczędzi się ani kosztów, ani też pracy ludzkiej. Nawet najmniejszy detal jest szczegółowo dopracowany, prawdziwy majstersztyk. W każdej wsi znajduje się świątynia z własnym krematorium. Urny z prochami najbliższych umieszcza się w ogrodzeniach świątyń. W dniu Nowego Roku oddaje się tam cześć krewnym. Zwyczajem jest modlitwa połączona z ucztowaniem.

Podczas naszej wyprawy wiele zobaczyliśmy w tej części Azji, ale coraz bardziej utwierdza się w nas przekonanie, że to wszystko za mało. W tym roku zamierzamy dokonać tam dalszych odkryć. Powinno się udać, bo do Tajlandii należy wyjeżdżać między listopadem a lutym, bo tylko wtedy upał nie zabija Europejczyków.


zobacz galerię

Zobacz również:
Wszystkie trzy maszyny biorące udział w tym teście mają w sobie gen buntownika oraz co najmniej dwucylindrowy silnik. BMW, Honda i Triumph są w stanie sprawić, że życie stanie się piękniejsze. 
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij