Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Turystyka: Turcja 2009

Czworo ludzi, trzy motocykle (Yamaha FJR 1300, Kawasaki ER-6f i Suzuki GSF 650 S) i wiosenna wyprawa do Turcji.

Był 24 kwietnia. Ruszyliśmy z Przasnysza. My, tzn. Andrzej, Jola, Julita i Kamil, znajomi z przasnyskiego klubu Rotom. Pierwszego dnia dojechaliśmy do Cieszyna – 524 km. Następnego granice z Czechami, Słowacją i Węgrami przekroczyliśmy, nawet nie zwalniając. Szybka odprawa na przejściu granicznym z Serbią i pognaliśmy na Belgrad. Wokół pola, żadnej górki, żadnego lasu, nawet pojedynczych drzew niewiele. Wzmógł się wiatr, zaczęło padać. To i zmęczenie drużyny spowodowało, że poszukaliśmy noclegu. Zatrzymaliśmy się przy kompleksie hotelowo-restauracyjnym. Okazało się, że nie tylko elewacja robi wrażenie luksusowej: 62 euro za dwuosobowy pokój bez śniadania! Pokonany tego dnia dystans 654 km.



Macedoński smakołyk
Następnego dnia nie padało, ale zachmurzenie było duże, a i temperatura nie rozpieszczała. W miarę zbliżania się do Macedonii droga robiła się bardziej kręta, a krajobrazy ciekawsze. Zaraz po wjechaniu do tego kraju zobaczyłem na małym sklepiku nabazgrane sprayem ŁKS Łódź. Macedońskie drogi są tańsze od serbskich. I do tego te zupełnie puste autostrady! Tak nas urzekła ta pustka, że nie zauważyliśmy policji na poboczu. Tylko pogrozili nam palcem.

W Macedonii posmakowaliśmy najlepszego dania wyprawy: mielonego mięsa baraniego, uformowanego w serdelki. Do tego sałatka z pomidorów, ogórków, cebulki i owczego sera, a na zagrychę koszyk bułek. Super!

Po przekroczeniu greckiej granicy pojechaliśmy w stronę Salonik. Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy przyjemny hotelik. Nawinęliśmy około 738 km.



Skok do Azji
Od rana padało. Mimo to cięliśmy autostradą ok. 160 km/h. Szybko dojechaliśmy do granicy tureckiej. Odprawa poszła sprawnie. Po tureckiej stronie wciąż deszcz. Droga była na zabój nudna: prosta i z marnymi krajobrazami. Tak dotarliśmy do przeprawy promowej w Cannacale. Bez gadania wyskoczyliśmy po 20 lirów od motocykla (niecałe 18 zł). Ludzie gratis. Tak dostaliśmy się do Azji. Pokonany tego dnia dystans: 580 km.

Pierwszym obiektem zwiedzonym przez nas w Azji był Pergamon. Ruiny tej starożytnej metropolii znajdują się w pobliżu Bergamy. Było to pierwsze miasto w Azji, przez które przejeżdżaliśmy. Jeden wielki chaos. Na zwiedzanie poświęciliśmy więc ledwie pół godziny. Kilka fotek i w drogę. Kierunek Izmir. Gdy dotarliśmy na wskazane w przewodniku miejsce, okazało się, że po starym bazarze, który chcieliśmy zwiedzić, została tylko tablica. Zamiast niego zobaczyliśmy galerię handlową. Na zakończenie dnia niechcący trafiliśmy na prawdziwy bazar, ze straganami i zachęcającymi do zakupów handlarzami. Pełno było worów z przyprawami, suszonymi i świeżymi owocami. Widzieliśmy też lokale tylko dla mężczyzn. Siedzieli, paląc papierosy, popijając herbatę i grając w karty. Pokonany tego dnia dystans: 349 km.


Zwiedzanie zabytków Efezu w pełnym rynsztunku. Było bardzo ciepło ale daliśmy radę bo było warto.  
   
Widok na Błękitny Meczet i egipski obelisk. 
Miejscowa fauna głośno ucieszyła się na nasz widok. 

Lepiej nie pytaj
Od rana świeciło słońce, więc zwiedzanie Efezu nam się udało, tym bardziej że było co podziwiać. Co najmniej dwa amfi teatry, wiele pozostałości olbrzymich kiedyś budowli i bardzo długi trakt pomiędzy nimi. Kolejne zadanie: znaleźć drogę na Meryemana – miejsce, w którym ostatnie lata życia spędziła Matka Boska. Zaczepiony policjant stwierdził, że mapa mapą, a droga drogą i żebym za dużo nie pytał! Jakoś trafiliśmy. Miejsce bardzo czyste i pięknie utrzymane.

Potem był Milet. Kiedy tam dotarliśmy, słońce już zachodziło, więc po turystach nie było nawet śladu. Nie zagościliśmy tam dłużej, lecz pojechaliśmy do miasta Didim. Tam mieliśmy nocować. Jechaliśmy i jechaliśmy. Zniecierpliwieni, zatrzymaliśmy się przy restauracji, aby zasięgnąć języka. Okazało się, że właściciel ma brata, który w centrum prowadzi hotel. Dał nam wizytówki i obiecał do niego zadzwonić.

Po opłaceniu hotelu (45 lirów za pokój ze śniadaniem) wybraliśmy się na spacer. Okazało się, że miasto jest wybitnie turystyczne – same hotele i restauracje. Przyjemna plaża, niestety było ciemno i za zimno na kąpiel. Przejechaliśmy 241 km.

U Apollina i Afrodyty
Aby dotrzeć do świątyni Apollina, skorzystaliśmy z transportu miejskiego. Po zwiedzaniu na motocykle. Naszym celem na dzisiaj było Pamukkale. Trasa wiodła przez góry. Ledwie ruszyliśmy, zaczęło padać; przestało dopiero tuż przed metą. W Pamukkale miejscowy chłopak wytłumaczył nam, jak dostać się do muzeum, co warto zwiedzić i ile kosztują bilety. Przy okazji zaproponował nocleg w pokojach dwuosobowych z łazienką za 30 lirów. W cenę wliczone było śniadanie.

Pamukkale to niezwykłe miejsce. W starożytnych basenach zasilanych wodami termalnymi miała ponoć kąpać się Afrodyta. Z tych basenów woda spływa po zboczu wzgórza, osadzając na nim wapień. Wygląda to, jakby cała góra była pokryta śniegiem. Dopiero z bliska widać, że powierzchnia jest szorstka i twarda. Po zboczu należy chodzić boso. Im wyżej, tym woda jest cieplejsza. Na samej górze są ruiny starożytnego miasta. W jego sąsiedztwie znajdują się wspomniane wcześniej baseny. Po powrocie do hotelu daliśmy się namówić na domowej roboty turecką kolację: kebab na półmisku. Wyglądał trochę jak gulasz, był jednak smaczny. Cena posiłku uświadomiła nam, dlaczego nocleg jest tak tani. 115 lirów za kolację dla czworga to dużo. Po przejechaniu 325 km położyliśmy się spać.

Następny dzień to Kapadocja. Po drodze minęliśmy częściowo wyschnięte słone jezioro Acigol. Kolejne, Hoyran Golu, miało wodę w intensywnym turkusowym kolorze. Za nim było widać ośnieżone góry. Po przekroczeniu umownej granicy Kapadocji nie wiedzieliśmy, w którą stronę patrzeć: niesamowite twory skalne, góry, płaskowyże, pojedyncze skały i wąwozy. Dotarliśmy do naszej bazy, którą było miasto Ihlara. Nawinęliśmy 630 km.


Specjalnie dla nas stół wystawiono na słońce, żeby herbata lepiej smakowała. Po całym dniu na motocyklach wypoczynek w takim miejscu to prawdziwa rozkosz.  
   
To dopiero początek Kapadocji. Dalej było jeszcze ciekawiej. 
Najstarszy kościół w dolinie Ihlara, a raczej to, co z niego zostało. 

Nocleg w jaskini
Słynny wąwóz koło tego miasta jest porównywany do Wielkiego Kanionu w USA. Znajdują się tam kościoły wykute w skale w początkach chrześcijaństwa. Do tego w skałach wydrążone są jaskinie, które kiedyś zamieszkiwali ludzie. Apostołowie kryli się tam przed prześladowaniami.

Sama dolina jest bardzo ładna. Minusem był brak dobrze oznaczonych dróg do zabytków. Aby wdrapać się do najstarszego kościoła, należało wykazać się talentami wspinaczkowymi. Była to wykuta w skale jaskinia, na której ścianach znajdowało się coś w rodzaju zaprawy. Na niej widniały podobizny świętych. Niestety, wszystkie postacie miały wydłubane oczy. Następnie udało nam się dotrzeć do kościółków, do których prowadziły schody. Po ich dawnej świetności pozostało tylko wspomnienie. Wyjście z doliny to kolejna przygoda: schody od samego dołu aż po szczyt.

Dalej kierunek Goreme. Po drodze, popijając kawę, podziwialiśmy z tarasu niesamowity widok na okolicę. Nocleg znaleźliśmy dość szybko. Julce i mnie trafi ł się pokój zaadaptowany ze skalnej jaskini. Cena za nocleg ze śniadaniem: 40 lirów. Jola z Andrzejem spali czujnie. Zdecydowali się bowiem na lot balonem nad okolicą. Start mieli o wschodzie słońca, czyli koło godz. piątej…

O świcie padało. Byliśmy przekonani, że z balonu nic nie wyszło. Mimo niezbyt przychylnej pogody udało im się pofruwać. Byli zachwyceni. Dumni z siebie i z dyplomami w rękach określili nasz dzisiejszy cel: miasto potężnych Hetytów – Bogazkale. Droga i pogoda były fatalne. W hotelu, w którym stanęliśmy na odpoczynek, był kominek. Właściciel zachęcał, abyśmy się ogrzali. Uraczono nas herbatą, po czym zaproszono na posiłek. Jak się potem okazało, gościnność właściciela miała swoją cenę.

Postanowiliśmy dojechać jak najbliżej Stambułu. Okazało się, że przy tureckich autostradach brakuje nie tylko stacji paliw, ale również hoteli. Ten, który znaleźliśmy, był jeszcze droższy od tego z Serbii: 140 lirów za pokój, czyli jakieś 280 zł. Przynajmniej śniadanie było wliczone w cenę. Przejechaliśmy 590 km.



Trzy dni w Stambule
Temperatura osiągnęła zawrotne +3º. Było zimno i padało. Nawet grad. Gdy przejeżdżałem nad cieśniną Bosfor, jakiś narwaniec w Skodzie próbował mnie staranować. Do centrum dojechaliśmy bez dalszych przygód. W Stambule spędziliśmy trzy dni. Zwiedziliśmy Błękitny Meczet, Hagię Sophię, muzeum islamskie, podziemne cysterny, Topkapi, wielki bazar, bazar egipski, zabytkową część miasta. Zafundowaliśmy sobie dużo chodzenia.

Po wielu kilometrach zwiedzania i obkupieniu się w pamiątki nadszedł czas pożegnania się ze Stambułem. Był to też pierwszy dzień powrotu do domu. Zanim wjechaliśmy do Bułgarii, musieliśmy odbyć rajd po okienkach. Szybko dojechaliśmy do granicy z Rumunią. Znajduje się ona za bardzo ładnym mostem. Po rumuńskiej stronie droga była fatalna, coś jak dojazdówka do placu budowy. W tych warunkach zaczęliśmy szukać noclegu. Po wielu trudach udało się znaleźć wolne pokoje koło Bukaresztu. Zmęczyliśmy 828 km.

Drakula zaprasza
Wyjechaliśmy koło godz. 10. Autostrada do Piteszti była bardzo dobra. W mieście Andrzej przegapił zjazd do Braszow. Wkrótce potem nasza grupa się rozerwała. Po krótkich poszukiwaniach siebie wzajemnie i drogi, ruszyliśmy dalej, tyle że inną trasą niż wcześniej wybrana. Droga była fatalna, ale zaprowadziła nas przez Bran, z osławionym zamkiem hrabiego Drakuli. Nocleg w Oradei. Nawinęliśmy 691 km.

Trasa w stronę granicy węgierskiej była bardzo przyzwoita. Przekroczenie granicy – błyskawiczne. Na Węgrzech wbiliśmy się na autostradę. Dalej ogień w stronę przejścia w Barwinku. Zaraz po wjeździe do Polski znaleźliśmy dom z pokojami do wynajęcia. Przejechaliśmy 420 km.

Po wyjeździe skierowaliśmy się w stronę Warszawy. Trasa zleciała nam bardzo szybko: Warszawa, Pułtusk, Maków Mazowiecki i nareszcie Przasnysz. Przejechaliśmy 509 km.

zobacz galerię

Zobacz również:
Nowe BMW R 1200 R nadal ma dwucylindrowego boksera, kratownicową ramę i typową dla beemki stylistykę. Największe zmiany kryją się tam, gdzie ich nie widać.    
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij