Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Turystyka: Tybet 2003

Tajemnicze opowieści podróżników o świętych górach, żyjących w nich bóstwach i pokojowej religii złożyły się na mit o Tybecie. Tybet to nazwa, która u wielu wyzwala tęsknotę za dalekim światem.

Tam, w jednym z najdalszych zakątków ziemi, na Dachu Świata leży święta góra Kailash. Emanuje z niej niesamowita siła. Mówi się, że tam jest źródło sił nadprzyrodzonych i że góra jest ucieleśnieniem tego, co boskie w ziemskiej formie. Od długiego czasu Kailash pozostaje celem buddyjskich pielgrzymów. Wokół niej rozciąga się Kora, obszar, któremu przypisuje się działanie oczyszczające z grzechów życia. Pielgrzymi mają niejednokrotnie wiele trudnych przebytych dróg za sobą, kiedy wreszcie podejmują decyzję wędrówki przez Kora. Także my tam się udajemy.

Przez Nepal docieramy do Tybetu, przejeżdżamy przez Friendship Bridge, gdzie czekają nasi opiekunowie. Każdy, kto odwiedza Tybet, jest pilnowany przez przewodnika. Nasz opiekun to Tybetańczyk o imieniu Dawa. Razem ze swoimi kolegami będzie jechał za nami samochodem terenowym, pilnując ciężarówki z zapasami paliwa i przyczepy z prowiantem. Dawa ma również wszystkie niezbędne zezwolenia, prawa jazdy i chińskie tablice rejestracyjne. Jest idealnym przewodnikiem – opowie nam sporo o kulturze i religii tego kraju. Jedynie na pytania o sprawy związane z polityką będziemy otrzymywać wymijające odpowiedzi. Zbyt głęboko w każdym Tybetańczyku tkwią wspomnienia o okropnych czynach Chińczyków z czasów rewolucji kulturalnej. Strach przed szpiegami też ma podstawy.



Po nocy spędzonej w przygranicznym tybetańskim miasteczku Zhangmo jedziemy na podbój Dachu Świata. Od Zhangmo droga wiedzie ciągle pod górę. Docieramy do Tong-La, pasma gór położonego na wysokości 5120 metrów. Spoglądamy na roztaczający się przed nami krajobraz. Rozrzedzone powietrze i wspaniały widok zaparły nam dech w piersiach. Drogi są tutaj całkiem niezłe, oczywiście gdy uwzględnimy miejscowe standardy. Nawierzchnie są systematycznie sprawdzane i naprawiane. Wieczorem przybywamy w wysokie pasmo Tingri. Na horyzoncie ukazuje się Mount Everest zalany czerwonym światłem zachodzącego słońca. Chwila medytacji przed nocą, która okazała się koszmarna. Mieszkamy co prawda w przyjemnym domu, ale choroba wysokościowa pociąga za sobą ofiary. Ból głowy i nudności ciągle wyciągają mnie z łóżka. Rankiem jestem zmęczona i słaba. Kolejnego dnia mamy dojechać do Ngamring. Pokonujemy przełęcz Ja Tsuo La (5220 m n.p.m.). Na szczęście, zanim znowu dopadły mnie nudności, rozpoczynamy ostry zjazd. Wieczór znów jest okropny: serce wali jak szalone, nos zatkany, mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Ledwie doczłapaliśmy się z naszym bagażem na drugie piętro. Tego wieczoru nikt nas nie miał sił, aby cokolwiek oglądać. Następnego ranka, źli i zmęczeni, wskakujemy na nasze motocykle i jedziemy dalej. Z godziny na godzinę poprawia się nasz nastrój. Pierwsza przełęcz (4710 m n.p.m.) zachęca do postoju. Droga jest dobra – twarda i wąska.

Kolejnego dnia zastajemy nasze motocykle pokryte grubą warstwą śniegu. Na dworze jest minus pięć stopni. Marudzimy długo przy kawie, ale temperatura nie chce wspiąć się powyżej zera. Kiedy w końcu ruszamy, przepiękne widoki gór wynagradzają niską temperaturę. W świetle poranka rozciąga się krajobraz jakby przyprószony cukrem pudrem. Po godzinie jazdy decydujemy się na krótki postój, żeby się trochę rozgrzać. Po chwili obok nas zatrzymuje się ciągnik z grupą Tybetańczyków, którzy bez skrępowania zaczynają nas o coś wypytywać. Porozumieć się co prawda za bardzo nie możemy, ale i tak jest wesoło.

Wyżyna Tybetańska, najwyżej położony płaskowyż świata, to kraina jałowa i bardzo słabo zaludniona, w której góry i szczyty Himalajów decydują o uroku krajobrazów. Jednak, ku naszemu zdziwieniu, natykamy się na spory ruch. Ciężarówki z pielgrzymami toczą się w kierunku Kailash, w ślimaczym tempie pokonując brody i wyboje. Pątnicy jadą na święto Saga Dawa. Na przyczepach siedzą ich tuziny. Jedziemy, posługując się GPS-ami, w kierunku północno-zachodnim. Nie do końca jesteśmy pewni, czy nie błądzimy. Ostatni płaskowyż, który dzieli nas od Kailash, to Mayum La. 90 km dalej nareszcie widzimy pokryty śniegiem szczyt wypiętrzający się ponad horyzont.

 
Motocykle zostawiamy w jednym z domów w miejscowości Hor. Od tej pory, zmuszeni przez chińskie kontrole, możemy poruszać się jedynie w grupach, i to wyłącznie samochodem. Powoli zbliżamy się do Kailash. Widoczny z daleka szczyt wznosi się na wysokość 6714 metrów, dosyć często skrywając swój wierzchołek w chmurach. Góra Kailash to według tutejszej mitologii pępek świata. Strach przed gniewem bogów spowodował, że nikt nigdy nie odważył się na zdobycie szczytu. Pielgrzym, który 108 razy okrąży górę, zostaje oświecony, a jedno okrążenie odkupia grzechy jego życia. Trzy dni spędzamy w Darchem u podnóża Kailash. Jeździmy na krótkie wycieczki, poznajemy miasto namiotów, które powstało na pograniczu Darchem, obserwujemy, jak przyjeżdżają coraz to nowi pielgrzymi i z niecierpliwością czekamy na święto Saga Dawa. Zaczyna się ono przy pełni Księżyca. Piętnastego dnia czwartego miesiąca każdego roku obchodzi się urodziny Buddy. Tysiące pielgrzymów uczestniczą w przyozdabianiu modlitewnymi chorągiewkami 9-metrowego masztu, zwanego Darboche. Gdy nadejdzie pełnia, maszt zostanie podniesiony.

W towarzystwie pielgrzymów jedziemy na centralny plac, na którym odbywa się święto Saga Dawa. Jest zimno i wietrznie. W powietrzu unoszą się kurz i kartki z tekstami modlitw. Pielgrzymom to nie przeszkadza. Maszt przewrócił się wierzchołkiem w kierunku Kailash. Dla pielgrzymów oznacza to szczęście w nadchodzącym roku. Pielgrzymi uprzyjemniają sobie czas – jedzą i obserwują się nawzajem, spacerują, oglądają towary wędrownych sprzedawców. Można u nich kupić flagi modlitewne, przyprawy, piwo i kadzidełka. Przy wesołym wołaniu pielgrzymów „La so so so so” papierki z modłami wylatują w powietrze, aż całą okolicę pokrywają kolorowe karteczki. W ognisku palą się przyniesione przyprawy. To dary ofiarne. Masy pielgrzymów przypominają wir. Wszyscy są pogrążeni w modlitwie. Napięcie powoli rośnie. Nagle, ni z tego ni z owego podnosi się niesamowity, ogłuszający krzyk. To Darboche zostaje podniesiony do pionu. Mnisi recytują modlitwy z tradycyjnych tybetańskich ksiąg. Uroczystości towarzyszy muzyka archaicznych instrumentów i okrzyki pielgrzymów. Jeden z młodych mnichów dmucha w białą muszlę, inni robią niesamowity hałas na swoich prymitywnych instrumentach. Naszym następnym celem jest jezioro Manasarovar. Ponieważ według podań Tybet wyłonił się z morza, Manasarovar, leżące w pobliżu Kailash, również jest miejscem kultu. W przeciwieństwie do zgiełku, jaki panował u podnóża Kailash, tu króluje absolutna cisza. Po zwiedzeniu klasztoru Chiu Gompa okrążamy górę i docieramy do gorącego źródła, którego woda jest doprowadzana do małego domku z „łaźnią”. Wanny i kafle są nieco odpychające, a woda płynąca z rury grubości palca cuchnie siarką. Ponieważ jednak od dłuższego czasu nie kąpaliśmy się, a na zewnątrz pada śnieg, wydaje się nam, że jesteśmy w raju. Wracamy do Hor, do naszych motocykli. Przepełnieni wrażeniami, wskakujemy na nasze ukochane beemki. Wieczorem rozbijamy namiot w pobliżu namiotu koczowników.



Następnego ranka czeka nas wyprawa do podnóża Mount Everestu. Chcemy dojechać aż do bazy, z której wychodzą grupy atakujące szczyt. Przebijamy się przez żółtozłociste równiny, do których z jednej strony podchodzą Himalaje, z drugiej jednotonowe – szare, żółte lub czerwone – pasma wzgórz. Gdy przekroczyliśmy rzekę Tsangpo, zaczął padać śnieg. Zamiecie i słońce przeplatają się przez następne 200 kilometrów. Po pokonaniu wspaniałego wąwozu naszym oczom ukazuje się olśniewający widok na Peiku Tso – olbrzymie słone jezioro. Na południu wznosi się znany wspinaczom szczyt Shisha Pangma (8012 m n.p.m.). Uciekamy na wschód, bo nadciągające chmury wyglądają bardzo groźnie. Wieczorem, gdy znów niebo się rozpogadza, do postoju zmusza nas awaria motocykla. Postanawiamy przenocować. Nasi towarzysze podróży pojechali dalej, a my zanim rozbiliśmy namiot, musieliśmy załatać dętkę.

Następnego ranka rozpoczynamy wędrówkę w kierunku Tigri, gdzie dołączamy do naszych przewodników. Dalej jedziemy już razem w stronę Pang-La (5120 m n.p.m). Przed nami rozciąga się jedyna w swoim rodzaju górzysta panorama: Makalu, Lhotse, Everest i Cho Oyu. Zachwyceni zjeżdżamy w dół, aż do klasztoru Rongphu. Zanim jednak kamienną drogą dojedziemy do bazy pod Everestem, kwaterujemy się w domu gościnnym po drugiej stronie. Baza wspinaczy to zaledwie kilka namiotów i koszy na śmieci. Jesteśmy rozczarowani, ale spojrzenie na Everest z nawiązką to wynagradza. Następnego dnia jest znów mroźnie i wietrznie. Na drodze wiodącej do granicy dopada nas dziwne uczucie. Zbliża się koniec naszej wędrówki po Tybecie. Wysokość, kurz, pustkowie, zimno i wiatr były naszymi towarzyszami w wielu samotnych chwilach. Ale nie mamy ochoty wyjeżdżać stamtąd. Tego wieczoru rzucamy ostatnie spojrzenie na Himalaje: promienie zachodzącego słońca oblewają pokryte śniegiem szczyty pomarańczowym światłem. Szczyt za szczytem powoli znikają w zmierzchu.


zobacz galerię

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij