Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Turystyka: USA 2004

Mimo że nie od dzisiaj mieszkam w USA, nigdy nie miałem okazji na własne oczy zobaczyć legendarnych krajobrazów tego kraju. Aż wreszcie udało się – wielka wyprawa zrzeszającego Polonusów motocyklowego klubu Sokół z Chicago. To było to! Ameryka na motocyklu – moje marzenie miało się spełnić.

Z niecierpliwością nastolatka czekającego na pierwszą randkę liczyłem najpierw tygodnie, a potem dni do wyjazdu. Wreszcie doczekałem się – 27 czerwca rano kawalkada 10 maszyn rusza spod siedziby Sokołów z Chicago. Przed nami pierwszy etap – Omaha w Nebrasce, 780 km za jednym zamachem. To dużo nawet dla mnie, chociaż na motocyklu spędzam w sezonie codziennie po kilka godzin. Pogoda była niezła, choć straszyło deszczem. Zaraz na początku – na granicy stanów Illinois i Iowa – zaczęły się „atrakcje”. Jeden z motocykli odmówił współpracy. Ale wszystko było dobrze przygotowane – „Dzika”, szefowa Soko- łów, zadbała, by jechał z nami samochód z lawetką. Motocykl i jego właściciel mimo wszystko kontynuowali wyprawę z nami, choć trochę w innej niż planowali formie. Pechowy motocyklista zajął miejsce pasażera w samochodzie.




Trasa była dobrze rozplanowana. Chociaż ciągle kusiło coś nowego, staraliśmy się trzymać harmonogramu. I tak przemierzałem wraz z grupą bezkresne i monotonne pola Iowy, aż dotarliśmy do Nebraski. Tam był planowany pierwszy postój. Wszyscy szybko poszli spać zmęczeni jazdą. Z samego rana ruszyliśmy dalej. Przewidywana trasa miała być dłuższa niż poprzedniego dnia – 870 km. Nasz cel to Estes Park, niedaleko Denver – stolicy stanu Kolorado. Tu mieliśmy dłuższy odpoczynek: trzy dni i dwie noce. Pierwszego ranka tutaj niecodzienna pobudka: przed naszym oknem rozśpiewał się prześliczny turkusowy koliberek. Miejsce oczarowało mnie całkowicie, jeśli chodzi krajobraz. Widoki zapierały dech w piersiach. Góry, lasy i jeziora z krystalicznie czystą wodą – to wszystko tak przepiękne i tak niesamowite, że wydawało się nierealne. Ciągle mam jeszcze przed oczami ośnieżone szczyty gór, kaniony, rzeki i lasy w Rocky Mountain National Park. Prawie nie ma dnia, bym nie złapał się na marzeniach, aby tam wrócić...

1 lipca wyjechaliśmy w dalszą drogę. Nasz punkt docelowy to Moab w stanie Utah. Pogoda ciągle dopisywała. Przez dzień zrobiliśmy ok. 700 km. Miejsce widoków ośnieżonych gór zajęły obrazy z pustynnego płaskowyżu, chwilami przypominającego księżycowy krajobraz – wiatr i piasek przez tysiąclecia wydrążyły w gołych skałach niesamowite kształty. Temperatura powietrza skoczyła wyraźnie do góry. Wieczorem byliśmy na miejscu.

Kolejne dwa dni to postój, choć nie można powiedzieć, że bezczynność. Mieliśmy okazję zwiedzić tereny Arches National Park (które dawały przedsmak bliskiego spotkania z Wielkim Kanionem Kolorado), Dead Point Horse State Park i kawałek (nie sposób w jeden dzień to zobaczyć) Canyonlands. Wrażenia? Czerwone skały, niesamowita ilość różnych ras i wielkości jaszczurek oraz cudowne, bezkresne tereny dla wszystkich miłośników off-roadu. Zresztą ślady opon były wszędzie na piaszczystym podłożu. Przez chwilę mocno żałowałem, że nie mam jakiegoś KTM-a, żeby poszaleć w terenie.

Późnym popołudniem wybrałem się z kilkoma kolegami na zwiedzanie okolicy. Zaraz za Moab trafiliśmy na spływ pontonowy rzeką Kolorado. Widok niesamowity i jakoś znajomy... Jasne, to przecież tutaj był kręcony film z Johnem Wayne’em „Rio Grande”! Tuż przed szybko zapadającym zmrokiem wróciliśmy do obozu. Trzeba by- ło wyspać się przed następnym dniem – w planie były kolejne motocyklowe wędrówki po Canyonlands.

     
Kalifornia to nie tylko tereny zielone, ale również bardziej surowe krajobrazy.
Ze wschodu USA na zachód i z powrotem – 24 dni i 13 000 km.  
200 km, 300 km, droga prosta jak drut i gładka jak stół, palące słońce i my. 

3 lipca wyruszyliśmy dalej. Przejechaliśmy przez Canyonlands National Park aż do Zion National Park. Tu zaplanowano nocleg. Z rana zwiedziliśmy Bryce Canyon National Park, którego widok przypominał zaginione pierwotne miasta – postrzępione i dziwnie wydrążone przez naturę skalne ściany wyglądały, niczym okna budynków. Wieczorem wzięliśmy udział w Święcie Niepodległości. Z braku tradycyjnych pokazów sztucznych ogni (odwołanych ze względu na katastrofalną suszę w tym rejonie), uczciliśmy to święto z polską fantazją (choć tylko w połowie patriotycznie, bo niemieckim piwem i amerykańską whiskey).

5 lipca wyruszyliśmy do Las Vegas w Nevadzie. Po drodze zatrzymaliśmy się na północnej stronie Wielkiego Kanionu, mniej uczęszczanej przez turystów, za to dzikszej i wspaniale zalesionej. A potem prosto do Las Vegas, gdzie czekał nas kolejny dwudniowy postój. Od rana ruszyliśmy (tym razem pieszo) zwiedzać to słynne na całym świecie miasto. No bo co by była warta Nevada bez odwiedzenia największej atrakcji – kasyn w Las Vegas? Miasto nie zrobiło na mnie wrażenia – mnóstwo reklam, świateł i sklepików wypchanych po brzegi tandetnymi towarami dla turystów. Jeszcze chwila zabawy w jednym z kasyn (przecież nigdy nie wiadomo, czy to nie jest mój szczęśliwy dzień, może coś wygram?), kilka zdjęć pod palmami i ruszamy dalej zwiedzać okolice.

Następnego dnia wybraliśmy się małą grupką na Hoover Dam – najgłębszą tamę na świecie. Czekała nas tam niespodzianka – z racji zagrożenia atakami terrorystycznymi nie wpuszczano samochodów w okolice tamy, natomiast nas, na motocyklach, przepuszczono bez problemu. 7 lipca pobudka była o 4 rano. Wyruszyliśmy do Baskerville w Kalifornii. Mieliśmy przejechać przez słynną Dolinę Śmierci, stąd taka wczesna godzina wyjazdu. Chcieliśmy uniknąć upałów, choć to było i tak trudne – już o 9 rano termometr pokazywał 32ºC. Latem temperatury powyżej 40º w południe to normalka. Przejechaliśmy tylko 250 km, ale czułem się jak zestresowana frytka. Frytka – z upału, zestresowana – bo prawie zabrakło mi paliwa. Ale mój wierny Intruder dał radę. Następnego dnia wyruszyliśmy do Mariposa w Kalifornii. Te 640 km jechaliśmy aż 15 godzin. Wjechaliśmy w górzyste tereny, z krętymi, wąskimi drogami i przepaściami po bokach. Ale zobaczyliśmy za to wielkie sekwoje w Sequoya National Park. Wyglądały jak olbrzymie kolumny prastarej świątyni świata. Coś pięknego! Kolejnym celem był Yosemite Park. I znowu dłuższy postój. Zabawiliśmy tam 3 dni. Pełny relaks. Jeden dzień wypoczynku mi wystarczył. Skorzystałem z okazji, by zobaczyć jeszcze więcej. Wraz z trzema kolegami wybraliśmy się na wycieczkę. Amerykańska przyroda jest naprawdę niesamowita, a widoki jedyne w swoim rodzaju. Tereny wręcz bajkowe. Zachwyciły mnie Wawona Dome i Mono Lake (niesamowite jezioro, z którego wystawały pojedyncze skały, jakby wyrastające z głębi). Do dzisiaj nie wiem, czy najpiękniejsze, co widziałem podczas wyprawy, były te krajobrazy, czy może widoki z Rocky Mountain National Park w Kolorado. Oczywiście nie obyło się bez małej przygody – policja zatrzymała nas za brak kasków i musiałem je przywieźć z obozu. Ale to nikomu nie zepsuło humoru. Gdy wieczorem wracaliśmy do obozu, miałem okazję zobaczyć niepowtarzalny widok – przez rozgwieżdżone niebo, rozświetlone mocnym blaskiem księżyca w pełni, przeleciał nad wzgórzami olbrzymi meteoryt. Wyglądało to jak scena z filmu science-fiction.

     
Sokoły na tle Gór Skalistych w Kolorado. 
 W taki sposób podróżują prawdziwi Easy Riderzy. Marcin Łabuz: – Amerykańskie krajobrazy nie mają sobie równych. 

Po 3-dniowym wypoczynku, kiedy przede wszystkim pływaliśmy w krystalicznie czystej rzece i łowiliśmy ryby, wyruszyliśmy na spotkanie jeziora Tahoe. Tu był zaplanowany prawdziwy biwak pod namiotami. I 5 dni swobody w miejscu, które uznaliśmy za jeden z amerykańskich cudów przyrody. Jezioro Tahoe to krystalicznie czysta, turkusowa woda, otoczona lasem i wysokimi górami, tak wysokimi, że na szczytach leży śnieg. Pierwszej nocy mieliśmy przygodę, która najpierw wystraszyła, a później serdecznie wszystkich rozbawiła. Do nieopatrznie zostawionych poza namiotem zapasów dobierał się niedźwiadek.

Czas spędzaliśmy różnie. Ja następnego dnia rankiem wraz w trójką najbardziej ciekawych wszystkiego kolegów wybraliśmy się do San Francisco. Miasto bardzo mi się spodobało. Było tak różne od Chicago i innych znanych mi amerykańskich miast. Te pagórki (a może wręcz góry chwilami), te rozdzwonione tramwaje. Miasto ma swoją duszę. Przejechaliśmy przez słynny most Golden Gate i zatrzymaliśmy się na chwilę na Fisherman’s Wharf – historycznej dzielnicy rybackiej, skąd z punktu widokowego mogliśmy zobaczyć wyspę i więzienie Alcatraz.

Kolejne dni to pełny relaks. W wolnych chwilach (między kąpielami w jeziorze a rozmowami Polaków przy ognisku) każdy sprawdzał motocykl przed jazdą powrotną do domu. Ja musiałem zmienić klocki hamulcowe (uroki jazdy przez góry) i olej. No i oczywiście wszyscy serdecznie chwalili WD 40, który okazał się niezastąpiony po takiej trasie.

17 lipca ruszyliśmy w drogę powrotną do Chicago. Droga zajęła nam 10 dni. I tak z zielonej Kalifornii pojechaliśmy przez pustynie Nevady, księżycowe krajobrazy Utah, równiny Nebraski i Iowa do domu. W czasie przejazdu przez Salt Lake City, stolicę stanu Utah, po raz kolejny rozdziawiłem gębę z zachwytu – widok wieżowców śródmieścia w cieniu samotnej góry był cool. Ten kontrast ludzkiej myśli technicznej oraz potęgi i piękna natury kazał poczuć szacunek i pokorę.

Stan Illinois powitał nas przykrym wypadkiem. Samochód osobowy staranował naszą koleżankę. Na szczęście wypadek okazał się niegroźny, ale odwiezienie jej do szpitala na badania i cały korowód ze spisywaniem zeznań opóźnił nasz przyjazd do Chicago o prawie trzy godziny. 27 lipca wieczorem byliśmy w domu.

Mimo że od wyprawy upłynęło ponad pół roku, ciągle jeszcze mam przed oczami te wszystkie widoki. Moje marzenie o zdobyciu Ameryki na motocyklu częściowo spełniło się. Częściowo – bo dzięki wyprawie uświadomiłem sobie, że do zwiedzenia jest jeszcze tyle, że życia nie starczy. W sumie wyprawa trwała 24 dni, w czasie których nawinęliśmy na koła prawie 13 000 km, odwiedziliśmy osiem stanów i oglądaliśmy krajobrazy przypominające zarówno Marsa, jak i bardziej podobne do raju niż do ziemskiej codzienności. Do końca życia zapamiętam ciągle zmieniające się kolory i zapachy. Pola, łąki, pastwiska, górskie strumyki, lasy brzozowe i skupiska kilkudziesięciometrowych sekwoi, Góry Czerwone o kształtach niepodobnych do niczego znanego... A do tego ogromne skoki temperatury, gwałtowne, spychające z autostrady podmuchy wiatru, trąby powietrzne, dzikie zwierzęta i wiele innych „atrakcji”. Fantastycznym przeżyciem był pontonowy spływ rzeką Kolorado, kiedy oglądaliśmy panoramy jak z reklam Marlboro. Zresztą właśnie niedaleko Moab w stanie Utah większość z nich jest kręcona. Tam też pokonaliśmy najbardziej niebezpieczny odcinek – pełen zakrętów, kiedy z góry sypały się na nas skalne odłamki, a z drugiej strony otwierały się takie przepaście, że ich dno było ledwo widoczne.

Na wszelki wypadek szykuję się do następnej wyprawy. Może już za parę miesięcy...


Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Mimo że nie od dzisiaj mieszkam w USA, nigdy nie miałem okazji na własne oczy zobaczyć legendarnych krajobrazów tego kraju. Aż wreszcie udało się – wielka wyprawa zrzeszającego Polonusów motocyklowego klubu Sokół z Chicago. To było to! Ameryka na motocyklu – moje marzenie miało się spełnić.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 03:55:16