Motocykl poleca:

Turystyka: Ukraina 2003

Poleć ten artykuł:

Ktoś powie, że taka odległość to pryszcz i pewnie będzie miał rację, ale przecież ważniejsze jest to, co zdoła się zobaczyć i przeżyć podczas podróży niż to, ile się przejedzie. Pretekstem wyprawy na Ukrainę było spotkanie Międzynarodowego Stowarzyszenia Motocyklistów „Strangers”.
Zobacz całą galerię

Życzliwi pukali się w czoło: – W co wy się pakujecie!? Okradną was, maszyny zabiorą i spiorą na dokładkę. Jednak nie daliśmy się przestraszyć – poznanie założyciela Strangersów i jego ekipy było zbyt silnym magnesem. Nasza dziewiątka ma spotkać się w Odessie. Większość grupy jedzie przez Słowację, Węgry, Rumunię i Mołdawię, ja z żoną startujemy z Mrągowa. Droga do granicy to nic nadzwyczajnego – jedziemy spokojnie, wręcz relaksacyjnie, tak jak lubię najbardziej. Mój stary, poczciwy GS cudnie mruczy. Kurczę, jak mnie but ciśnie!

Po przekroczeniu granicy polsko-ukraińskiej w jednej chwili wszystko się zmienia. Krajobraz staje się ponury i smutny. Jadąc przez Rawę Ruską, o mały włos nie wpadamy do pozbawionej wieka studzienki kanalizacyjnej (ktoś ją gwizdnął). Jedynym ostrzeżeniem są patyki, litościwie przez kogoś wetknięte do studzienki. Generalnie, drogi na Ukrainie mają trochę gorszą nawierzchnię niż u nas, ale są szersze. Wszystkie większe miasta, przez które przejeżdżaliśmy, miały obwodnice. Oznakowanie też jest do przyjęcia.

Na stacji benzynowej niedaleko Lwowa, której strzeże dwóch grubszych gości w kamizelkach kuloodpornych, pytamy o drogę do domu Ani, Ukrainki studiującej w Polsce, którą poznałem kilkanaście dni wcześniej na czacie. Obsługa okazuje się bardzo sympatyczna i proponuje, żebyśmy zadzwonili do Ani z firmowego telefonu. Serdeczność rodziców Ani zwaliła nas z nóg – motocykl powędrował do garażu, a nas ugoszczono jak króli. Po kolacji, już o zmroku, wypuściliśmy się w miasto. Pojechaliśmy do centrum najbardziej popularnym tutaj środkiem lokomocji, czyli niewielkim busem zatrzymują cym się na życzenie. Niestety, niezbyt wiele udało się zobaczyć. Do tego miasto jest prawie nieoświetlone. Wczesną pobudkę następnego ranka wynagrodziło nam czekające już na stole wielgachne śniadanie. Trzeba jeszcze zdążyć się umyć, zanim krany wyschną – w całym mieście woda jest tylko w godzinach 6- 9 oraz 18-21, i to tylko zimna. Podobno jest tak dlatego, że zbyt wielu ludzi nie płaci rachunków. Wyjeżdżamy. Planujemy dojechać do Umania (ok. 400 km).

Tata Ani wyprowadza nas autem za miasto. Tylu przeróbek motocykli nie widziałem nigdy i nigdzie wcześniej. Wszystkie bazują na Uralach, Dnieprach, Iżach i Jawach. Niemal wszystkie mają tzw. kolaskę. Można spotkać wersję łąkową, na której w wózku bocznym przewozi się traw ę lub siano. Albo wersję ogrodową – do przewozu arbuzów. Są też wersje rodzinne, jak również coś na podobieństwo Czterech Pancernych – kierowca motocykla jest odziany w wojskowe moro i hełmofon czołgisty, więc wygląda, jakby jechał na wojnę lub na plan filmowy. Nie przypominam sobie, bym widział choć jednego motocyklistę w kasku. Wzdłuż dróg stoi cała masa starszych osób sprzedających to, co wyhodowali w ogródkach. Wszystkie te jabłka, pomidory itp. są piękne, pachnące i niewiarygodnie tanie. Kurczę, but cały czas ciśnie!


No i stało się, za dobrze szło. Do Umania mamy 120-150 km, gdy zdarzył mi się kapeć w przednim kole. Próbuję wbić w dziurę bezdętkowej opony specjalny kołek. Niestety, klej wysechł. Wracamy 20 km do Winnicy – tam jest najbliższy zakład wulkanizacyjny. Mimo że jest niedziela, właściciel nie widzi problemu – naprawi. Warsztat wygląda jak średniowieczna izba tortur. Cyrk zaczyna się dopiero gdy gotową oponę trzeba napompować. Zrobiony licho wie z czego, dychawiczny kompresor nie daje rady. Powietrze ucieka bokami. Jakby tego było mało, kompresor dymi z przeciążenia, a jeszcze nadciąga burza z piorunami i pewnie dlatego ginie jedna faza. W desperacji próbujemy nawet wlać benzynę do opony i podpalić, żeby wybuchła, co ma spowodować jej wskoczenie na ranty. Właściciel po trzech godzinach poddaje się. Dzwonimy po taksówkę i wieziemy koło do innego magika, gdzie po następnych dwóch godzinach udaje się w końcu przy użyciu linek ścisnąć oponę na feldze i napompować.

Jest już wieczór, a my nie mamy noclegu. Decydujemy się jechać dalej, licząc na uśmiech losu. Po jakichś 20 km przejeżdżamy przez wioskę, gdzie przy drodze stoi dużo czynnych całą dobę straganów. Zatrzymujemy się i pytamy, czy można u kogoś rozbić na podwórku namiot. W rezultacie lądujemy w domu Luby. Kobiecie żyje się trudno – ma trzech synów, głowa rodziny siedzi w polskim więzieniu za przemyt spirytusu. Ale jest niesamowicie gościnna. Pomimo protestów, szykuje nam kolację. Rozmawiamy jeszcze bardzo długo. Rano nie tylko nie chce pieniędzy za nocleg, ale jeszcze wciska nam sporą wałówkę. Żegnamy się i suniemy dalej. Kurczę, but ciśnie mnie niemiłosiernie!

Po kilku godzinach stajemy przed wielkim obeliskiem z napisem Odessa – Miasto Bohater (patrz: zdjęcie na poprzedniej stronie). Jedno z wielu zaskakujących zestawień – na górze sowiecka gwiazda, na dole prawosławny krzyż. W centrum miasta ruch niesamowity. Trafiamy w okolice dworca głównego, siadamy przy kawie i staramy się SMS-ami złapać kontakt z grupą jadącą od strony Rumunii. Brak odpowiedzi. Szkoda, bo nie znam adresu ani telefonu do znajomego Azteca (jeden z naszych) – Aleksandra, u którego można by się zatrzymać. Wyjeżdżamy z centrum w kierunku wskazanym przez przechodnia – tam ma być pole namiotowe. Już prawie zabłądziliśmy, gdy dzwoni Aztec i oznajmia, że nie dotrą do nas dzisiaj, bo prom z Konstancy (Rumunia) nie wypłynął i kulają się na kołach. Umawiamy się, że zaraz wyślą nam SMS-em namiary na Alka. Wiadomość dochodzi po chwili, a jakże, tylko że nie zawiera poza słowem DANE niczego więcej. Próbuję się ponownie dodzwonić do Azteca, ale nie daje się w żaden sposób. SMS, którego jeszcze do niego wysyłam, jak się później okazuje, dociera dopiero po ośmiu godzinach. Gdy zastanawiam się, co robić dalej, podchodzi jakiś gość. Jest lekko wstawiony, ale bardzo przyzwoicie ubrany, pachnie dobrymi kosmetykami. Pytam o kemping. Pasza na to, że możemy zanocować u niego. Wkrótce podjeżdżamy pod jego dom w zacisznej ulicy wśród drzew. Pasza otwiera garaż, gdzie stoi nowiuteńkie, wypasione terenowe Mitsubishi. Kluczyki do niego zabrała mama Paszy, żeby nie jeździł na bani. Dostajemy ogromniasty pokój w letnim domku. Na kolację Ola, dziewczyna Paszy, raczy nas świetną uchą (zupą rybną), podaje też soczyste szaszłyki z grilla. To jest to, co tygrysy lubią najbardziej po całym dniu spędzonym w siodle. Dowiadujemy się, że Pasza kiedyś jeździł do naszego kraju na zarobek. Teraz sprowadza używane skutery z Japonii. Sprzedaje cztery kontenery miesięcznie tylko w samej Odessie. Ola, była pielęgniarka, właśnie skończyła prawo.

Rano przed wyjazdem nasz dobytek powiększa się o ogromny słoik konfitur zrobionych przez mamę Paszy. Musimy go wziąć, by nie urazić gospodarzy. Znowu ta gościnność. Po pożegnaniu wyjeżdżamy za miasto na drogę A290, którą lada moment ma przyjechać cała grupa. Jadąc im naprzeciw, przejeżdżamy przez terytorium należące do Mołdawii. Jest to pas szerokości raptem 100 m, ale oczywiście są szlabany, celnicy i jakieś prymitywne zabudowania. Nie musimy nawet wyjmować paszportów, dostajemy jakiś świstek, który mamy oddać jadąc z powrotem. Krótko potem z naprzeciwka widzę nadciągającą kawalerię. Są wreszcie nasi.

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij