Motocykl poleca:

Turystyka: Włoskie Alpy 2004

Poleć ten artykuł:

Kupiłem fioletowo-srebrnego Transalpa i zaraz potem zacząłem szukać ludzi, których pasjonuje turystyka motocyklowa. Ponieważ nie znalazłem polskiego klubu Transalpowiczów, zgłosiłem się na LISSTĘ (włoski klub sympatyków Transalpów) – tak zaczęła się droga czytelnika MOTOCYKLA na zlot tych maszyn we włoskich Alpach.
Zobacz całą galerię

Dla LISSTY natychmiast stałem się egzotyczną atrakcją (pierwszy człowiek z Europy Środkowo-Wschodniej), a co najważniejsze, znalazłem tam wszystko, co dotyczy Transalpów – od szczegółów technicznych (schematy sposobów wymiany większości części, rankingi opon, tuningi, kaski, kufry itd.), po podróże (relacje z wypraw po całym świecie). Poprzedniej zimy ludzie z LISSTY postanowili, że zorganizują europejski zlot Transalpów. Ponieważ miałem do odebrania koszulkę, naklejki i legitymację klubową, umówiłem się z Elio (niepisany szef LISSTY), że odbiorę je na zlocie. Chyba nikt z nich nie wierzył, że tam dotrę...




Plan był prosty: jeden dzień na dojazd, dwa dni na zlocie i jeden na powrót. Dzień przed wyjazdem maksymalnie zwariowany, więc idę spać po północy. Trzy godziny snu i wyjazd. Mojego kompana w tej podróży – Wojtka na Africe Twin – spotykam w dobrym humorze. Po starcie z Krakowa najpierw jedziemy spokojnie. Zimno jak diabli, więc decydujemy się na ubiór w wersji zimowej i tak dojeżdżamy do Chyżnego. Tam ostatnie tankowanie w Polsce i wjazd do Słowacji. Przyjmujemy zasadę smarowania łańcuchów co 500 km, a ja dodatkowo sprawdzam olej, bo coś go ostatnio ubywało. Zauważam, że jadąc ok. 140 km/h zaczynam go konsumować, więc dolewka i w Austrii decydujemy się nie przekraczać paczki trzydzieści na autostradzie. Szybko pokonujemy Słowację i w Kittsee wjeżdżamy do Austrii. Tam przerwa śniadaniowa, smarowanie łańcuchów, ja planuję, jak ominąć Wiedeń. Pojedziemy bocznymi drogami przez Eisenstadt do Wiener Neustadt i stamtąd autostradą do Włoch. Oklejamy winietami szyby i zaczynamy objazd niesamowicie czystych miasteczek z równymi trawnikami i limitami prędkości, których wszyscy przestrzegają niczym świętości. Ponieważ miał to być skrót, a nie wycieczka krajoznawcza, przyspieszam poza miasteczkami. Nagle widzę pod drzewem dwóch policjantów na motocyklach. Skończyło się na pogrożeniu palcem, ale moje konto bankowe dostało bolesnego skurczu. Autostrada. Tyłki nas bolą, więc co chwilę jakaś stójka, a na stacjach benzynowych gimnastyka. Robi się ciepło, mijamy Graz, Klagenfurt, w końcu około godz. 14 przekraczamy w Villach umowną granicę z Królestwem Pasty. Ponieważ czas mamy całkiem dobry, a ja czuję nieodpartą potrzeb ę kontaktu z Włochami, proponuję, że poprowadzę do Gardy drugorzędnymi drogami. Zaczynamy podróż przez miasteczka, wsie, pola. Piękne widoczki, troch ę gór, na niektórych domach wywieszone transparenty w kolorach tęczy z napisem PEACE (właśnie trwa wojna z Irakiem). Jako Polak, i tym samym okupant Iraku, czuję się z tym średnio.

Od Udine, Pordenone i Treviso ruch wzmaga się. Ludzie wracają z pracy z Wenecji i Padwy. Uprawiamy partyzantkę miejską, sprawdzając szerokość naszych maszyn między dwoma ciężarówkami jadącymi w przeciwnych kierunkach. Jednak po kilku godzinach zdaję sobie spraw ę, że do naszego celu jest jeszcze ponad 150 km, a tu już g. 20. Omijamy Vicenzę i przez Schio kierujemy się na Rovereto – znajduję to jako skrót, żeby nie jechać przez Weronę lub Trydent. Okazuje się jednak, że przed Rovereto droga zwęża się do szerokości małego fiata i pojawiają się znaki, z którymi zaprzyjaźniliśmy się na kilka następnych dni – uwaga serpentyny. Ściemnia się, a my powoli wspinamy się – jedynka, dwójka, redukcja i tak w kółko. W końcu zdobywamy przełęcz i zjeżdżamy do Rovereto. Przed nami ukazuje się przepiękny widok doliny górskiej, której zboczem jedziemy, przyklejeni do skały. Z Rovereto zjeżdżamy do Torbole i po chwilowym błądzeniu znajdujemy właściwy wyjazd z miasta. Wzdłuż jeziora Garda dojeżdżamy do Limone po 18,5 godzinach i 1235 km.



W kempingu wita nas miły widok dziesiątków maszyn, stoją wg klucza turystycznego – Transalpy, Varadera, Afryczki... Dojeżdżamy do namiotu organizatorów, podchodzę i przestawiam nas po włosku. Wybucha euforia. Serdeczne powitanie wynagradza mi z nawiązką trudy podróży. Poznaję ludzi, z którymi od pół roku piszę na liście dyskusyjnej – Barba, Elio, Diego. Kolejne osoby dopytują się, czy my naprawdę przyjechaliśmy z Polski. Dostajemy miejsce w domku, plany dnia, plany tras, road booki, identyfikatory, koszulki, vouchery na posiłki itd. Tak zorganizowanego zlotu jeszcze nie widziałem.

Drugi dzień budzi nas piękną pogodą. Przed domkiem poznajemy „Clicka” Piero i Maxa. Piero zawdzięcza swój przydomek obsesji robienia zdjęć. Zanim się go zobaczy, można usłyszeć dźwięk migawki aparatu. Max śpi pod namiotem obok, zwabił go czerwony kolor Afryczki Wojtka, propozycja zamiany nie zostaje jednak zaakceptowana. Za to Wojtek dostaje rady, jak zmienić diabelnie niewygodne siedzisko. Podczas śniadania okazuje się, że większość zlotowiczów to Niemcy, Włosi dojadą po pracy. Na razie przyjechało ok. 190 osób z Belgii, Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Szwecji, Szwajcarii i z Polski.

Organizatorzy wyznaczyli pięć dłuższych tras wycieczkowych (w tym jedna całkowicie off-roadowa) i trzy krótkie. Do każdej była dokładna mapka i szczegółowy road book. Długość tras od 130 do 210 km, każda z nich opisana wg długości, trudności, przyjemności z jazdy, widoków. Zdecydowaliśmy się z Wojtkiem zaatakować górę Baldo, która otacza jezioro Garda od zachodu. Przyjemna i w miarę krótka trasa miała nam umożliwić jeszcze udział w popołudniowej paradzie w Limone i w aperitifie zorganizowanym przez lokalne władze. Po drodze spotykamy co chwilę motocyklistów dosiadających wszystkich możliwych maszyn, choć przeważają ciężkie turystyki. Za Mori zaczynamy się wspinać drogą na Bocca di Navene, na wysokość prawie 1500 m. Wzdłuż drogi usianej serpentynami piękna panorama na dolinę Adige. Po około 10 km zaczyna się alpejski krajobraz, krowy, bacówki i... placki na drodze. Widoki jak w Tatrach, zimno, ale za to czuje się prawdziwe góry. Mijamy schronisko na Valdritta (2218) i rozpoczyna się zjazd do Caprino Veronese. Droga tak poprowadzona, że nie spotykamy ani rowerzystów, ani pieszych, ani aut. Tak jakby stworzona wyłącznie pod motocyklistów. Dziesiątki pozdrowień dają złudzenie, jakbyśmy nagle znaleźli się w kraju, gdzie ruch jest możliwy tylko na motocyklach. Dołączamy do grupy Niemców i w cztery Transalpy oraz dwie Afriki jedziemy do Torri. Stamtąd promem na drugą stronę jeziora – do Maderno. Po drugiej stronie jeziora jedziemy do Gargnano i rozpoczynamy wspinaczkę serpentynami do jeziora Valvestino. Okazuje się, że to, co widzieliśmy dotychczas, to było nic. Jedziemy wąską asfaltową ścieżką, przyklejoną do skały, która wije się setkami zakrętów dających maksimum adrenaliny. Na pierwszym postoju jeden z Niemców pokazuje nam fajny bajer. Otóż cyfrowym aparatem umieszczonym na gmolu rejestruje krótkie filmiki, jak pokonuje zakręty.



Po powrocie do kempingu okazało się, że zrobiliśmy ponad 300 km, ale emocje i wspomnienia przysłaniają zmęczenie. Rano spotykamy na śniadaniu Diego, jednego z Włochów, którego poznałem na necie. Proponuje nam „trasę czterech jezior” z wjazdem na przełęcz Gavia (2650 m n.p.m. i w dodatku znajduje się w jednym z najpiękniejszych włoskich parków narodowych). Wjeżdżamy na teren Parco Nazionalne dello Stelvo. Serpentyny boskie, szkoda tylko, że nie ma barierek nad przepaściami, bo co chwilę, biorąc zakręt, mimowolnie w nie zerkam, a to nie najprzyjemniejsze uczucie. Znowu maksymalnie dwójka i ciągłe bujanie, w prawo i w lewo... Trap zadowolony pomrukuje przyjaźnie, a góry nie ubywa. W końcu na 1800 m dojeżdżamy do przełęczy Maniva, ze schroniskiem i z małą kapliczką. Krótki postój i kilka fotek, a potem kolejny cel to Crocedomini. Tutaj rozpoczyna się szutr. Mam nieodparte wrażenie, że wjeżdżamy na Kasprowy Wierch. Przecinamy asfalt, który służył za dojazd do opuszczonej dzisiaj bazy wojskowej i dalej szutrem pniemy się na 2200 m. Kolejne 11 km to niezapomniane widoki i zimna alpejska pogoda.

W pewnym momencie mijamy na naszej ścieżce grupę motocyklistów, którzy zatrzymali się przed skałą. Myślę: – No to koniec, pewnie jakieś osuwisko. Ale Diego ani myśli się zatrzymać. Podjeżdżamy do skały, widzę otwór, jakby jaskinię. Niemożliwe, przecież tam będzie lód! Ale Diego wjeżdża spokojnie w dziurę, która ma w dodatku spadek 10%. Widzę, jak Wojtek na wszelki wypadek rozkłada nogi, żeby ubezpieczyć nieco cięższą Afrikę przed kontaktem z mokrym wnętrzem jaskini. Po około 15 metrach wjeżdżamy na ścieżkę, która prowadzi nas dalej zboczem. Nigdy wcześniej nie udało mi się wjechać motocyklem do jaskini na wysokości 2000 metrów pośród zasp śnieżnych!

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij