Motocykl poleca:

Turystyka – Floryda 2004

Poleć ten artykuł:

600 000 ludzi pojawia się w Daytona Beach na Florydzie na corocznym marcowym Bike Week – największym motocyklowym zlocie świata. Był wśród nich i nasz czytelnik. Nawet Aniołów Piekieł witają tu na ulicach tłumy mieszkańców.
Zobacz całą galerię

O godz. 6:05 rano w niedzielę nie byłem sam na plaży w Daytona Beach. Słońce zdążyło do połowy wychylić się z oceanu, gdy przejechało siedmiu motocyklistów. Dojechali do pomostu, skąd można było wyjechać na ulicę, przystanęli na chwilę, popatrzyli po sobie i zawrócili. Jeździli tak w kółko chyba z godzinę. Stumetrowej szerokości najbardziej znana plaża Florydy w południe przypomina zatłoczone skrzyżowanie, o czym przypominają plansze z ograniczeniem prędkości do 10 km na godzinę, ale nikt ich nie przestrzega w niedzielny poranek.



Ostatni będą pierwszymi
Niewiele jest miejsc, gdzie jeździłem motocyklem po plaży. Daytona to bez wątpienia najpiękniejsze z nich. Do tego ma szczęście być miastem, gdzie organizuje się największe stanowe imprezy: Speed Week w styczniu, Racefast i Pepsi 400 w lipcu, o kwietniowym Springbreak dla młodzieży nie zapominając. Nic nie przebije jednak rozmachem Bike Weeku, organizowanego na początku marca, kończącego się słynnym wyścigiem Daytona 200. Historia Daytona Bike Week zaczęła się w 1937 roku, gdy 1500 fanów dopingowało ścigające się po piaskowym torze Harleye i Indiany.

W pewnym momencie Daytona zamyka swe zwodzone mosty, odcinając najsłynniejszą plażę świata od stałego lądu z powodu zbyt wielkiej liczby motocykli, które jak mechaniczna szarańcza wypełniły każdy zakątek wyspy. Tłok i upał rzeczywiście są tak wielkie, że po 40 minutach, kiedy zdołałem przejechać 40 metrów, moja Electra Glide zgasła. Parkuję ją przy setce innych, głównie amerykańskich maszyn. Ponad pół miliona zlotowiczów (w tym 1/3 z Florydy) przyjeżdża na Harleyach. Choć nawet półoficjalnie nie jest to zlot tej marki, Triumphy, Nortony, BMW, a w szczególności maszyny japońskie nie są wyjątkiem.



Hell’s Angels jak aniołki
Prawie nic nie zostało już ze złej sławy bad boys, przybywających niegdyś do Daytony, aby rozpętać piekło. „Rzeczy się zmieniają – opowiada Dick Navarro, od 25 lat uczestnik zlotu. – Daytona bardziej od Dzikiego Zachodu przypomina dziś karnawał w Rio de Janeiro”. Siedzimy w Boot Hill Saloon, mającym wciąż na drzwiach wywieszkę „No colors”, zabraniającą noszenia symboli motocyklowych klubów, aby zapobiec bójkom. „Nie mam nic przeciwko odrobinie kultury – dodaje Jack „Beefy” Olsen, który, jak twierdzi, co roku za rozmaite drobne przewinienia spędza w lokalnym więzieniu kilka dni. – Na zlot przybywa w końcu coraz więcej dzieci” – wzrokiem wskazuje na grupę 30-latków pijących przy stoliku obok wodę mineralną Evian. „Dzisiaj przeciętny motocyklista w Ameryce to częściej menedżer niż buntownik, domator niż The Wild One” – twierdzi szef Motorcycle Industry Council w Daytona Beach John Novakosky, którego dziad przyjechał z polskich kresów do USA po I wojnie światowej. Potwierdzają to statystyki. Spośród kilkuset tysięcy amerykańskich motocyklistów przybywających na Florydę ogromną większość stanowią mężczyźni po 35. roku życia, żonaci, posiadający dom, co najmniej jedno auto i dwa konta w banku. Stereotypowy obraz motocyklowej braci wzięty z Hollywood i artykułów prasowych o klubach w rodzaju Hell’s Angels jest daleki od rzeczywistości. W Daytona Beach – jak twierdzi policja – więcej interwencji i zakłóceń porządku powoduje młodzież bawiąca się na Springbreak – imprezie kilka razy mniej licznej – niż „jeźdźcy Apokalipsy” podczas Daytona Bike Week.

Wibrator dla rebeliantek
Choć hałas tysięcy jadących maszyn jest faktycznie z piekła rodem, mieszkańcy nie traktują przybywających jak zapowiedzi piekła. Wręcz przeciwnie, motocykliści są witani pozdrawiającymi planszami – na stacjach benzynowych, w luksusowych hotelach, sklepach, a nawet w kościołach. To najlepsza machina napędzająca interes – twierdzi miejscowa Izba Handlu – po zlocie w mieście zostaje 300 milionów dolarów. Tyle samo pieniędzy wydają motocykliści, co gapie, ci pierwsi jednak częściej płacą złotymi kartami Visa. Nawet za piwo w barze, gdy motocykl już stoi na parkingu. Kiedyś nie było prawa zakazującego jazdy po alkoholu, dzisiaj za prowadzenie po dwóch piwach można trafić na Florydzie do więzienia. Do złagodzenia obyczajów przyczyniają się też kobiety. Potocznie zwane „chicks”, do niedawna wożone na tylnym siedzeniu i traktowane jak maskotka – coraz częściej przesiadają się do przodu. W dodatku prowokują koszulkami z napisem: „Harley = największy wibrator świata”. Panie stanowią dziś 8% motocyklistów, w porównaniu z 1% w latach 60.

Mężczyzna czy kobieta, każdy musi pasować wyglądem do stereotypu rebelianta. Składają się na niego tatuaże, długie włosy, skórzane czapsy, czarne kamizelki lub kurt ki, ciężkie metalowe klamry, sygnety i „bandziorki”, ciemne okulary słoneczne, portfele na łańcuszku i bandany w sataniczne wzory. Motocyklowi weterani patrzą na ten karnawał w skórach z przymrużeniem oka. Sami noszą te same wystrzępione kurtki-pilotki z naszytymi imionami zmarłych przyjaciół i jednostek wojskowych, w których służyli w Wietnamie czy Korei. Nowe zastępy niby-rebeliantów są określane różnymi nazwami: RUB – Rich Urban Bikers (bogaci miejscy motocykliści), RIOTS – Retired Idiots On Tour (emerytowani idioci w trasie; riots = zadymy), IGLOOS – I Got the Look Will Own One Soon (już wyglądam, jakbym miał motocykl), HOOTS – Have One Ordered True Story (jak Boga kocham, zamówiłem maszynę), SEWERS – Suburbian Weekend Riders (weekendowi jeźdźcy z przedmieść) itp.



Moja lepsza kobieta
Sposób nabywania motocykli w salonie Harleya-Davidsona w Daytona Beach nie różni się niczym od tysięcy innych w USA. Właścicielem salonu, sprzedawcą i mechanikiem jest Charlie, jeden z pierwszych członków teksańskiej gwardii Hell’s Angels w latach 50. Twardy, małomówny, czasem opryskliwy, ale – jak twierdzą pracownicy – o złotym sercu. On sam i tylko on decyduje, kto zasługuje na przywilej posiadania amerykańskiej legendy. Liczą się czyste konto policyjne i determinacja w zdobyciu upragnionej maszyny. Charlie testuje wytrwałość ponad 100 chcących-być-Aniołami-Piekieł, którzy pojawiają się u niego dzień w dzień. Jeszcze kilka lat temu na kupno nowego Harleya czekało się trzy lata. Bywali tacy, którzy na zakup swego „iron horse” odkładali dziesięciolecia. Gdy odbierali kluczyki, po ich porytych bruzdami twarzach spływały łzy szczęścia. Dla Amerykanów bowiem motocykle, w szczególności Harleye, zawsze były tym, czym koń dla kowboja. Ich właściciele przestrzegają jednej świętej zasady: „do not touch” (nie dotykaj). Odnosi się ona na równi do kobiet, co i do motocykli. Harleyom nadaje się imiona, wydaje się na nie więcej pieniędzy niż na prezenty dla dziewczyn. Sobotnie mycie motocykli często wraz z woskowaniem i konserwacją chromu trwa 3/4 dnia, co zostało odnotowane w papierach wielu spraw rozwodowych. Wyjazdy na zloty i rajdy bywają powodem kłopotów w pracy. Ale kto się tym przejmuje! Drogowskazem dla wielu jest slogan z koszulek: „Spędziłem 90% mojego życia w pogoni za szybkimi motocyklami, gorącymi kobietami i hucznymi zabawami. Pozostałe 10% zmarnowałem”.

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij