Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.3

Turystyka - daleka północ Rosji: po zorzę polarną

Pastor zaczął rzeźbić wózek do swojej krowy, więc potrzebował mocnego alibi dla niezliczonych godzin w garażu. Śliskość na alibi była w sam raz. Stąd pomysł pojechania tam, gdzie zorza polarna.  

Prowodyr wyjazdu – Pastor ze Świdnicy – wiezie w zamkniętej kabinie ruskiego wózka dopiętego do pełnoletniej beemki R 100 GS najstarszego z nas Wojtka Wilka z Bielska. Szparag z Wrocławia ujeżdża solo Yamahę XT 350 uzbrojoną w narty, a Adam, rzuciwszy na chwilę pracę za małą wodą, w lekkim Velorexie, spiętym również z R 100 GS, tyle że z ciut młodszym, ma przedstawiciela ziemi mazurskiej – Zbyszka. Średnia wieku – 40 lat.

Startujemy 18 lutego. Dolot z Dolnego Śląska nad Bałtyk to żmudne nawijanie kilometrów z jedną atrakcją: zgubieniem dość istotnych śrub. Rejs promem do Helsinek trwa niemal dobę, mamy więc dość czasu, by usunąć drobne usterki. Potem obejmujemy w posiadanie jacuzzi i saunę.

Przed dobiciem do nabrzeża wkładamy na siebie wszystko, co mamy do ubrania, i na pokładzie samochodowym, na którym jest chyba +30O, zaczynamy oczekiwanie na pilota, który ma wprowadzić prom do portu. Trwa to tak długo, że litry potu nasycają kolejne warstwy odzieży. Gdy w końcu jesteśmy na lądzie, wypadamy na autostradę na północ. W zimowej scenerii przeskakujemy na szosy coraz niższej kategorii, by znaleźć te wyłącznie „po białym”. Szybko okazuje się, że permanentny uślizg na takiej nawierzchni jest dla Szparagowej Yamahy XT 350 ze szwedzkimi wojskowymi nartami motocyklowymi ostrą walką na granicy opanowania maszyny. Wkręcamy kolce w tylne koło XT 350 i jedziemy dalej. Pod koniec dnia trafi amy na hytte – jeden z domków przetrwania, zawsze zadbanych, z zapasem drewna i podpałki. W nocy jest -14 stopni.

Za dnia się chmurzy, obficie sypie śniegiem. Warunki zmuszają do zakolcowania tym razem tylnych opon zaprzęgów. Odtąd przez kilka dni przyczepność nie będzie naszą zmorą. Z litości przemilczę drogę hamowania naszego narciarza. W trakcie tego dnia rozrusznik Pastorowej krowy (krowa, bo zaprzęg jest pomalowany w krowie łaty) odmawia współpracy, opracowujemy więc – na szczęście skuteczny – system pychu: koszem mojego zaprzęgu o kufer krowy.

Po niecałej godzinie na granicy jesteśmy w Rosji. W pierwszym mieście po rosyjskiej stronie – Kostomukszy – Pastor nie wytrzymuje i tak długo dłubie w starterze, aż ten zaczyna gadać. Pierwsze noclegi uczą nas, że ważniejsza od temperatury jest sucha odzież następnego ranka. Dlatego co wieczór w miarę możliwości rozwieszamy wszystko, co się da, w tym wkładki do butów.

Kolejny dzień to zmiana dowódcy iksteka. Jako że Szparag zaczął smarkać, uznajemy, że należy mu się kawałek szyby jako kuracja. W tej sytuacji mój koszowy, Zbyszek, wsiada za kierownicę zaprzęgu, Szparag zajmuje jego miejsce, a ja siadam na XT. Droga dziś kręta, szutrowa, choć ani kamyczka nie widać. Konstrukcja Szparagowego motocykla – ręczna zmiana biegów i tylny hamulec obsługiwany drugą klamką obok sprzęgła – powoduje mój piruet. Coś mi się kiełbasi i gdy sprzęt zdycha pod górkę na zbyt wysokim biegu, ześlizguję się tyłem ku koszowcom. Inni umykają przede mną tyłem w zaspy, a i ja ląduję w jednej. Ubaw mieli po pachy!

Soljanka – our love

Jesteśmy w Kiemi – w środku długości zachodniego brzegu Morza Białego. Dzięki przedwyjazdowemu odświeżeniu rosyjskich znajomości lądujemy w garażu lokalnych bikerów. Pogaduchy o dziwo nie są zakrapiane alkoholem. Rzecz w tym, że mieszkańcy tej dość dalekiej północy coraz lepiej zdają sobie sprawę, jak łatwo gorzałka może sprowadzić na manowce.

Specyfika zimowej jazdy narzuca dużo więcej niż normalnie przerw dla rozruszania gnatów i rozgrzewki. Najtańsza z tutejszych zup, soljanka, świetnie nadaje się na taki przerywnik. Raczymy się więc nią w barach co najmniej dwa razy dziennie, przy czym za każdym razem zupa smakuje inaczej!

Po dwóch kolejnych dniach docieramy do Murmańska. Zanim osiągamy dolinę tego miasta, którą ogrzewa Golfstrom, przekonujemy się, jak smakuje jazda w temperaturze -15O. Sceneria Chibinów (masyw górski u nasady Półwyspu Kolskiego) rekompensuje wszystkie niedogodności pogodowo-temperaturowe, w tym ograniczone pole widzenia spowodowane oblodzeniem szyb w kaskach. Na wjeździe do miasta czeka na nas Siergiej, właściciel murmańskiej turbazy (od: turisticzeskaja baza). Murmańsk przypomina nam, że oprócz jazdy po śliskim zależy nam na zorzy polarnej. Dlatego nazajutrz, nie wjeżdżając do miasta, gnamy ku norweskiej granicy do klubu MC w Zapoliarnym. Jego członkowie doprowadzili nas (bynajmniej nie siłą) do klubowego garażu i w jedynie słusznej atmosferze rozpoczęliśmy nawiązywanie porozumienia. Tymczasem w mroźną noc polarną ktoś zauważa na niebie smugę – coś niby dym z odległego komina. Początkowo zostaje zlekceważona: ani to się przemieszcza, ani to kolorowe... Nagle zaczyna tańczyć, nabierać zieleni, jasności, kształtów.

Jest! Jest!

Choć lokalesi mówią, że ona „Takaja malieńkaja”, oto na naszych oczach spełnia się cel wyjazdu: po raz pierwszy w życiu mamy okazję zobaczyć to zjawisko na żywo, i do tego bez mała z siodeł motocykli! Zdecydowanie odmawiam gospodarzom pójścia na nocleg do ich domów, koledzy się przyłączają i tak pozostajemy na noc w garażu, do samego końca obserwując tańczącą na niebie wstęgę zielonego światła. To zjawisko naprawdę ze wzruszeniem przeżywamy, a nie tylko zaliczamy. W ten sposób osiągamy punkt zwrotny wycieczki.

Pora na powrót. Pierwszy jego etap to znów Murmańsk. Oglądamy w nim m.in. pierwszy w świecie atomowy lodołamacz „ Lenin”, kiosk z okrętu podwodnego „Kursk”, który zatonął w 2000 r. z całą 118-osobową załogą, oraz pomnik zwany „Aloszą”, strzegący miasta przed ewentualnymi najeźdźcami. Spogląda stronę wroga z czasów II wojny – Finlandii...

W jednym z kolejnych miejsc dowiadujemy się, że parę zim wcześniej było tam pięciu z Moskwy na Uralach. Dociągnęli do koła polarnego, ale dalej nie dali rady z powodu awarii motocykli i mrozu. Było ponoć -30 stopni... W drodze przez południową Karelię odbijamy od śmiertelnie nudnej szosy M-18, by zobaczyć kawałek Kanału Białomorskiego, wodospad Kiwacz i jezioro Ładoga. Jeden z dni to pełna odwilż, który okrutnie weryfikuje wodoodporność naszych ubiorów.

Uparcie szukamy kawałka brzegu z widokiem na lodową równinę Ładogi aż po horyzont. Dziury w nawierzchni powodują, że spaw błotnika w czeskim koszu wytrzymuje trzy godziny i pęka po raz kolejny. Stelaż kufra też. Gubię podnóżek i kawałek przedniego błotnika, obtrząsam oba włókna żarówki reflektora. Pastorowi rozkręcają się półki i zdycha amortyzator. Niestety, na nic te ofiary – nie trafiamy na miejsce z widokiem na bezkresny lód. Trafi a się nam za to ukryty za zaspą radar. Przekroczenie o 18 km/h. Mozolne wypełnianie druczków grażdanką i w końcu kwota – jedynka z zerami. Ile ich? Dwa!? Ubawieni kwotą (100 rubli = 10 zł z małym hakiem), odżałowujemy stracony czas i ruszamy dalej.

4000 km

Piszę tę relację na promie sunącym przez Bałtyk z prędkością 22 węzłów. Wspomnienie o 4000 km po tamtej stronie Bałtyku pokonanych w dwa tygodnie nie spłowieje w pamięci tak szybko.

Więcej zdjęć na https://picasaweb.google. com/ 110961596656050043971/ ZimowaWycieczka

mc

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole: