Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.3

Turystyka dookoła Polski: kraj okrążony

Dziesięć motocykli, 3500 km, samochód- -asystent i plan: w siedem dni objechać Polskę dookoła. Nasz park maszyn: pięć Yamah, dwie Hondy, po jednym Suzuki i Kawasaki oraz BMW. Nasza ekipa: Karolina, Qba, Miłosz, Wujaszek, Sznajdi, Tomek, Cichy, Andrzej, Mariusz z żoną i ja.

Startujemy 26 maja: z Poznania śmigamy przez Nową Sól do Zgorzelca, skąd krętymi drogami dojeżdżamy do zamku Czocha. Niestety, nie mamy czasu na zwiedzanie. Późnym popołudniem jesteśmy w Szklarskiej Porębie. Dziki głód zagania nas do knajpy, w której serwują olbrzymie porcje. Głodnym tak spodobały się kotlety schabowe wielkości pizzy, że nazwali je „berety”. Ze Szklarskiej celujemy w Karpacz, Kowary i Kłodzko. Zapada zmrok, ponadto Qba prowadzi nas dziurawymi, momentami nieasfaltowymi drogami szerokości jednego samochodu. Tylko jego DL-ka czuje się tam jak ryba w wodzie. W Kłodzku lądujemy grubo po godz. 22.

Drugiego dnia z samego rana zwiedzamy miasto i podziemną trasą turystyczną docieramy do twierdzy. Warto było! Potem mkniemy do Nysy na spotkanie Michała – 16-latka, który również ruszył na wyprawę dookoła Polski, tyle że motorowerem. Wczesnym popołudniem osiągamy kolejny cel dnia – browar w Żywcu. Okazuje się, że zwiedzanie go w niedzielę jest niemożliwe.

Wobec tego obieramy kierunek na Zakopane. Na miejscu noclegu Andrzej zostawia na luzie swoją Kawę stojącą z górki. Sprzęt pada prosto na mojego Horneta. Bilans: lekko pęknięta chłodnica w Hondzie (było trochę zabawy z poxyliną) i wgnieciony bak w Kawie. Po zakwaterowaniu łapiemy busika na Krupówki. W knajpie dołączają do nas Rasta z Motoradia oraz Filip Szczęsny ze stowarzyszenia MotoAutostrada. Gadamy. To była bardzo długa noc.

Złapani w Bieszczadach

Trzeci dzień wita nas czarnymi chmurami. Przed nami 505 km. Rasta, która właśnie dotarła do domu, SMS-uje: „W Krakowie ulewa”. Zaraz i u nas jest pompa, nawet z gradobiciem. Szybko wskakujemy w piękne białe kombinezony lakiernicze i drogą wzdłuż Dunajca pomału jedziemy do Sanoka. W okolicy Zalewu Czorsztyńskiego widzimy przepięknie wtopiony w krajobraz zamek Nidzica.

W Domu Dziecka w Sanoku jesteśmy z prawie 3-godzinnym opóźnieniem. Ale tam się działo! Dzieciaki tak kręciły manetkami, że sąsiadowi puściły nerwy  i wezwał policję. Wyjaśnienia ze stróżami prawa rozładowały sytuację. Potem wozimy dzieci po placu, rozdajemy słodycze, ponadto dyrektorce przekazujemy karton z upominkami dla dzieci. Pytaniom, gazowaniu, jazdom, przymierzaniu kasków itp. nie było końca.

Teraz pora zawojować Bieszczady. Nasz pierwszy bieszczadzki zachwyt to widok zapory w Solinie. W tej miejscowości, szukając noclegu, poznajemy Mariusza, właściciela pięknego pensjonatu i domków gościnnych oraz zapalonego motocyklistę. Zaprasza nas na poranny przejazd po Biesczadach. Wieczorem mamy ognisko z kiełbaskami i 60-procentowym bimberkiem na gruszkach i burakach serwowanymi przez gospodarza.

Miejsca do zejść na kolano

Czwartego dnia budzi nas piękne słoneczko. Mariusz prowadzi na zaporę, z której szczytu podziwiamy widoki. Słuchamy opowieści o historii tamy, po czym ruszamy na Wielką Pętlę Bieszczadzką. Drogi są tu w dobrym stanie, a winkle wręcz stworzone dla motocyklistów. Jak małpa bananem cieszymy się znakami ostrzegawczymi z podpisem „Droga kręta na odcinku ... km”, a właściwie tym, co jest za nimi: świetnymi miejscami do ćwiczenia zejść na kolano. Po obiedzie dołączamy do grupy licealistów i wspólnie zwiedzamy Zaporę Solińską, tyle że tym razem od środka.

Zamość. Rynek Wielki i jego kolorowe kamieniczki robią na nas ogromne wrażenie. Potem startujemy do Krasnegostawu. Docieramy tam grubo po godz. 23. Tomek, aby zapłacić za nocleg, bezskutecznie szuka portfela. Znajduje go rozjechanego na ulicy 8 km wcześniej – pod sklepem, w którym uzupełnialiśmy prowiant.

Chłodne 60 km

Piąty dzień zaczynamy od przelotu do Lublina, gdzie zwiedzamy muzeum obozu w Majdanku, po czym lecimy na Białystok. Temperatura spada do +13, wieje zimny wiatr. Przed godz. 19 docieramy do głównego celu dnia – wiaduktów w Stańczykach (niegdyś kolejowych), zwanych potocznie mostami. Qba proponuje wypad pod Gołdap na przejście graniczne z Rosją. Godzinę później chcemy tam zrobić zdjęcia, jednak nie dostajemy zgody. Wszystko ściśle tajne przez poufne. Zaczyna zachodzić słońce, temperatura spada do +6O. Przed nami jakieś 60 km do Węgorzewa. Marzniemy.

Szóstego dnia rano nawigację ustawiamy na Wilczy Szaniec. Po ruinach byłej kwatery Hitlera oprowadza nas przemiły przewodnik. Telefonicznie ustawiamy się z grupą Elbląg. Chłopaki witają nas zaraz wjeździe do miasta. Poznajemy przedstawicieli grupy oraz Homzika, który tak jak my okrążył Polskę, tyle że w 72 godz.

Dwójka eskortuje nas do przeprawy promowej w Mikoszewie, skąd przeprawiamy się przez Wisłę do portu w Gdyni, gdzie pstrykamy fotki, wpadamy w taneczny trans i próbujemy sił w jeździe na deskorolce, po czym lecimy do Pucka. Tam czeka Łukasz – organizator noclegu i przyjaciel Miłosza. W tym miejscu ekipa dzieli się na dwie grupy: spragnionych oraz głodnych przygód. Pierwsza idzie na piwko, druga rusza na nocną eskapadę na Hel. Jest ciemno, chłodno i ani żywej duszy, dzięki czemu do portu w Helu oraz na plażę udało się dojechać na rumakach. Pubowiczom Łukasz opowiada w tym czasie o Pucku, Marynarce Wojennej, w której pracował, i pokazuje miejsce zaślubin Polski z morzem w 1920 roku.

W przedostatni poranek startujemy do Żarnowca. Znów łapie nas ulewa, znów wskakujemy w kombinezony lakiernicze. Ledwie zatrzymaliśmy się przy górnym zbiorniku wodnym żarnowieckiej elektrowni szczytowo-pompowej, ochrona wyprasza nas stamtąd. Nie dajemy za wygraną i w miejscu, w którym obowiązuje bezwzględny zakaz wypasu bydła, udajemy stado baranów. Strażnicy wymiękli. Parę godzin później jesteśmy w Trzęsaczu, gdzie dobija Witek, znajomy Cichego, który specjalnie do nas przyjechał z Poznania. Na kładkę widokową w Trzęsaczu strach wchodzić: wiatr jest tak silny, że trudno się na niej utrzymać.

Międzyzdroje witają nas aurą w typowo jesiennym stylu. Mimo to nie odpuszczamy i fundujemy sobie spacer po molo, po czym udajemy się do baru na rybkę.

Co wiemy na pewno

Ostatniego dnia już o godz. 7.30 pierwsza grupa odpala w kierunku Poznania. Nie wszystkim udaje się wstać tak wcześnie. Tak czy inaczej, na metę wracamy po siedmiu dobach i 30 minutach, z nawiniętymi 3523 km. Po drodze mieliśmy wszystko: słońce, deszcz, upał i prawie mróz, luksusowe apartamenty i PRL-owskie hotele, hot- -dogi i „berety”, śmiech i nerwy, polne drogi i autostrady, zimne piwko i gorącą herbatę, góry i morze. Zostało nam mnóstwo wspomnień oraz cała masa zdjęć i filmów. Oraz absolutna pewność, że Polska to przepiękny kraj!

mc

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole: