Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Turystyka dookoła świata: powrót do domu, Singapore2Poland (cz.1)

Zaczyna się całkiem zwyczajnie: uznaliśmy, że czas wrócić z pracy do domu. Jest jeden drobiazg: oboje pracujemy w… Singapurze. Żeby zaoszczędzić na biletach lotniczych, decydujemy się na motocykle.

Wypowiedzenie z pracy trafi a na biurko szefa, mieszkanie na sprzedaż, w zamian kupujemy używaną Hondę Africa Twin XRV 750. W kwietniu 2008 r. ruszamy. Dajemy sobie 1,5 roku, ale droga do domu zmienia się w trwającą prawie 4 lata podróż wokół globu. Podróżujemy bez GPS-u (mamy tylko kompas i mapy), więc każdy kolejny dzień wyznacza inny kierunek. Droga staje się celem samym w sobie.

Wyruszamy bez większego doświadczenia i planu. Ma być ciekawie, spontanicznie bez pośpiechu i jazdy po kilkaset kilometrów dziennie. Chcemy doświadczyć na własnej skórze, jak zmienia się świat wraz ze zmianami szerokości i długości geograficznej. Mamy okazję najpierw poczuć spleśniałą wilgoć, a za kilkaset kilometrów pustynny upał i chłód wysokich przełęczy. Początkowo dosiadamy Afriki Twin. Oboje, bo nie chcę (ja, Iza) mieć nic wspólnego z motocyklami. Ale po roku mam dość roli plecaczka, więc kupuję swoją debiutancką maszynę – chińskiego Accessa o pojemności 125 cm3. Później są kolejne lekkie enduraki. Najbardziej przypadają mi do gustu chińskie badziewia, co Kamilowi trudno zrozumieć. Finalnie chińskim Lifanem o zacnej nazwie Cool Boy dojeżdżam z Nepalu do Polski. Nie rozpędzał się więcej niż 75 km/h, niemniej dobrze się sprawował i wyglądał naprawdę kozacko.

Kreatywność w drodze
Co zrobić, nie mając odpowiedniego prawa jazdy, gdy motocykl już stoi na parkingu? Proste: wsiadać i jechać! Zresztą w krajach Trzeciego Świata mało kto ma prawko i ludzie naprawdę nie mają bladego pojęcia o jeździe. Niewiele różnię się więc od lokalesów. Tyle tylko, że umiem jeździć, a przynajmniej tak mi się wydaje. Żeby było spokojniej, postanawiam poratować się Photoshopem i prawko mam gotowe. Kamil zostaje specem od tych spraw. Później wielokrotnie dorabia różne ubezpieczenia i pozwolenia, przedłuża karnety i tworzy nowe dowody rejestracyjne. Aby wszystko wyglądało wiarygodnie, postarzamy nasze nowe dokumenty.

Dajemy sobie radę również wtedy, gdy w Kongo zabrakło miejsca w paszportach, a najbliższa polska placówka dyplomatyczna jest w Ghanie. Posługując się garnkiem gorącej wody i żyletką, długimi godzinami odklejamy te wizo-naklejki, aby kolejne ambasady mogły przykleić swoje. Jedynie te najbardziej sentymentalne wizy zostawiamy. Pomysłowość przydaje się również w razie awarii sprzętu. Tubylcy potrafi ą zrobić coś z niczego, o czym w krajach zachodnich już dawno zapomnieliśmy. Nieraz nas to ratuje. Kamil z bankowca staje się mechanikiem. Nieraz z wielkim zainteresowaniem obserwuję mojego dzielnego mężczyznę, jak radzi sobie ze spalonymi regulatorami i brakiem prądu, z zalanymi świecami, cieknącym olejem, z akumulatorami „made in China” i licznymi kapciami. Przez Indochiny, Rosję, Mongolię i Azję Środkową dojeżdżamy do Jemenu.

Do Somalii z 14 000 kóz

Jemen polubiliśmy od pierwszej chwili. Stykamy się tam z niczym nieskażoną kulturą Bliskiego Wschodu. Sana to najpiękniejsza stolica, jaką w życiu zobaczyłam. Jej stare miasto, z labiryntami wąskich uliczek, przepiękną architekturą i jedyną w swoim rodzaju atmosferą – styl życia mieszkańców pozostaje taki sam od co najmniej 100 lat. Zwiedzanie kończymy w porcie, z którego chcemy wyruszyć do Afryki. 

Czarny Ląd mamy o rzut beretem: tylko 250 km przeprawy przez cieśninę Bab al-Mandab. Regularne połączenia pasażerskie nie istnieją, więc cierpliwie wyczekujemy w porcie, aby dopłynąć jedną z drewnianych łódek do Dżibuti. Wcale nie jest nam do śmiechu, bo nie chcą nas zabrać na pokład, tłumacząc się a to złą pogodą, a to silnymi prądami, a to brakiem miejsca, a to tym, że nasze białe twarze przyciągną piratów. Łódki wydają się nam tak stare, jakby zaraz miały zatonąć.

Czas oczekiwania skracamy, żując z lokalesami zielone liście czata, zwane potocznie jemeńską whisky (narkotyczna roślina pobudzająca, bardzo powszechna w całym Jemenie), mimo że nie są zbyt przyjemne w smaku. Po tygodniu oczekiwania wreszcie ładujemy się na statek z 14 tysiącami kóz na pokładzie. Tyle że płynie on nie do Dżibuti, lecz do Somalii. Ale to drobiazg, bo przecież Somalia to też Afryka, a o nią nam chodzi. Nasza Africa Twin zostaje wciągnięta dźwigiem na wysoki pokład statku. Do Somalii ze względu na brak wiz nie wjeżdżamy. A szkoda, bo na statku poznajemy Somalijczyka, który zaprasza nas na chatę i na polowanie na hieny. Po 48 godzinach żeglugi, brudni i śmierdzący kozami, dobijamy na Czarny Ląd. Ruszamy wschodnim wybrzeżem od Dżibuti po Republikę Południowej Afryki. Następnie zachodnim wybrzeżem – między innymi przez Angolę, Kongo, Czad, Ghanę i Liberię – osiągamy Maroko. 12 miesięcy w Afryce daje nam ostro w kość!

Błotnista Liberia

Wjeżdżanie w największe zadupia o dziwo sprawia nam przyjemność. Po całym dniu zmęczenia, walki z motocyklami, kładziemy się w namiocie i pełni euforii wspominamy, jak to wcześniej taplaliśmy się w błocie. I dziś cały czas czuję jakiś niedosyt tych trudów i wyzwań.

Liberia jest właśnie takim wyzwaniem. Kraj przez wiele lat był nękany działaniami wojennymi i dopiero od 10 lat panuje tam pokój. Infrastruktura drogowa prawie nie istnieje. Więc dlaczego warto tam być? Dla gościnnych, optymistycznych ludzi i niekończących się lasów tropikalnych. Na przejściu granicznym między Wybrzeżem Kości Słoniowej a Liberią pogranicznicy ostrzegają nas o kiepskiej drodze do Monrovii, stolicy tego kraju. Radzą, aby zawrócić i pojechać okrężną drogą. Nie dajemy się namówić. Do stolicy mamy 500 km dróg gruntowych. To była rzeźnia! Z reguły, jak ludziska mówią, że jest źle, jest odwrotnie. Tym razem jest makabrycznie! Jadę na swoim pierwszym motocyklu – Accessie 125 cm3, wyposażonym w migocące i grające badziewne chińskie bajery. Leje jak z cebra (trwa pora deszczowa), droga jest jednym wielkim bagnem, koła toną po osie w ciężkiej mazi, która osiada grubymi warstwami na oponach, uniemożliwiając jazdę. Kijami zdzieramy błoto i jedziemy kolejnych kilkadziesiąt metrów, by znów się zatrzymać i odblokować koła. I tak przez 500 km. Mojemu „chińczykowi” jest łatwiej, bo waży mniej niż Africa Twin.

Dopada nas zmęczenie i znużenie: coraz częściej się kłócimy. Wszystko jest całkowicie przemoczone. Codzienne wkładanie przemoczonych skarpet powoduje u mnie bolesne bakteryjne zapalenie stopy. Myślałam, że jestem twardą sztuką, ale kilka dni leżę w hotelowym pokoju, bo nie jestem w stanie chodzić. W mijanych wioskach błagamy o suche miejsce na namiot i dziesiąty dzień pod rząd zajadamy się makaronem z keczupem, choć w wioskach proponują nam zupę z ptaka (jeszcze z resztkami piór). Jesteśmy witani w tradycyjny sposób: orzechami betelu na tacy. Wsłuchując się w odgłosy dżungli i prawdziwe historie naszych gospodarzy o niedawno zakończonej krwawej wojnie domowej, spędzamy niezapomniane noce. W drodze do Monrovii mijamy uwięzione w błocie od dawna ciężarówki, stragany z dziczyzną –węże, ptaki, małpy i kajmany... Ucztować hucznie można już za 5 USD na łeb.

Czadowo w Czadzie

Czadu pierwotnie nie mamy w planach, ale egzotyka i niedostępność tego kraju przyciągają nas jak magnes, więc zapada decyzja: zamiast przeciąć Nigerię, nasza trasa będzie wiodła z Kamerunu przez Czad do Nigru. Jest to jeden z najbardziej wymagających odcinków naszej 44-miesięcznej trasy. Kilkusetkilometrową pętlę wokół jeziora Czad pokonujemy, tropiąc mało widoczne piaszczyste ślady, mając do dyspozycji tylko kiepską mapę i kompas. Doskwiera nam brak wody i cienia, temperatury sięgają +45O. Prawdziwe piekło! Zwiedzamy za to jeden z niewielu naprawdę dzikich zakątków świata. Nigdy nie zapomnę tych obładowanych karawan wielbłądów, pełznących przez pustynię. Postanawiamy zjechać z traktu i podążać za karawaną. Jej celem jest bazar. Naprawdę odjechany. Pośrodku niczego. Ludzie omal nie pożerają nas wzrokiem. Jesteśmy na pewno jednymi z pierwszych białych, których widzą ich oczy. My też nie możemy się nadziwić nietypowej urodzie tamtejszych kobiet.

Wstajemy bladym świtem, dopóki pustynny gorąc jest znośny, sjestę zarządzamy tuż po godz. 11, najczęściej przy miejscu z dostępem do wody. Dłużej po prostu nie można jechać w tym skwarze. Ruszamy znów późnym popołudniem. Mój Access często zakopuje się w piachu, a tym samym się przegrzewa. Muszę wtedy zejść z motocykla i ostatkami sił popychać naszą obładowaną Africę. Zaliczamy spektakularne gleby. Co jakiś czas natykamy się na potwornie kolczaste krzaki. Przez nie łapiemy liczne gumy. Mamy ze sobą pompkę, tyle że… rowerową. 1000 uderzeń i można mknąć dalej. Oj, ile byśmy dali wtedy za dwa lekkie enduraki! Pod koniec dnia kempingujemy zwykle przy studniach, we wioskach lub przy posterunkach policji. Wody brakuje nieustannie. W takim upale chce się potwornie pić cały czas. Pustynne noce zdają się chłodne, ale ziemia nie ma kiedy ostygnąć. Spanie w namiocie byłoby prawdziwą sauną, śpimy zatem pod moskitierą albo pod gołym niebem. Uciążliwe w Czadzie są ciągłe posterunki wojskowe i przesłuchania: skąd, po co, dlaczego tutaj? Jednak było warto odwiedzić ten kraj. 

U misjonarzy

Gdy zbliżamy się do przejścia granicznego między Kamerunem a Republiką Środkowoafrykańską dopada nas cykor. Wcześniej kilka razy słyszymy przeraźliwe historie o pogróżkach i ściąganiu kasy od białasów na tym przejściu. Granica mieści się pośrodku dżungli. Jest to kilka rozpadających się drewnianych chatek przy drodze. Docieramy tam wczesnym rankiem, ale pogranicznicy już są na niezłej bani. Chodzimy z paszportami od jednej chatki do kolejnej po pieczątki i niepotrzebne nikomu pozwolenia. Próbują różnorakich sposobów, aby ściągnąć z nas kasę. Łatwo nie mamy, ale unikamy bakszyszu.

Dalej od granicy motocykle suną wąskimi i wyboistymi dróżkami. Kiedy tylko się zatrzymujemy, aby odpocząć, dopadają nas chmary małych muszek. Po ich ugryzieniach na długo zostają strasznie swędzące czerwone krosty. Przez głęboką rzekę przeprawiamy się wąską tratwą z bambusa. Najpierw Kamil z motocyklem, potem ja z tobołami. We dwójkę byśmy się nie pomieścili. Naszym celem jest park narodowy Dzanga Sangha na południu Republiki Środkowoafrykańskiej. Najczarniejsza Afryka, jaka może istnieć. Dwa razy większa od Polski, ale asfaltu mają zaledwie 300 km w całym kraju. Większe zacofanie i bieda niż w krajach sąsiednich. Prąd mają jedynie w stolicy – Bangui, w pozostałej części kraju wszystko działa na generatory i baterie słoneczne. Internet, poczta? Takie usługi tam nie istnieją.

Przypadkowo natykamy się na polskich misjonarzy stacjonujących przy pigmejskiej wiosce. Przyjmują nas po królewsku. Dostajemy swój pokój, a na stół podają polską czekoladę i schłodzoną Żołądkową Gorzką. Spędzamy tam dwa wspaniałe tygodnie. Jest to bardzo dobra okazja, by z bliska poznać pigmejskie zwyczaje i tradycje. Z całą wiochą wybieramy się na polowanie siecią na antylopy. Ale była później uczta... Obserwujemy też stada dzikich słoni i zajadamy się bardzo smaczną sałatką z prażonych termitów.

Kamil serwisuje Afrikę: wymienia olej, łożyska i dorabia klocki hamulcowe. Z opon niewiele zostaje, bo nawinęły już 15 tys. km, a jeszcze muszą nas dowieźć do Mauretanii. Pożegnawszy naszych gospodarzy, ruszamy w drogę powrotną do Kamerunu. 

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Zaczyna się całkiem zwyczajnie: uznaliśmy, że czas wrócić z pracy do domu. Jest jeden drobiazg: oboje pracujemy w… Singapurze. Żeby zaoszczędzić na biletach lotniczych, decydujemy się na motocykle.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:26:32