Motocykl poleca:

Turystyka dookoła świata: powrót do domu, Singapore2Poland (cz.2)

Poleć ten artykuł:

Pewnego dnia ruszyli z pracy do domu. Ponieważ pracowali w Singapurze i powrót „trochę” im się przedłużył, na metę dotarli po prawie 4 latach. W styczniowym numerze doprowadzili nas do skoku przez Atlantyk. Oto druga część relacji.
Zobacz całą galerię

Pewnego dnia w Maroku siedzimy przy piwkach i Kamil ni z tego ni z owego mówi: „A może by tak, zamiast samolotem przez Atlantyk, do Ameryki Południowej popłynąć jachtem?”. Pytam więc z przeszerokim uśmiechem: „Czyli co, jedziemy dalej!?”.

Burza mózgów: skąd, jak, za ile, co z motocyklami. Stanęło na tym, że Afrikę Twin wysyłamy statkiem do Brazylii, a mojego „chińczyka” (Access 125) sprzedaję w Maroku. W marokańskim Agadirze uderzamy do najbliższego baru żeglarskiego. Tam poznajemy Pierre’a – francuskiego kapitana pięknego 12-metrowego katamaranu. Już drugiego dnia proponuje nam popłynięcie razem na Karaiby. Choć facet wydaje się mocno alkoholizowany, nie odmawiamy, bo druga taka szansa nie wiadomo kiedy (o ile w ogóle) się zdarzy.

Na morzu Pierre faktycznie połowę czasu jest narżnięty, ale jedzenie serwuje ekstra. Z obowiązków mamy gotowanie i kilkugodzinne wachty nocne. Po 3 tygodniach żeglugi i ponad 3500 milach morskich jesteśmy na wyspie Saint-Martin, wchodzącej w skład Małych Antyli. Przed nami wkrótce Ameryka Południowa.

Andy powalają
Ilekroć sięgam pamięcią wstecz do kontynentu południowoamerykańskiego, odżywają wspomnienia z marsjańskich krajobrazów Andów. W nich czuliśmy, że jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być. Nic dodać, nic ująć. W tych górach spędzamy 6 miesięcy. Główną część trasy pokonujemy razem z Gienkiem, który po dojechaniu do nas kupuje KLR-a 650. Ja tym razem dosiadam Hondy Bros o pojemności 150 cm3.

Dla zmotoryzowanych podróżników nie ma chyba piękniejszego miejsca niż Andy: wysokie przełęcze, gdzie dosłownie słyszysz bicie własnego serca, rajskie laguny, ośnieżone szczyty wulkanów, piękne szutry i wreszcie naprawdę boskie solnisko – Salar de Uyuni. Nawet mroźne noce pod namiotem nie przeszkadzają. Choć przekraczanie zamarzniętych strumyków wcale do przyjemnych nie należy.

Argentyna, w drodze do La Rioja. Mój Bros z każdym metrem traci na mocy. Filtr powietrza dawno zdjęty. Podpychając się nogami, wjeżdżam na moją pierwszą pięciotysięczną przełęcz. Wkurzam się na Brosa. Dlaczego taki słaby? Sama schrzaniłam, wybierając go. Przecież wiedziałam, że dużo czasu spędzimy na wysokościach ponad 4000 m n.p.m. Mocno zmęczeni hipnotyzujemy się niesamowitymi widokami. Śpimy zaraz przy lagunie, tuż obok stada fantastycznie różowych flamingów. Brak aklimatyzacji do wysokości daje nam w nocy ostro popalić. Budzimy się kilkakrotnie z potwornym bólem głowy. A rankiem rozpracowujemy, jak odpalić zimne maszyny. Północna Argentyna pozytywnie nas rozwala. Zmierzamy bezkresną trasą poprzecinaną tu i ówdzie rzekami. Szlaki są zupełnie bezludne, góry mienią się różnymi kolorami... Gorących źródeł szukamy przez ponad godzinę. Prawie już się poddajemy, gdy z dala dostrzegamy mały kanion. Tam właśnie skrywają się gorące termy. Spędzamy tu spartańskie święta wielkanocne: jajca, ognicho, żurek z kiełbachą. W takiej Wielkanocy nigdy wcześniej nie uczestniczyliśmy. Jest pięknie!

Jazda po boliwijskich zakurzonych drogach to kolejna piękna, ale męczarnia. Aby uniknąć nadmiernych wstrząsów, trzeba jechać co najmniej osiemdziesiątką. Tak docieramy do Sa l a r d e Uyuni. Poza porą deszczową solnisko jest wyschnięte i płaskie jak stół, z bielą po horyzont. Jeździmy po solnisku, gdzie wzrok poniesie. Długo czekaliśmy, aby zobaczyć i poczuć magię tego miejsca. I magia jest! Czuję się farciarą. Pojawia się pomysł, aby spać centralnie pośrodku pustyni solnej. Z dala od rozsianych po całym salarze wysepek i od turystów. Aby poczuć przestrzeń, własną nicość i wielkość tego miejsca. W nocy jest -15O. Plastikowe butelki z gorącą wodą lądują przy stopach w śpiworach, działając jak mały grzejnik. Podziwiamy niesamowite zachody i wschody słońca. Wachy mamy mało, więc kolejnego dnia wracamy do opustoszałego miasteczka Uyuni.

3 lata razem, 24/7 i...
24/7 i... Po takim czasie jesteśmy sobą zmęczeni, ponadto oboje chcemy spróbować samotnej podróży, liczenia wyłącznie na siebie. W północnym Peru nasze drogi na miesiąc rozchodzą się. Moim celem są Andy w Chile i Argentynie. Napotkani ludzie gigantycznie podziwiają moją odwagę. Kobieta, sama i w dodatku na takiej maszynie… – nie mogą wyjść z podziwu. Spotykam wielu pomocnych ludzi. Jestem goszczona w wioskach, obdarowywana wachą przez miejscowych facetów. Jedyne, czego chcą w zamian, to zdjęcie z motocyklem i ze mną. Panicznie boję się spania w namiocie. Obok mojej głowy zawsze leży gotowy do boju scyzoryk. Na wyboistych drogach spadają mi źle przymocowane bagaże i plastikowe butelki z benzyną, ponadto na rurze wydechowej spalam gumowe deszczówki i ładowarkę do lustrzanki. Innym razem za zakrętem wyrasta centralnie przed przednim kołem coś wielkiego, posuwając się w moim kierunku z ogromną prędkością. To struś, a dokładniej mama strusiowa. Za chwilę stoi przed motocyklem, wymachując skrzydłami, a zarazem mnie dziobiąc. Nie wiem, jak się zachować. Wyciągam aparat, robię foty, po czym postanawiam rozpędzić się i przejechać obok, trąbiąc, aby ją odstraszyć. Udało się! Samotna podróż jest inna. Muszę sama wszystko zaplanować. Nie ma kogo podpytać, czy i ile zabrać paliwa, aby nie zabrakło go podczas wspinaczki powyżej 5000 m n.p.m. Jestem zdana tylko na siebie i na lokalesów.

Tagi: turystyka dookoła świata | turystyka na motocyklu | motorem po świecie

Oceń artykuł:

5.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij