Motocykl poleca:

Turystyka motocyklowa: Kierunek Rumunia

Poleć ten artykuł:

Nasz dawno zaplanowany wyjazd wreszcie dojdzie do skutku. Nie mogę doczekać się poniedziałku. Ruszamy w składzie Waldek z Izą na Hondzie Gold Wing oraz my, czyli Katarzyna i Jacek na BMW R 1200 GS. Przygodo witaj!

Turystyka motocyklowa - Kierunek Rumunia Zobacz całą galerię

W sobotę 20 lipca - dwa dni przed wyjazdem - dociera do mnie Waldek z Izą na Goldasie. Od małego jeździmy na dwóch kołach i przyjaźnimy się. Los jednak rzucił Waldka do Niemiec i ma o 2000 km dłuższą wycieczkę. Omawiamy plan wyjazdu przy piwku i pokaźnej golonce. W końcu w poniedziałek około 10. wyruszamy. Granicę ze Słowacją przekraczamy w Jurgowie, a przed tym obowiązkowo tankujemy rumaki. Słowację przeskakujemy szybko, ale uważnie, żeby jakiś policmajster nas na radar nie złapał - pełno ich po drodze i na Polaków czyhają. Przed Egerem postój - po sytym i niedrogim obiadku zmierzamy do granicy. Jest już późny wieczór - jeszcze tylko kontrola graniczna i Rumunia. Na parkingu wymiana waluty, kilka słów z chłopakami z ciężarówek (żeby uważać na dziury w drogach) i jedziemy dalej. Kierujemy się na Oradea, a później odbijamy z jedynki w lewo do Spinus, gdzie na polu namiotowym rozbijamy namioty przy świetle latarki. Pole namiotowe małe, ale bardzo fajne, prysznice z ciepłą wodą i sauna - to wszystko za 10 euro od pary na moto. Jedyny minus - to nie ma baru, w wiosce jest sklep ale dla nas już zamknięty. Rano budzą nas ptaki, wstajemy robimy kawkę, zwijamy to, co nasze i startujemy na śniadanko.

Wracamy na jedynkę: cel Turda - kopalnia soli. Do kopalni schodzi się długim (913m) chodnikiem, z którego prowadzą wejścia do komnat kopalni. Jedną z nich jest Komnata Echa, gdzie turyści mogą pokrzyczeć do woli. Największą atrakcją jest główna komnata - spacer po zawieszonej na wysokości 13 piętra galeryjce robi wrażenie. Do komnaty można zjechać przeszkloną windą lub zejść po stromych, drewnianych schodach. Na jej dnie udało się zmieścić Diabelski Młyn, amfiteatr, minigolfa, stoły bilardowe, tory do kręgli i plac zabaw. Poniżej ukazuje się następny zachwycający widok - podziemne słone jezioro. Następne kilka pięter w dół windą i można przepłynąć się łódką. Jest tam tyle jodu że kręci się w głowie.

Ruszamy dalej - droga nr 1 na Sebes a potem na Sibiu. Na wylocie z miasta, gdzie krzyżuje się jedynka z siódemką, zatrzymujemy się w hotelu z trzema gwiazdkami (nocleg za pokój dwu-osobowy z klimą 100 leji). Cena dobra, więc lokujemy nasze tyłki w pokojach, jeszcze tylko zupka chmielowa i do spania. Rano napełniamy baczki do pełna i ruszamy jedynką na Brasov, po 35 km odbijamy na drogę 7C (Transfogarska). Trasa ta przecina z północy na południe najpiękniejsze Góry Fogaraskie. U podnóża schronisko i piękny widok na wodospad; atrakcją jest kolejka linowa, którą oczywiście jedziemy - choć nie jest tania. Widoki przepiękne - w dole wodospad oraz trasa, którą będziemy pokonywać, na stromych zboczach jak kozice pasą się krówki. Po wyjściu z kolejki przy straganach kupujemy pyszne serki owcze tylko sporo tańsze niż u nas.

 

Ruszamy do góry, zakręt za zakrętem - raj dla motocykla, zakręty wyprofilowane tak że sam smak. Po drodze mijamy Polaków jadących na rowerach. Jesteśmy na szczycie - 2030 metrów n.p.m. Temperatura na górze - 13,5 stopnia znacznie różni się od tej na dole - 35 stopni. Przy drodze dużo kramów z pamiątkami i jedzeniem. Warto się zatrzymać i przejść się kawałek - piękne widoki, jezioro Balea i schronisko. Przed nami najdłuższy tunel w Rumunii (884m) i trasa w dół. Kilku juhasów z pieskami przeprowadza owce przez drogę. Parę zakrętów dalej koń stojący przy drodze ociera się o znak drogowy, zatrzymujemy się, by to uwiecznić - reszta jego kolegów uznała, że pewnie chcemy zapytać o drogę i wyszła nam na przeciw blokując przejazd, w końcu odpuszczają i udaje nam się ruszyć w dalszą drogę. Docieramy do zapory na rzece Ardżesz o wys. 160m, tworzącą malownicze jezioro Vidraru. Mijamy ruiny zamku Poienari usytuowanego na szczycie wzgórza - prawdziwą siedzibę krwawego Vlada "Drakuli". Jeszcze kilka kilometrów i koniec raju dla motocyklistów, 108 km trasa dobiega końca, ale pozostanie w naszych wspomnieniach.

Przed Pitesti wskakujemy na A1 do Bukaresztu. W stolicy błądzimy półtorej godziny (jak dotąd nie było problemu z oznakowaniem dróg). W końcu wydostaliśmy się z rąk molocha i wjechaliśmy na A2 - to nowa autostrada i nie ma żadnej stacji paliw, a my jedziemy na oparach. W końcu znak za 2 km wodopój, tankujemy i moto, i siebie. Zapada wieczór i jak się okazuje noclegu na trasie też nie ma, więc walimy nad morze.

O 23. meldujemy się w Mamaii na polu namiotowym i rozbijamy namioty - znowu przy latarce. Z pola nad morze jest dosłownie parę kroków a ciepłe piaszczyste morze zachęca do kąpieli. Na brzegu bardzo dużo muszli, zbieramy je dla naszych córek, które zostały z babcią w domu. Wyjątkowo bez bagaży i wszystkich ciuchów na luzaka zwiedzamy miasto. Zostajemy nad morzem Czarnym jeszcze dwa dni.

 W sobotę startujemy w drogę powrotną - kierunek Rasnov. Zwiedzamy tam duży zamek chłopski położony na stromym wzgórzu. Lokujemy się w pensjonacie (za 100 leji dostajemy duży pokój i łazienkę z jacuzzi), a na kolację udajemy się do knajpki koło pensjonatu na baraninę. Kobitki dostają nalewkę z jagód, a my tamtejszą śliwowicę na koszt firmy. Następnego dnia wyruszmy do Bran, gdzie znajduję się średniowieczny zamek, bardzo popularny wśród turystów.

Ruszamy dalej... Po namowach mojej drugiej połówki zmieniamy trochę zaplanowaną trasę i jedziemy jeszcze raz pocieszyć tyłki na Transfogaraską. Na szczycie przy straganach kupujemy pyszne wędliny, sery i chleb na kolację. Udajemy się do tego samego hotelu, w którym już spaliśmy w drodze nad morze. (Mijając wieczorem wioski, trzeba bardzo uważać, bo krowy i konie wracają często same do domu).

Następnego dnia po przejechaniu 140 km docieramy do miejscowości Hunedoara. Zwiedzamy piękny, położony na skale średniowieczny zamek. Na parkingu spotykamy Szwajcarów (na Hondach Dominator) jadących po bezdrożach Rumunii, chwila rozmowy i na zamek. Następnie ruszamy w stronę granicy (droga 76 na Brad) a potem na Oradea. Dwa kilometry przed granicą poimy konie i wydajemy resztę leji. Po przekroczeniu granicy Węgier kierujemy się na Eger. Zapada wieczór i powoli zaczynamy szukać noclegu.

W Tiszafured zatrzymuje nas patrol policji - rutynowa kontrola - dokumenty zostały prześwietlone i sprawdzone na dziesiątą stronę. Pytamy ich o jakiś hotel a oni zwijają patrol i mówią, że nas poprowadzą. Tak więc pod eskortą trafiamy do hotelu - ale jakiego!!! Moja żonka powiedziała, że woli spać pod motocyklem niż w tym śmierdzącym pokoju, a nie jest z niej kobita wybredna. Ruszyliśmy więc dalej. Mijamy następny hotel (doba 400 euro) i dopiero za Egerem trafiamy na miły pensjonacik z polem namiotowym. Właściciel zaskoczył nas polską mową. Rankiem po obfitym śniadaniu pakujemy się i ruszamy w stronę Zakopca. Po drodze łapie nas spory deszcz i leje przez 100 km. Na Słowacji policjanci schowani przed deszczem na przystanku autobusowym łapią na radar.

W Zakopanym szukamy noclegu. Rano powrót do domu, ale czym bliżej to czujemy niedosyt kilometrów.

Cała wyprawa trwała 10 dni w trakcie których pokonaliśmy 3200 km (Waldek nawinął 5200 km). Koszt wyjazdu to: 500 euro, 280 leji i 15 000 forintów czyli jakieś 2500 zł, przy czym należy doliczyć do tego trzeba 100 zł, bo tyle kosztowało nas zdjęcie (z tyłu) z fotoradaru w Kościelisku.

Tagi: Rumunia | turystyka | turystyka motocyklowa | podróże | podróże na motocyklu

Oceń artykuł:

3.5

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij