Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.3

Turystyka motocyklowa: Kolacja na skale

Kto: Iwona i Marta. Czym: Suzuki GS 500 i Honda CBF 500. Gdzie: przez Europę do Isola del Giglio, czyli: Polska – Czechy – Niemcy – Szwajcaria – Włochy – Austria – Słowacja – Polska. Ile: 5619 km.

Turystyka motocyklowa: Włochy Lerici, zachodnie wybrzeże Włoch. Było tak gorąco, że nawet Iwona dała się namówić na zrzucenie kombinezonu.

Postanowiłyśmy wybrać się tylko we dwie naszymi motocyklami. Cel: zobaczyć wrak promu „Costa Concordia”. A przy okazji mieć wiele przygód i zawrzeć nowe znajomości. Dla mnie była to pierwsza tak długa wyprawa. Iwona, jako nieco już wprawiona, została przewodnikiem i opiekunem GPS-u. Ja odpowiadałam za bazę noclegową. Trasa była dla nas wyzwaniem, bo część noclegów planowałyśmy spędzić pod namiotem, a przecież obie nie wyobrażamy sobie początku dnia bez umycia włosów.

Kilka dni przed wyjazdem zamówiłam kufry na moją Hondę. Gdy przyszły, okazało się, że nie pasują: pracownik sklepu pomylił się. I tak na dwa dni przed godziną zero nie miałam się w co spakować... Dzień wyjazdu zaczął się nerwowo, bo do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy (i jakie!) kufry przyjadą. Przyszły i pasowały. Uff! Gdańsk pożegnał nas deszczem, na szczęście dalej na A1 było już OK. Jechałyśmy strasznie długo, zaliczyłyśmy kilka objazdów i zamkniętych mostów, a GPS doprowadził nas do nieczynnej przeprawy promowej.

Łóżko couchsurfera
We Wrocławiu przyjął nas couchsurfer Tomek, rycerskim gestem oddał nam swoje łóżko, decydując się spać na podłodze, ale przedtem zabrał nas na Stare Miasto na piwko z Tomkowymi przyjaciółmi. To był świetny początek wyjazdu...

Rano Tomek odprowadził nas swoim KTM-em za miasto. Wykonałyśmy szybką przelotkę do Pragi, gdzie nowy znajomy, Raymond, ugościł nas nigeryjskim daniem i pokazał najpiękniejsze zakątki miasta nocą. Uwiodło nas ono urodą, ale i lekko przytłoczyło tłumami turystów. Następnego dnia wcześnie rano podjechałyśmy do centrum zrobić kilka fotek, m.in. pod słynnym zegarem astronomicznym. Było fajnie, bo turyści jeszcze spali.

W Monachium, do którego dojazd był szybki, zameldowałyśmy się w hostelu Euro Youth. Polubiłyśmy go za świetną atmosferę i przepyszne śniadanie. Następnego dnia pojechałyśmy do Garmisch-Partenkirchen, żeby obejrzeć słynną skocznię narciarską. Iwona zgubiła po drodze okulary, a ja zaliczyłam pierwszą glebę na wyjeździe. Gleba (na szczęście tylko parkingowa) porysowała mi kufer i łokieć.

Po Garmisch przyszła kolej na Zurych. Po drodze zahaczyłyśmy o Austrię, zaliczyłyśmy pierwsze alpejskie serpentyny, po czym wsiadłyśmy na prom, którym przez Jezioro Bodeńskie dopłynęłyśmy do miejscowości Konstanza. W Szwajcarii z premedytacją nie kupiłyśmy winiet na autostrady, żeby korzystać z bocznych dróg. Urzędnik jasno nam wyłożył: drogi zielone – nein, a niebieskie – ja. Więc pojechałyśmy niebieskimi.

Przez kolejne dwa dni najpierw poznałyśmy Zurych, po czym pomknęłyśmy wzdłuż brzegu Zurich See do leżącej nad Jeziorem Czterech Kantonów Lucerny. Tam najbardziej stroma kolejka szynowa na świecie (48%) wwiozła nas na górę Pilatus (2137 m n.p.m.). Tanio nie było (ponad 70 CHF), ale wyprawa była warta każdego franka!

Stopka w asfalcie
Następnym wydarzeniem były wysokie Alpy. Przyznam się do lekkiego strachu, gdy zobaczyłam pierwsze winkle, zwłaszcza że zawisły nad nami ciemne chmury, na poboczach leżały hałdy śniegu i co chwilę kropiło. Mimo to przyjemność z ich pokonywania była niesamowita! Po dojechaniu do Wassen/Airolo chciałyśmy jeszcze zrobić rundkę po pobliskich przełęczach, ale powstrzymał nas grad. Postawiłyśmy zatem namiot na kempingu pod Faido i podziwiałyśmy burzę z piorunami.

Kolejnego dnia obrałyśmy kurs na miejscowość Vedasca. To we Włoszech. Dojazd do niej prowadził wąskimi serpentynami. Później nie lada wyczynem okazał się dla nas ruch uliczny Mediolanu: istne szaleństwo, mało kto przestrzega przepisów.

Namówiłam Iwonę na wypoczynek nad morzem. Próba znalezienia tam kempingu w Lerici nie powiodła się. I całe szczęście, bo trafiłyśmy na kemping w Maralunga: tuż nad morzem, fale rozbijające się o wysokie skały, przejrzysta woda, mili ludzie... Cudo! Zażyłyśmy kąpieli w potwornie słonej i zimnej wodzie, po której był obiad z owoców morza. Następnie pojechałyśmy do Riomaggiore, jednego z miasteczek Cinque Terre, które swą urodą powaliło nas na kolana. Było tak gorąco, że Iwona, która zawsze jeździ w pełnym rynsztunku, zrezygnowała z niego. Wieczorem na kempingu zrobiłyśmy sobie kolację na skałkach. Menu: owoce, wino z kartonu, ser brie i ciasteczka.

Następnego dnia dotarłyśmy do celu podróży, czyli na Isola del Giglio. Zanim do tego doszło, w Porto San Stefano, gdzie kupowałyśmy bilety na prom, mój motocykl zdecydował się zacieśnić stosunki z włoskim asfaltem. Stopka wbiła się w niego i siła przyciągania ziemskiego wygrała. Skutek: złamana klamka sprzęgła. Z pomocą przyszedł nam Polak od 10 lat mieszkający w Porto San Stefano: dwie śruby i taśma izolacyjna załatwiły sprawę.

Jak martwy wieloryb
Widok wraku promu „Costa Concordia” stojącego tuż przy brzegu Isola del Giglio był przygnębiający. Na wyspie moja Honda odmówiła posłuszeństwa, niezbędne stało się skorzystanie z assistance. Tym sposobem wylądowałam w hotelu w Grosseto. Chłopak, który przyjechał lawetą, był Polakiem, i to bardzo pomocnym Polakiem. Zabrał mnie z hotelu, zawiózł razem z motocyklem do warsztatu, gdzie był moim tłumaczem. Efekt: po godzinie odpaliłam sprzęta.

Kozice na drodze
Następnego dnia pojechałyśmy w kierunku jeziora Garda. Planowałyśmy zatrzymać się w Gargnano, ale zachęcone piękną pogodą postanowiłyśmy jechać dalej – w kierunku przełęczy Stelvio. Niestety, kapryśna górska pogoda zafundowała nam deszcz, więc zatrzymałyśmy się na kempingu Belvedere nad jeziorem Idro.

Rano, pełne oczekiwań, ruszyłyśmy na górskie przesmyki. I było świetnie! Przełęcz Gavia kompletnie nas zauroczyła. Kręta, wąska droga była bardzo wymagająca, tak że wielokrotnie na zakrętach zastanawiałam się, czy to już ten, na którym się wyłożę, czy też stanie się to na którymś z kolejnych. W pewnym momencie popadał śnieg (był koniec czerwca!), a po chwili na drogę wybiegły kozice górskie.

Kolejna była przełęcz Stelvio. Ta droga odrobinę nas zawiodła: zbyt dużo ludzi, pojazdów, a trasa – mimo że zygzakowata – dość przewidywalna. Góry mocno nas wymęczyły: od wciskania sprzęgła bolała mnie ręka, bolały też non stop napięte mięśnie. Dlatego niemal natychmiast po dotarciu do kempingu pod Brunico poszłyśmy spać.

Na skrzydłach do domu
Przeraźliwie zmarznięte po nocy pod namiotem wystartowałyśmy do Bratysławy, na spotkanie z dawnym znajomym Marty – Jano. Dystans pokonałyśmy wyłącznie szybkimi drogami. Nie obyło się bez przygód: po przebiórce na trasie w cieplejsze ciuchy nie domknęłam jednego z bocznych kufrów i część jego zawartości rozsypała się po autostradzie.

W Bratysławie Jano pokazał nam przepiękne zakątki miasta, w tym rzadko odwiedzane przez turystów miejsce zwane Slavin – pomnik żołnierzy. Nocą jest stamtąd przepiękny widok na stolicę Słowacji.

Na finiszu wyprawy poleciałyśmy słowackimi ekspresówkami w stronę polskiej granicy. Ojczyzna powitała nas ulewą, masakryczną nawierzchnią, objazdami i... chaosem drogowym. Byłyśmy tak mokre, że chlupało nam w butach, a rękawice mogłyśmy wyciskać z wody. Po Krakowie, gdzie przywitał nas kolega Darek, była już tylko autostradami i ekspresówkami dłuuuga droga przez całą Polskę do domu. Wszędzie suszarki, radary i źle oznakowane skrzyżowania w miastach. Mimo to leciałyśmy jak na skrzydłach…

parę przydatnych porad
W górach mimo lata bywało bardzo zimno, w wielu miejscach leżał śnieg, więc bez odpowiedniej odzieży (ciepłe ubrania i rękawice, kominiarka, bielizna termiczna, wysokie buty) i kombinezonu przeciwdeszczowego ani rusz.
Ceny kempingów: 25-30 euro za 2 motocykle, 2 osoby i namiot (Włochy i Szwajcaria). Warto szukać noclegu na booking.com, np. w Bolonii znalazłyśmy 2-osobowy pokój w pensjonacie za 36 euro.
Szwajcaria to bardzo drogi kraj! Jedzenie warto kupować w supermarketach, a hotele i pensjonaty omijać szerokim łukiem.
W Szwajcarii należy pilnie przestrzegać prędkości, bo radary w terenie zabudowanym strzelają fotki już przy przekroczeniu dopuszczalnej prędkości o 5-10 km/h. A mandaty są kilkakrotnie wyższe niż w Polsce.
Warto zainwestować w assistance na podróż – koszty są stosunkowo niewielkie, a jest ono bardzo przydatne.
Wifi: dostęp był niemal wszędzie: na kempingach, w hostelu, w pensjonatach, restauracjach. Aplikacja Viber na  smartfona pozwalała dzwonić co wieczór do domu za free!

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole: