Motocykl poleca:

Turystyka motocyklowa: Kolacja na skale

Poleć ten artykuł:

Kto: Iwona i Marta. Czym: Suzuki GS 500 i Honda CBF 500. Gdzie: przez Europę do Isola del Giglio, czyli: Polska – Czechy – Niemcy – Szwajcaria – Włochy – Austria – Słowacja – Polska. Ile: 5619 km.

Turystyka motocyklowa: Włochy Zobacz całą galerię

Postanowiłyśmy wybrać się tylko we dwie naszymi motocyklami. Cel: zobaczyć wrak promu „Costa Concordia”. A przy okazji mieć wiele przygód i zawrzeć nowe znajomości. Dla mnie była to pierwsza tak długa wyprawa. Iwona, jako nieco już wprawiona, została przewodnikiem i opiekunem GPS-u. Ja odpowiadałam za bazę noclegową. Trasa była dla nas wyzwaniem, bo część noclegów planowałyśmy spędzić pod namiotem, a przecież obie nie wyobrażamy sobie początku dnia bez umycia włosów.

Kilka dni przed wyjazdem zamówiłam kufry na moją Hondę. Gdy przyszły, okazało się, że nie pasują: pracownik sklepu pomylił się. I tak na dwa dni przed godziną zero nie miałam się w co spakować... Dzień wyjazdu zaczął się nerwowo, bo do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy (i jakie!) kufry przyjadą. Przyszły i pasowały. Uff! Gdańsk pożegnał nas deszczem, na szczęście dalej na A1 było już OK. Jechałyśmy strasznie długo, zaliczyłyśmy kilka objazdów i zamkniętych mostów, a GPS doprowadził nas do nieczynnej przeprawy promowej.

Łóżko couchsurfera
We Wrocławiu przyjął nas couchsurfer Tomek, rycerskim gestem oddał nam swoje łóżko, decydując się spać na podłodze, ale przedtem zabrał nas na Stare Miasto na piwko z Tomkowymi przyjaciółmi. To był świetny początek wyjazdu...

Rano Tomek odprowadził nas swoim KTM-em za miasto. Wykonałyśmy szybką przelotkę do Pragi, gdzie nowy znajomy, Raymond, ugościł nas nigeryjskim daniem i pokazał najpiękniejsze zakątki miasta nocą. Uwiodło nas ono urodą, ale i lekko przytłoczyło tłumami turystów. Następnego dnia wcześnie rano podjechałyśmy do centrum zrobić kilka fotek, m.in. pod słynnym zegarem astronomicznym. Było fajnie, bo turyści jeszcze spali.

W Monachium, do którego dojazd był szybki, zameldowałyśmy się w hostelu Euro Youth. Polubiłyśmy go za świetną atmosferę i przepyszne śniadanie. Następnego dnia pojechałyśmy do Garmisch-Partenkirchen, żeby obejrzeć słynną skocznię narciarską. Iwona zgubiła po drodze okulary, a ja zaliczyłam pierwszą glebę na wyjeździe. Gleba (na szczęście tylko parkingowa) porysowała mi kufer i łokieć.

Po Garmisch przyszła kolej na Zurych. Po drodze zahaczyłyśmy o Austrię, zaliczyłyśmy pierwsze alpejskie serpentyny, po czym wsiadłyśmy na prom, którym przez Jezioro Bodeńskie dopłynęłyśmy do miejscowości Konstanza. W Szwajcarii z premedytacją nie kupiłyśmy winiet na autostrady, żeby korzystać z bocznych dróg. Urzędnik jasno nam wyłożył: drogi zielone – nein, a niebieskie – ja. Więc pojechałyśmy niebieskimi.

Przez kolejne dwa dni najpierw poznałyśmy Zurych, po czym pomknęłyśmy wzdłuż brzegu Zurich See do leżącej nad Jeziorem Czterech Kantonów Lucerny. Tam najbardziej stroma kolejka szynowa na świecie (48%) wwiozła nas na górę Pilatus (2137 m n.p.m.). Tanio nie było (ponad 70 CHF), ale wyprawa była warta każdego franka!

Stopka w asfalcie
Następnym wydarzeniem były wysokie Alpy. Przyznam się do lekkiego strachu, gdy zobaczyłam pierwsze winkle, zwłaszcza że zawisły nad nami ciemne chmury, na poboczach leżały hałdy śniegu i co chwilę kropiło. Mimo to przyjemność z ich pokonywania była niesamowita! Po dojechaniu do Wassen/Airolo chciałyśmy jeszcze zrobić rundkę po pobliskich przełęczach, ale powstrzymał nas grad. Postawiłyśmy zatem namiot na kempingu pod Faido i podziwiałyśmy burzę z piorunami.

Kolejnego dnia obrałyśmy kurs na miejscowość Vedasca. To we Włoszech. Dojazd do niej prowadził wąskimi serpentynami. Później nie lada wyczynem okazał się dla nas ruch uliczny Mediolanu: istne szaleństwo, mało kto przestrzega przepisów.

Namówiłam Iwonę na wypoczynek nad morzem. Próba znalezienia tam kempingu w Lerici nie powiodła się. I całe szczęście, bo trafiłyśmy na kemping w Maralunga: tuż nad morzem, fale rozbijające się o wysokie skały, przejrzysta woda, mili ludzie... Cudo! Zażyłyśmy kąpieli w potwornie słonej i zimnej wodzie, po której był obiad z owoców morza. Następnie pojechałyśmy do Riomaggiore, jednego z miasteczek Cinque Terre, które swą urodą powaliło nas na kolana. Było tak gorąco, że Iwona, która zawsze jeździ w pełnym rynsztunku, zrezygnowała z niego. Wieczorem na kempingu zrobiłyśmy sobie kolację na skałkach. Menu: owoce, wino z kartonu, ser brie i ciasteczka.

Tagi: turystyka motocyklowa | turystyka | podróże na motocyklu | podróże

Oceń artykuł:

4.3

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij