Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.3

Turystyka motocyklowa: Muezzin Cię obudzi

W kontrakcie z korporacją, z którą rozstałem się tego lata, był zapis o okresowym (płatnym) zakazie pracy dla konkurencji po ustaniu zatrudnienia. Tak zyskałem czas i środki na podróże. Najpierw był więc Nordkapp, po którym wysadziłem żonę w Warszawie, zmieniłem kurtkę na lżejszą i pojechałem do Turcji.

Turystyka motocyklowa Turcja (fot. Janusz Osadziński)

Z Kapadocji kieruję się na wschód. Kolejne dziesiątki kilometrów przez coraz większe odludzie, coraz wyższe góry, temperatury ze 40O. Jadąc, staję na podnóżkach, prostuję nogi, robię przysiady, kiwam się na boki, próbuję przewietrzyć pogniecioną i przegrzaną zawartość spodni. W trakcie tej gimnastyki widzę w lusterkach F 800 GS, biker daje znaki. Zjeżdżamy na pobocze, zdejmujemy kaski, a tu zdumienie – kobieta. Co gorsza, ze śmiechu trzyma się za brzuch. Jechała za mną dłuższą chwilę i widziała moje wygibasy zadkiem podczas prób schłodzenia klejnotów.

Tak poznałem jadącą do Armenii Judith Obayę, Espana. W Pinarbasi ona odbija na północ w kierunku Sivas, a ja na południe, w kierunku Kahramanmaras. Rozdzielamy się, bo ona uważa pogranicze z Syrią za zbyt niebezpieczne, a ja muszę zobaczyć posągi w Nemrut Dagi.

W okolicach Kahta znajduje się kilka unikatowych, rzadko odwiedzanych przez turystów znalezisk archeologicznych. Najpierw ruiny Yani Kale, zawieszonej na skałach ponurej twierdzy Mameluków. Tu w ogóle nie docierają turyści, ponieważ stromą wąską drogą nie są w stanie wjechać autobusy. Na moim R 1200 GS-ie spokojnie dałem radę i ruiny zwiedzałem absolutnie sam. Również samotnie dotarłem do Arsamei.

Balans nad przepaścią
Z Arsamei, w której znaleziono perskie płaskorzeźby i podziemne świątynne komory, do najciekawszego miejsca w tym rejonie, czyli posągów na szczycie góry Nemrut, w prostej linii jest około 20 km. W Google Maps nie byłem w stanie rozpoznać, czy to tylko górska ścieżka, czy droga dla motocykla. Objazd drogą szutrowo-asfaltową to około 80 km.

Zaryzykowałem skrót. Przez 5 km jeszcze jakoś szło, ale potem zaczęła się stromizna o podłożu typu miałki szuter. Tylne koło w ułamku sekundy zagrzebało się na 20 cm. Utknąłem. Jakakolwiek próba wyrwania się z pułapki powodowała zsuwanie się motocykla w kierunku urwiska. Z trudem utrzymywałem równowagę na sprzęcie ważącym z kuframi i pełnym zbiornikiem przeszło 300 kg, stojącym na stromym zboczu jednego z najwyższych szczytów Taurusu Środkowego. Termometr motocykla pokazywał +42 st. C, GPS – wysokość 2000 metrów. Ostatniego człowieka widziałem z 8 km wcześniej i raczej się w tę stronę nie wybierał. Na telefonie na wskaźniku zasięgu nie było ani kreseczki.

Mimo to trzeba było zawalczyć. Udało mi się zsiąść, nie naruszając stabilności motocykla. Jakimś zdeterminowanym szarpnięciem poderwałem tylne koło i postawiłem GS-a na centralną podstawkę, która zaryła się w podłoże. Potem zdjąłem kufry i kanapę. Następnym szarpnięciem jedynej szansy tak obróciłem sprzęta na centralnej podstawce, że przednie koło skierowałem w dół. Pod własnym ciężarem spadł z podstawki i ruszył w dół, ze mną uwieszonym u jego ogona. No to parę metrów w dół i jeszcze parę, łącznie kilkadziesiąt, aż do stabilniejszego podłoża i mniejszej stromizny. Powrót dwa razy do góry po kufry i po dwóch godzinach bez strat, jedynie lżejszy o parę litrów potu, wróciłem do życia.

Dotarłem do jakiegoś asfaltu, ze dwa razy się pogubiłem, zanim po kilkudziesięciu kilometrach trafiłem na brukowaną drogę prowadzącą od przeciwnej strony na szczyt Nemrut Dagi.

Szczyt ma wysokość 2150 m i na pierwszy rzut oka nie różni się od sąsiednich. Po wspięciu się ścieżką wokół wierzchołka ukazuje się niesamowite miejsce. Kamienne posągi sprzed przeszło 2000 lat patrzą nieruchomo w niezmierzoną dal pustynnych gór. To mauzoleum szalonego króla Antiocha, władcy Kommageny.

Tofas straszy
Główne drogi Turcji są zaskakująco dobre. Do Kapadocji można dojechać każdym motocyklem, nawet Harleyem czy większym skuterem, najpierw imponującą autostradą Stambuł – Ankara, a potem szeroką, prawie pustą dwupasmówką. Nawet w niezamieszkanej pustynno-górzystej wschodniej Turcji rozmach infrastruktury imponuje: te drogi zbudowano w górach o powierzchni trzy razy większej od Alp, wśród szczytów sięgających 4000 m n.p.m. Jedynie wzdłuż granicy z Irakiem, Iranem i Armenią czy na dotarcie do odkryć archeologicznych potrzebne będzie enduro z dużymi zbiornikiem paliwa i skokami zawieszeń.

Najbardziej niebezpiecznym pojazdem na tureckich drogach jest samochód marki Tofas, produkowany w latach 70. na licencji Fiata. W środku od pięciu do ośmiu osób, opona każda inna lub idealnie gładkie slicki, kierunkowskazy lepiej, jeśli nie działają, bo gdy są sprawne, włącza się je dla zabawy, a nie do sygnalizowania zamiaru zmiany pasa czy skrętu. Tofas osiąga do 80 km/h, ale jeśli wyprzedzi go motocykl, rzuca się jak wściekły w pościg, a wtedy, trąbiąc (klaksony w Tofasach zawsze działają), może dzidować nawet 120 km/h. Bo we wschodniej Turcji motocykl to gorszy gatunek, musi więc ustępować miejsca samochodom.

Gdy na jakichś górskich serpentynach objechałem Tofasa wypełnionego rodziną z dziećmi, wąsaty ojciec rodziny, nie mogąc znieść takiej zniewagi, raptownie przyspieszył, o mało co od razu nie wylatując w przepaść; tylko się zakurzyło na wąskim poboczu. Odjechałem stamtąd jak najszybciej, bo nie chciałem prowokować zbiorowej śmierci licznej rodziny.

Sixty = osiemdziesiąt
Mimo wszystko ruch drogowy w Turcji jest jakoś bardziej przewidywalny niż w Polsce. U nas, gdy zbliżasz się na dwupasmówce do pojazdu jadącego lewym pasem, zastanawiasz się: zmieni pas w ostatniej chwili, czy zostanie na lewym? Albo główkujesz: wyjedzie mi z podporządkowanej, czy nie? W Turcji pod tym względem jest przewidywalnie: pojazd na lewym pasie będzie się go trzymał, a z podporządkowanej na bank wyjedzie tuż przed ciebie, więc dajesz po heblach. Natomiast bardzo ostrożnie z dawaniem po heblach na czerwonym, bo rozwalą cię z tyłu ci, którzy olewają czerwone.

We wschodniej Turcji znajomość języka angielskiego nawet wśród pracowników recepcji hotelu jest słaba. Dialog w hotelu. Ja: „How much?”. Recepcjonista: „Sixty lira”. Ja: „OK” i podaję 60 lirów. Recepcjonista: „Sixty lira”. Ja: „OK, here it is, sixty lira”. R.: „No, this is not sixty lira”. No to piszę: „Sixty = 60”. R.: „No, sixty = 80”.

Do zagrożeń dla motocyklistów należą psy pasterskie. Na zboczu wzgórza zakwefiona na czarno pasterka pasie kozy. Zwalniam, żeby zrobić fotkę, a wtedy wypadają na mnie dwa potwory, wyglądające jak skrzyżowanie lwa z hieną. Odkręciłem na maksa, ale jeden zdążył wskoczyć na drogę tuż przed motocykl. Mam doświadczenie z agresywnymi psami, wiem, że stają do frontalnego ataku, ale jeśli przeciwnik również atakuje frontalnie w ostatniej chwili odskakują i nacierają z boku. Wycelowałem sprzęta prosto w niego. Gdyby dał się trafić, zaliczyłbym glebę, a wtedy – nawet jeśli uderzony nie miałby siły – ten drugi pogryzłby mnie do kości. Po powrocie przeczytałem, że to kangale, tureccy kuzyni mastifa: 80 cm w kłębie, 60 kg wagi, wilka zabijają jednym kłapnięciem.

Za to nie ma tam w ogóle owadów. Tylko raz jakiś parocentymetrowy pocisk walnął w sam środek szyby kasku. Przy 120 km/h miałem wrażenie zderzenia z awionetką.

Odloty z gorąca
Po lekturach z dzieciństwa byłem bardzo ciekaw Górnej Mezopotamii, czyli górnego dorzecza Eufratu i Tygrysu – kolebki najstarszych cywilizacji: Sumerów, Asyryjczyków, Akadyjczyków. Czułem się tam fatalnie: miałem zawroty głowy, było mi słabo. To wina nie tyle temperatury, ile jej połączenia z wilgotnością powietrza, czyli zabójczej duchoty. Większość terytorium Turcji to góry lub płaskowyż, czyli sucho. Ale Górna Mezopotamia to błota i szuwary. Z duchoty miewałem tam odloty. Np. w pewnym momencie na drogę wyszły dwa hipopotamy. Po ostrym hamowaniu okazało się, że to bawoły błotne.

Droga wzdłuż granicy z Armenią robi ponure wrażenie: na każdym wzgórzu umocnienia, bunkry, wieże, radary, karabiny maszynowe. Wolałem tam nie fotografować, bo miałem nieodparte wrażenie, że do samotnego motocyklisty mierzy jakiś snajper. Droga w fatalnym stanie, dziury, niestabilny szuter. Uspokojony wcześniejszymi dobrymi asfaltami źle wyliczyłem czas przejazdu 100 km do najbliższego miasta, więc złapał mnie zmrok. Że Tofasy jeżdżą bez świateł, to wiedziałem już wcześniej, że osobowe busy – nieco mnie to zdziwiło, ale gdy z ciemności nagle wychynął nieoświetlony tir, wymiękłem.

Po tym, jak Ararat zniknął w lusterku, skierowałem się do przełęczy Ilgardagi Gecidi, prowadzącej do granicy z Gruzją. Przełęcz, bagatela, 2540 m n.p.m. Dla porównania, najwyższy punkt Grossglockner Hochalpenstrasse to wysokość 2504 m.

Żabi skok z Chyżnego
Jadąc przez południowo-wschodnią Turcję miałem déja vu krajobrazów z mojej wcześniejszej podróży przez Utah, Arizonę i Nevadę. A przecież do granicy z Turcją z przejścia dajmy na to w Chyżnem mamy raptem 1400 km. Tyle że potem do Bazargan, przejścia turecko-irańskiego, to następne 2000 km. Ale zabytki mają o jakieś 2000 lat starsze niż w Europie. Tylko musisz się uodpornić na codzienne o czwartej rano wyrywanie ze snu zawodzeniem muezzina, zwielokrotnionym przez charczące głośniki.

co warto wiedzieć
Paliwo. Litr to ok. 8,5 zł, czyli słono. Za to dobre, ale i puste drogi znacząco obniżają spalanie. Można płacić kartą; dziwnie wygląda blat z kilkunastoma terminalami.
Jedzenie. Na wschodzie Turcji tańsze niż w Polsce. Dobre. Im dalej na wschód, tym menu restauracyjek uboższe. W małych sklepikach wszystkie potrzebne towary. Dużo dobrych owoców.
Hotele. Najlepszy w miasteczku to równowartość 150 zł/noc (we wschodniej Turcji, nie w Stambule!). Te poniżej 80 zł są dla najbardziej zdesperowanych. Im atrakcyjniejszy region, tym droższe hotele. W większości można płacić kartą. Kempingu nie widziałem ani jednego.
Warto zobaczyć w środkowej i wschodniej Turcji: Kapadocja, posągi w Nemrut Dagi, jezioro Van, Ishakpasa Sarayi (twierdza osmańska na granicy z Iranem), Ararat. Na północnym wschodzie: monastyr Sumela. Mnóstwo niesamowitych krajobrazów, w każdym mieście zabytki.
Wiza. Najtaniej na granicy (10 euro).
Temperatury. Bywało powyżej +40 st. Rano zdarzało się +15 st., więc kurtka konieczna nawet w sierpniu.
Uwaga na psy pasterskie i na Tofasy.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Super artykul! Chyba tez sie wybiore!

    motomotomoto, 2014-01-28 16:32:13
  • avatar
    zgłoś
    Nooo Janusz, szczęka opada. Ty to masz jaja.
    Wielkie WOW i okrzyki zachwytu " good job." Rewelacyjne wyprawy i fajowskie relacje. Naprawdę jestem pełna podziwu, zachwytu i chyle czoła. Tak trzymaj.
    Pozdrawiam.
    Czekam na ciąg dalszy.

    ~beata, 2014-01-27 19:11:44
  • avatar
    zgłoś
    Relacja w "Motocyklu" z natury rzeczy jest skrótowa, aby nie zanudzić czytelników. Gdyby ktoś jednak wybierał się tam, i potrzebowałby więcej szczegółów, to zapraszam na www.motohoryzont.com, moją stronę, gdzie wyprawy (tę i inne) opisałem bardziej szczegółowo

    Osad, 2014-01-27 11:46:04
  • avatar
    zgłoś
    W kontrakcie z korporacją, z którą rozstałem się tego lata, był zapis o okresowym (płatnym) zakazie pracy dla konkurencji po ustaniu zatrudnienia. Tak zyskałem czas i środki na podróże. Najpierw był więc Nordkapp, po którym wysadziłem żonę w Warszawie, zmieniłem kurtkę na lżejszą i pojechałem do Turcji.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2014-01-24 13:30:02