Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

Turystyka motocyklowa: Sienkiewicz powtórzony

Ukraina to kraj kontrastów. Na północy bardzo słabe drogi, na południu zaś, na Krymie – superasfalty. Bywają tam bardzo brudne toalety z pozycją „na Małysza”, ale też takie, że szczęka opada.

Sewastopol – miasto-bohater – nie daje zapomnieć o II wojnie światowej.

Pomysł Piotra na Ukrainę to jazda śladami Sienkiewiczowskiego „Ogniem i mieczem”, czyli (niekoniecznie w tej kolejności): Dzikie Pola, wyspa Chortyca (czyli Sicz Zaporoska), Zaporoże, Czerkasy i Korsuń, porohy Dniepru, Chocim i Kamieniec Podolski, twierdza Kudak, Zbaraż oraz Bar. Kilku punktów nie udało się zrealizować; zabrakło czasu. Za to odwiedziliśmy wiele innych fajnych miejsc. Druga część planu to Krym. W 10 dni przejechaliśmy prawie 5000 km. Skład ekipy: Adam na Intruderze 1800, Tomek na GS 1150 Adventure, Piotr na R 1200 GS Adventure i ja Transalpem 650.

Mołdawię ominęliśmy, choć są tam miejsca związane z „Ogniem i mieczem” (Raszków i Jampol). Leżą bowiem w tzw. Naddniestrzańskiej Republice Mołdawskiej (uznały ją jedynie Abchazja i Osetia Płd.). W internecie radzą, żeby raczej się tam nie zapuszczać.

Pierwszy dzień to ubezpieczenie, ostatnie zakupy, pakowanie jak zwykle za wielu rzeczy itp. Około g. 18 startujemy z Żukowa. W Warszawie Tomek raportuje stuki z łożyska przedniego koła, potem mruczy coś o powrocie, o assistance i takie tam. Ale przecież jesteśmy w stolicy. Jutro sobota, więc damy radę to ogarnąć.

W sobotę od rana telefony. Okazuje się, że owszem, łożyska są dostępne od ręki, ale to uszkodzone jest specyficzne i mogą je mieć za trzy dni. Koniec końców łożysko udaje się zdobyć w Lublinie, czyli prawie po drodze.

Urwane kufry
Dzisiaj mamy w planie przelot do jedynego wcześniej zarezerwowanego noclegu. Jakoś słabo nam idzie: na granicy jesteśmy około godz. 17, a po ukraińskiej stronie meldujemy się dopiero o godz. 20. Do noclegu mamy jeszcze 120 km po dziurawych drogach. Nasza miejscówka to hotel Galaktyka przy ulicy Galickiej we Lwowie Winnikach. Winniki to małe miasteczko o 10 min od Lwowa, a nie dzielnica tego miasta. To o tyle ważne, że i tu, i tu jest ulica Galicka. Oczywiście trafiamy na Galicką we Lwowie. Droga dojazdowa to po prostu koszmar: w kompletnych ciemnościach od wstrząsów najpierw Tomek urywa centralny kufer, potem to samo spotyka Intrudera Adama. Piotr, oferując Adamowi pomoc w przewiezieniu urwanego kufra, nie wie, że właśnie rozpoczyna się jego gehenna z wożeniem walizki do końca wyjazdu.

Trzeciego dnia ciśnięcie na maksa na wschód idzie nam sprawnie do około południa, gdy zarządzamy postój. Z krótkiego odpoczynku robi się obiad, kawa i ciastko w przydrożnej knajpie. W okolicach miejscowości Nemiroff (fabryka wódki) moje objawy zatrucia robią się niebezpieczne. Około 30 km za Nemiroffem znajdujemy fajny pensjonat za rozsądne pieniądze. Dzisiaj przejechaliśmy tylko trochę ponad 400 km. Wielka Ukraina optymalizuje nasz plan: odpuszczamy Korsuń i Czerkasy. Dla mnie ten dzień szybko się kończy: gorączka, przygody żołądkowe itd. Pozostałą trójkę te objawy dopadają w nocy. Tak to zespół się zgrał: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!

Po nocy każdy z nas na swój sposób próbuje dogadać się z żołądkiem. Czwartego dnia wkraczamy na Dzikie Pola, które są końcem dojazdówki i początkiem zwiedzania. Jeszcze przed wyjazdem ustaliliśmy, że Czehrynia nie odpuścimy, choćby nie wiadomo co. Było to miasto Bohdana Chmielnickiego, umowna pierwsza stolica Ukrainy, która słynęła z tego, że ściągali tam przestępcy, na których w Rzeczypospolitej czekał kat, a władze na wschodzie przymykały na to oko.

Szlachta nad zupką
Jest w „Ogniem i mieczem” takie zdanie dotyczące Czehrynia: „Szlachta zaś gromadziła się zwykle w rynku, w tak zwanym Dzwonieckim Kącie, u Dopuła”. No to szukamy karczmy u Dopuła. Niestety, nikt nie ma pojęcia o powiązaniu miasta z powieścią Sienkiewicza, a tym bardziej o karczmie u Dopuła. Trochę się kręcimy w poszukiwaniu jakiejkolwiek knajpy, która byłaby choć trochę jak u Dopuła. Po znalezieniu odpowiedniej zajeżdżamy pod nią jak prawdziwa szlachta z Polski na lśniących rumakach. Kelner, barmanka, właścicielka – wszyscy na baczność! Wszyscy czekają na bogate zamówienia polskiej szlachty! Że wreszcie będą napiwki! Ku ich rozczarowaniu, zamawiamy tylko po zupce i ciemnym chlebie. Nasze żołądki od wczoraj jeszcze nie doszły do równowagi.

Dalej wzdłuż Dniepru jedziemy do Dniepropietrowska. Tą rzeką Skrzetuski płynął na Sicz, wysłany przez Jeremiego Wiśniowieckiego na przeszpiegi. Mimo że był posłem, na wyspie Chortycy napadnięto go. My na Chortycę zawitamy trochę później. W hotelu Wostok w Dniepropietrowsku portier kilka razy pyta, czy na pewno włączyliśmy alarmy. Rano okazuje się, że Piotr zostawił nawigację na motocyklu. Nikt jej nie ukradł...

W Dniepropietrowsku zamierzamy zobaczyć twierdzę Kudak. Niestety, okazuje się, że nie ma już czego oglądać. Zwiedzanie miasta to dla mnie coś jak powrót do przeszłości, taka Polska sprzed 30 lat. Natomiast koledzy twierdzą, że Polska nigdy tak nie wyglądała.

Olga wie wszystko
Po Dniepropietrowsku kolej na Zaporoże, a dokładnie na wyspę Chortycę. Chcemy tam zwiedzić muzeum poświęcone Kozakom zaporoskim i zobaczyć rekonstrukcję Siczy Kozackiej. W końcu XV wieku w miarę napływu tam uciekinierów, zbiegłych chłopów pańszczyźnianych i przestępców Chortyca stała się głównym ośrodkiem formowania się Kozaczyzny. Kozacy zbudowali tu umocnienia, „zasieki drewniane”, od których pochodzi nazwa Sicz, a Zaporoska dlatego, że znajdowała się za porohami Dniepru (porohy to były poprzeczne progi skalne, przegradzające Dniepr na odcinku około 70 km; stanowiły nie lada przeszkodę: Sienkiewicz napisał, że niewielu było takich, którzy wszystkie pokonali, a jednym z nich był Bohun z jego powieści). Dziś pozostało po nich wspomnienie: zniknęły pod wodą po wybudowaniu elektrowni i tamy.

W muzeum na Chortycy dostajemy mówiącą po polsku przewodniczkę. Olga bardzo ciekawie opowiada o historii kozackiej, o związkach z Rzecząpospolitą. Wszystko z wyraźną próbą zgubienia rosyjskiego akcentu. Opowiada, że Kozacy tworzyli znakomite formacje piechoty i że byli doskonałymi marynarzami walczącymi na Dnieprze i Morzu Czarnym. Natomiast wbrew obiegowej opinii słabiej sprawdzali się jako jazda. Z ciekawostek dowiadujemy się, że w 1645 r. Kozacy zaporoscy brali udział w oblężeniu Dunkierki zajętej wtedy przez Hiszpanów. Francuzi, nie dając sobie rady ze zdobyciem miasta, zaprosili Kozaków, którzy w kilka dni dokonali tego, czego Francuzi nie mogli osiągnąć miesiącami. Podobno Kozacy stosowali techniki, które były wówczas moralnie nie do przyjęcia.

Zaskakuje nas ekspozycja poświęcona Niemcom z Gdańska. Znani są tu z tego, że wycięli wszystkie chortyckie dęby, kiedyś licznie rosnące na wyspie. Caryca Katarzyna II zaprosiła ich do osiedlania się w okolicach Zaporoża, aby wdrażali nowe techniki uprawy ziemi i krzewili oświatę. We władanie dostali Chortycę. Gdy zobaczyli, że jej mieszkańcy wycinają drzewa, zrobili to ze wszystkimi rosnącymi tam dębami, uznawszy je za swoją własność. Dlatego najcenniejszym (i największym) eksponatem jest dąb wyciągnięty spod tamy na Dnieprze. Z Chortycy wynoszę wrażenie, że Sicz to sobie Kozacy wymyślili, żeby mieć okazję do bitki i hulanki. Jak im się znudziło życie gospodarskie, wyruszali na Sicz, żonom tłumacząc, że ojczyzna w potrzebie. A na Siczy to i zabawić się mogli, i najechać jakiegoś Tatara czy innego sułtana.

Po Zaporożu jedziemy na południe. Wczoraj oficjalnie skończyła się pierwsza, kozacka część naszego planu. Dzisiaj rozpoczyna się

drugi, krymski etap.
Piotr, Adam i Tomek nie przeczuwają tego, co ja wiem: dzisiaj będziemy nocować na Mierzei Arabackiej. Nie ma szans, żebyśmy całą mierzeję przejechali do zmierzchu, a jazda po nocy jest niebezpieczna. Zastanawiam się, gdzie nas noc zaskoczy.

Mierzeja Arabacka to piaszczysty przesmyk o długości około 120 km między Morzem Azowskim a Siwaszem, czyli tzw. Morzem Zgniłym. O ile na początku i na końcu są jeszcze jakieś krzaki i drzewa, o tyle w środkowej części na długości około 80 km spotykamy tylko jedno drzewo. Noc zastaje nas w 3/4 długości. Nocujemy pod namiotami w miejscu, gdzie w zasięgu wzroku po obu stronach mierzei widać wodę. Niby nic wielkiego, a jednak jest w tym coś metafi zycznego. Miało być ognisko, ale nikt z nas nie przewidział, że nie będzie czego palić.

Z mierzei dalej jedziemy na południe do krymskiego wybrzeża Morza Czarnego. Po wczorajszym asfaltowym celibacie, gdy tylko dojeżdżamy do lepszego kawałka czarnej drogi, koledzy jak opętani pędzą, zachłannie połykając kolejne górskie serpentyny i kompletnie ignorując możliwość dziury za zakrętem. Mój Transalp nie jest w stanie dotrzymać mocno ponadturystycznego tempa. Gdy w Sudaku widzą mojego Transalpa wyjeżdżającego zza zakrętu, natychmiast startują do dalszej części rajdu. W tym pędzie, w tym poganianiu wszyscy zapominamy o twierdzy w Sudaku, czego do dzisiaj żałuję – miała być fotka z wielbłądem. Tyle że mam pretekst, aby wrócić na Krym.

Koniec jazdy na południe
Jedziemy wzdłuż południowego wybrzeża Krymu. Po drodze do Sewastopola odwiedzamy Jałtę i słynny zamek Jaskółcze Gniazdo. Na koniec dnia lądujemy w Bałakławie. Podczas tej wyprawy dalej na południe już nie pojedziemy. Doskonale wiemy, jak będą wyglądały następne trzy dni: naszą trójkę dzieli od domu 2000 km, przed Piotrem, który metę ma w Zurychu, 2800 km.

Bałakława jest znana z „Sonetów krymskich” Adama Mickiewicza – znajdują się tu ruiny genueńskiej twierdzy Czembalo, która stała się inspiracją dla wieszcza do napisania XVII sonetu „Ruiny zamku w Bałakławie”. Jednak miasto jest znane przede wszystkim z tajnej (w sowieckich czasach) bazy łodzi podwodnych. Od 1959 roku Bałakława miała status garnizonu specjalnego przeznaczenia, ponieważ mieściła się tam składnica broni nuklearnej Floty Czarnomorskiej. W planach mamy wprawdzie jeszcze Sewastopol i oglądanie pozostałości Floty Czarnomorskiej, ale musimy odpuścić tę atrakcję, bo zaczyna brakować czasu: jest piątek, a poniedziałek i pójście do pracy zbliżają się nieubłaganie.

Ostatni nocleg na Ukrainie wypada w miejscowości Uman. Tego dnia przejeżdżamy prawie 700 km, co trwa około 9 godzin. W sobotę znów mozolnie przedzieramy się przez Ukrainę, cały czas mając się na baczności przed kontrolami milicyjnymi, które – wydaje się – szczególnie starają się w wypadku takich jak my i nam podobnych. Aby uniknąć kolejek na granicy z Polską, Ukrainę opuszczamy przejściem granicznym ze Słowacją w miejscowości Ubla. Droga dojazdowa do niej (H13) to 2 godziny ciężkiej walki z dziurami. Na tym odcinku nie mogę opędzić się od myśli, że teraz moja kolej urwać kufer. Tego dnia nawijamy ponad 700 km, jadąc praktycznie od rana do wieczora. Ostatni nocleg wypada na Słowacji. A niedziela to już tylko przejazd przez całą Polskę, czyli drobne 800 km.

On buw u Krymu
O naszej ekipie, podróżującej śladami "Ogniem i mieczem”, można chyba mówić jak Tuhaj-bej o Skrzetuskim: „Ja toho Laha znaju, on buw u Krymu” (znam tego Polaka, on był na Krymie), czego wszystkim życzę.

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij