Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Turystyka motocyklowa: bałkański kocioł

W piątkowe popołudnie ruszyliśmy: z Dolnego Śląska Rysiek z Gosią na Elektrze, a ja z Górnego na Intruderze. Zgodnie z planem spotkaliśmy się późnym wieczorem w pensjonacie w Mikulovie.  

W sobotę szybki przejazd przez Wiedeń i dalej autostradą. O ile nie cierpię autostrad, o tyle tę jedną lubię – prowadzi wśród gór i tunelami. W miejscu, gdzie autostrada przed Grazem skręca pod kątem prostym na zachód, my pojechaliśmy dalej na południe pustymi i krętymi drogami.  

Ryśkowy GPS wprowadził nas przez jakąś krzaczastą okolicę do Słowenii. I jakoś nagle termometry pokazały +40O – może i w słońcu, ale zawsze. Dalej pojechaliśmy lokalnymi drogami przez Jeruzalem. Ostatnie kilometry przed tą miejscowością to wąskie i niebywale kręte dróżki prowadzące na szczyt góry. Rozciągał się z niego wspaniały widok na winnice na stokach. Ponieważ kierowaliśmy pojazdami mechanicznymi, zrezygnowaliśmy z kosztowania lokalnych wyrobów.

Wczesnym popołudniem przejechaliśmy kolejną granicę i znaleźliśmy się w Chorwacji. Celem na ten dzień był Warażdin: ładna miejscowość i – co ważne – z kempingiem. Przynajmniej tak było na mapie. Do miasta dojechaliśmy bez bólu, bo GPS doprowadził nas pod sam zamek. Zamek ładny, odnowiony, stał w słońcu pośród ukwieconych szańców i fos. Na dziedzińcu kłębiła się spora grupa dziwnie ubranych ludzi. Jak się okazało – wesele. Tylko młodej pary nie było widać. W końcu panna młoda wyszła z zarośli – czyżby szukała tam swego oblubieńca

Lekki sen w Aqua City

Miasto podobało nam się: zadbane, zabytkowe kamieniczki, malowniczy rynek, tylko ludzi za grosz. Liczne knajpki z ogródkami puste, sporadycznie jakiś przechodzień. Według przewodnika jest tam ciekawy cmentarz, ale nieliczni przechodnie nie byli w stanie jednoznacznie określić jego położenia. Ich rozrzut dochodził do 180 stopni, a odległość różniła się o kilka kilometrów. Wobec tego odpuściliśmy cmentarz i wróciliśmy do motocykli.

Po drodze natknęliśmy się na punkt informacji turystycznej – pan dość dobrze władający angielskim stwierdził, że najbliższy kemping jest w Zagrzebiu (prawie 100 km). Wytłumaczyłem mu, że jest 40 na plusie, grzeją nas pełne ubranka motocyklowe i nie mamy nastroju do żartów. Więc wymyślił, że nieopodal jest Aqua City, gdzie możemy spędzić jedną (ale tylko jedną!) noc. Pasuje, po co nam więcej?

Gdy parking opustoszał przyjechało kilka podrasowanych Golfów robić wyścigi na 1/4 mili. Przeróbka maszyn polegała głównie za założeniu pustych wydechów. Na dodatek tuż obok nas rozbiła się trójka Francuzów – nie do końca cicho. Po tej jakże spokojnej nocy obudziliśmy się rześcy i wypoczęci. Jedząc śniadanie, ukradkiem przyglądaliśmy się sąsiadom: pani zrobiła jedzenie, spakowała materace i śpiwory do auta, na koniec zwinęła namiot. Sugerowaliśmy Gośce podobne zwyczaje, ale się nie zgodziła. Więc ja i Rysio w dalszej części wyprawy rozbijaliśmy i zwijaliśmy namioty.

Banialuki koło Banja Luki

Z Warażdina jechaliśmy ładną, pagórkowatą okolicą na południe – do Novi Marofa w Chorwacji. W pewnym momencie droga była zamknięta. Obejrzeliśmy mapę – nie dało się tego miejsca objechać w rozsądny sposób (tzn. bez dokładania minimum kilkudziesięciu kilometrów). Podjechałem do pani pilnującej wjazdu na autostradę i pytam o drogę. Pani każe jechać zamkniętym szlakiem. Pojechaliśmy. Minęliśmy pierwszy, drugi, trzeci zakaz wjazdu, w końcu nerwy nie wytrzymały i stanęliśmy przed kolejnym. Ale dwóch miłych Chorwatów kazało jechać dalej. No to pojechaliśmy. Droga była dobra, może nieco podmyta, ale tyle, co nic.

W Bjelovarze stanęliśmy na małe co nieco. Zamówiliśmy czewapcziczi, zwane powszechnie czewapami. Dla mnie bomba! Po jedzeniu polaliśmy się wodą z fontanny i ruszyliśmy – stale na południe. W Lipiku pierwszy raz widzieliśmy ślady wojny: ślady pocisków na murach, ruiny.

Wjechaliśmy na most na Gradiszce. Korek do granicy z Bośnią. Pchać się, czy nie? Most bardzo wąski, nie wciśniemy się na trzeciego, a do tego nie wiemy, czy ci z kolejki nie mają pod siedzeniem obrzynów lub kałachów. W końcu dotarliśmy do granicy. Dla celników najważniejsze były zielone karty – mam wrażenie, że gdybyśmy ich nie mieli zrobiliby nam jakąś krzywdę. W końcu Bośnia – granica przejechana, a my stoimy: na drodze w stronę Chorwacji kolejka tirów, osobówki jechały więc naszym pasem, a my mamy chodnik. Przede mną stała Szwajcarka SUV-em i za cholerę nie chciała wjechać na chodnik – nie mieściło się to w jej szwajcarskiej głowie. Upał, bałagan i piecyk pod siedzeniem spowodowały, że nie wytrzymałem i wrzasnąłem: „No jeeeedź!!!”. I Szwajcarka pojechała...

Laktaszi – tu mieliśmy w planie nocleg. Na początku miasta pan powiedział, że kemping jest za 4 kilometry, a po 4 kilometrach nikt już o kempingu nie słyszał. O 20 km dalej było duże miasto – Banja Luka. Pojechaliśmy, rozglądamy się za kempingami, pensjonatami itp. Nic. Przejechaliśmy całe ponad 200-tysięczne miasto i dalej nic. Na stacji benzynowej przy jakiejś drodze wylotowej zapytaliśmy o noclegi i drogę na Jajce. Usłyszeliśmy, że to jest droga na J a j ce , a za parę kilometrów noclegów będzie w opór. Na szczęście słońce na niebie opamiętało nas: mamy jechać na południe, a każą na wschód – uczynny lokales po prostu plecie banialuki. Kompletnie zdegustowani wróciliśmy do centrum – parę fotek co ładniejszych o b i e k t ów, choć te najciekawsze (16 mecze tów, w większości pod patronatem UNESCO) wyleciało w powietrze. Wreszcie spotkaliśmy pana, który powiedział, jak jechać. Znaleźliśmy dolinę Vrbas, a po 10 km pensjonat z wypaśnymi pokojami z klimą i restauracją.

Jajce jest piękne

Następnego ranka dolina rzeki Vrbas zachwyciła nas cudownymi przełomami, pionowymi ścianami skalnymi, tunelami, zielonkawą wodą. Super! Po ok. 80 km dojechaliśmy do dużej kotliny, której środek zajmuje góra w kształcie jajka. Na tej górze rozłożyło się stare, piękne i pełne zabytków miasto Jajce. Najpierw  pojechaliśmy zobaczyć spadający u podstawy tej góry słynny wodospad na Plivie – dawniej miał 30 m wysokości, podczas wojny rozwalili go i teraz ma 20.

Zostawienie motocykli w centrum Jajc to niełatwe zadanie – powszechny brak miejsca. Takie Jajce. W końcu docisnęliśmy je do jakiegoś murka. Zwiedziliśmy śliczną starówkę, rozległą, choć zrujnowaną twierdzę, meczet i kościół w podziemiach, który w 1944 r. służył sztabowi jugosłowiańskiej partyzantki za schron przeciwlotniczy.

Blisko Jajc są zabytkowe tureckie młyny wodne. Były śliczne – mnóstwo małych domków na łące wśród drzew, pod którymi płyną krystalicznie czyste potoki. Pooglądaliśmy młyny, pomoczyliśmy się wraz z ubraniami, po czym do knajpki nad jeziorkiem na obowiązkowe czewapy.

Potem ruszyliśmy do Jablanicy. Zjechaliśmy do doliny Neretwy – szmaragdowej rzeki płynącej pośród wzg ó rz . Doliną Neretwy śmignęliśmy do Mostaru. W Mostarze na stacji pan zaproponował kemping w Blagaj, 8 km za miastem, o nazwie Mały Wimbledon. Był. Poznaliśmy go po małym korcie. W pobliżu obejrzeliśmy cmentarz muzułmański, izbę pamięci poległych i ogromne wywierzysko rzeki Buny. Niestety, teren tak obudowany knajpami, że nie dało się zrobić ładnych zdjęć.

Większy kaliber

Rankiem jazda do Mostaru. Miasto było prześliczne i egzotyczne. Obejrzeliśmy zabytki, ze szczególnym uwzględnieniem starego tureckiego mostu, wschodnich kramików i budowli. Chyba więcej tu Turcji niż w Stambule. Polecamy kawę po bośniacku. Potem było Medżugorie, które nas nie zachwyciło. Kolejnym celem było Pocitelj – śliczna twierdza, wieś i meczet. Buty zostały przed wejściem. Zaskoczenie: mihrab jest ustawiony na południe, a nie na wschód. Po chwili dotarło do mnie, że to Bośnia, nie Maghreb, więc Mekka jest w inną stronę.

Z Radimlji mieliśmy do morza tylko 100 km. Mimo późnego popołudnia upał trzymał. Po przekroczeniu granicy z Chorwacją zobaczyliśmy wielką wodę. Stanęliśmy w Kupari, rozbiliśmy namioty i do morza. Po kąpieli oglądaliśmy nadmorskie hotele. Nowe, betonowe, od strony morza wyglądały na niedokończone, od strony lądu było widać zniszczenia. Na środku miasta stoi ruina eleganckiego hotelu z przełomu XIX i XX wieku: na ścianach ślady serii z broni ręcznej i spore dziury po większym kalibrze. We wnętrzach pozostałości dawnej świetności. Nikt tego nie naprawia...

Rankiem przejazd do Dubrovnika. Zwiedziliśmy tam starówkę, port, budowle w stylu weneckiego Pałacu Dożów, ładne zaułki. Za murami miasta, na stromej ścianie skalnej urządzono knajpkę – stoły stoją na maleńkich tarasikach, a w dole szumi morze. Do posiedzenia w niej nie zraził nas nawet bliski zeru asortyment serwowanych napojów (o potrawach należy zapomnieć od razu). Miasto ładne, ale zgodnie stwierdziliśmy, że Mostar wywarł na nas większe wrażenie.

O 24 stopnie chłodniej

Dalej na północ pojechaliśmy Jadranską Magistralą, czyli – z polska – adriatycką. Po drodze postój przy Jeziorach Baczyńskich, gdzie degustowaliśmy różne napoje, głównie likiery. Najbardziej przypadł nam do gustu mandarynkowy, więc nasze bagaże nieco się powiększyły.

Przed Makarską odbija naprawdę wąska i kręta dróżka, która prowadzi na szczyt świętego Jury (Jerzego; 1775 m). Jest wąska, nieprawdopodobnie kręta i niezwykle malownicza. Dodatkową atrakcją było to, że na starcie termometry pokazywały +36O, a na szczycie tylko +12O, do tego wiał huraganowy wiatr. Przed nami przyjechała dwójka młodych ludzi na skuterku w strojach mocno plażowych. Na szczycie owinęli się w ręczniki kąpielowe i – szczękając zębami – szybko zmykali na dół. Na górze św. Jerzego obejrzeliśmy jemu poświęconą kaplicę, stację przekaźnikową, morze oraz inne góry, po czym też pomknęliśmy na dół.

Pierwszy kemping za Makarską był nasz. Obok nas rozbiło się małżeństwo z Lublina. Przegadaliśmy kawał nocy i wspólnymi siłami odciążyliśmy motocykle od balastu flaszek.

Po śniadaniu przelot do Splitu. Podjechanie pod pałac Dioklecjana było niemałym wyzwaniem, ale udało się. Temperatura znów powyżej 40O; od białych marmurów ziało ogniem. Najładniejsza była dzielnica, która powstała na bazie ogromnego pałacu cesarza rzymskiego. Wsławił się on dobrym traktowaniem zwierząt, szczególnie lwów: obficie karmił je chrześcijanami. Ulicami snuli się ubrani na czerwono rzymscy pretorianie.

Upał wygnał nas ze Splitu. W Trogirze, dokąd dotarliśmy, zwiedziliśmy piękną starówkę, katedrę św. Laurencjusza oraz wspięliśmy się na wieżę zegarową. Następne było Pakosztani. Morze było takie ładne i upał tak dokuczliwy, że zgodnie, mimo że było wcześnie, zakończyliśmy ten dzień na cichym kempingu nad samym morzem.

Kolejny poranek nie napawał otuchą. Niby było słońce, ale jakieś inne. Tego dnia planowaliśmy przejechać przez góry na północ Chorwacji. Początkowo trochę popadało, potem przyszło regularne oberwanie chmury. Ale nie wymiękliśmy. Slunj – urocza rzeczka – opada systemem wodospadów z zabytkowymi (odbudowanymi po wojnie) młynami.

Potem był odcinek Karlovac – Zagrzeb. Z uwagi na bliskość Węgier na nocleg pomknęliśmy do tego dobrze nam znanego kraju. Na niebie ciężkie chmury, wszędzie dookoła sine słupy deszczu. I tak minęło ponad 100 km – autostrada tak się wiła, że ominęły nas wszystkie zlewy. Po stronie węgierskiej znaleźliśmy kemping, który miał też pokoje i wiatę. My do pokoju, motocykle pod wiatę i zaczęło lać. Cały następny dzień lało.

Jazdę przez Węgry uatrakcyjniły nam zwiedzenie romańskiego kościoła w Jak, wizyta w centrum Kermed i najlepsza na świecie zupa rybna, którą zjedliśmy w rybnej czardzie w Balf. W Czechach na kempingu w Hustopeczach nie odmówiliśmy sobie tamtejszego dobrego piwa i jeszcze lepszego morawskiego wina. Ostatnia niedziela to końcowe 400 km i w domu niby zwykły, ale supersmaczny obiad.

Szkoda, że tak krótko

Kraje Półwyspu Bałkańskiego to zachwycająca mieszanka kultur, zabytków i zwyczajów, wspaniała przyroda i egzotyczna kuchnia. Szkoda, że tak krótko tam byliśmy.

mc

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij