Motocykl poleca:

Turystyka na weekend

Poleć ten artykuł:

Zima, chociaż łagodna, dłużyła mi się niemiłosiernie. Toteż gdy ładna pani w TV obiecała, że weekend będzie pogodny, bez deszczu i do tego ciepły, postanowiłem, że zwiedzę okolice góry Świętej Anny i do Tychów wrócę, zahaczając o Czechy.  

Dziś w pięknym zamku w Mosznej mieści się ośrodek leczenia nerwic. Zobacz całą galerię

Zaczęło się od przeciwności: żona zła, czerwone światło na pierwszym skrzyżowaniu, trochę zimno... Na szczęście im dalej, tym lepiej. Mikołów, sobota przed południem: TDM-ka gra, kłopoty zostają za plecami, temperatura rośnie, jest fajnie. Tylko punkty namierzania prędkości mnie wkurzają (Borowa Wieś). Po drodze mijam piękne kościółki. Z tego wiele drewnianych, np. w Żernicy. Za Gliwicami pustki na drogach. Trafiają się i pustki wokoło. Pola i lasy. Dla mieszczucha to raj.
Kieruję się na miejscowość Rudziniec, aby zobaczyć budowaną na Kanale Gliwickim śluzę. No, raczej remontowaną, bo istnieje od lat. Potem chwila odpoczynku koło straży pożarnej w miejscowości Ujazd. Tuż obok ruiny pałacu i kościół w niezłym stanie. Jadę do Kędzierzyna-Koźla, a raczej do Koźla, bo tam była niezdobyta ponoć twierdza. Ja ją zdobywam w kilka minut.
Następnie w GPS wpisuję miejscowość Żyrowa, bo ponoć stoi tam jakiś zacny pałac. Po drodze trafiam na przeprawę przez Odrę. Można tam i z powrotem za darmo popłynąć w 30 minut, ale szkoda mi czasu. Żyrowa. Pałac jest, a raczej to, co po nim pozostało, bo widać, że nikt o niego nie dba, i do tego niedostępny. Miejscowi mówią, że ktoś go kupił. Uświadamiam sobie, że po drodze mijałem ze cztery pałace w ruinie. Pewnie są czyjąś własnością. Tylko że nasza szlachta biznesowa woli – przynajmniej na razie – budować nowe pałace albo jest za biedna na remonty starych. Cóż, każda epoka ma taką szlachtę, na jaką zasługuje...
Tymczasem niemile przypomina mi się zjedzona w Zdzieszowicach pizza zawijana. Zawijana na podobieństwo tortilli, aby nie było widać, co jest w środku. Już rozumiem, skąd nazwa pizzerii – „Incognito”. Człowiek głodny zje, ale szczerze nie polecam. Przyspieszam, żeby jak najszybciej dotrzeć na nocleg. Pełen fajnych zakrętów podjazd prowadzi mnie do schroniska młodzieżowego stojącego na górze Świętej Anny tuż obok klasztoru. Chwilę po dotarciu tam pozbywam się pizzy. Uff! Potem jeszcze spacer i zabezpieczam TDM-kę na podwórku. Widzę, że nawinięte tego dnia 130 km pozwoliło się jej nieco rozgrzać, ale nic więcej.
Po niedzielnej mszy spacer po kalwarii, oglądanie pomnika i Muzeum Czynu Powstańczego, amfiteatru i dawnego kamieniołomu. Czyli coś dla ducha i dla oka. Troszkę dowiaduję się o historii tego miejsca i o tym, dlaczego wszystkie tablice miejscowości od Gliwic są pisane też po niemiecku: podobno 99% mieszkańców wsi deklaruje narodowość niemiecką. Zastanawia mnie tylko, kto wobec tego walczył w powstaniu na tym terenie 90 lat temu o przyłączenie do Polski. Przy okazji dowiaduję się, że warto tu zajrzeć na początku sierpnia na zlot motocyklowy.
Około godz. 11 sprawdzam, czy moja TDM-ka ciągle jest w dobrej formie. Wszystko z nią w porządku, więc ruszamy poszukać Karolinki idącej do Gogolina. Niestety, w Gogolinie jej nie znajduję. Za to mam okazję zobaczyć piece, w których wypalano wapno, i dowiedzieć się nieco, na czym ten proces polegał.
Na GPS-ie ustawiam Prudnik. Po drodze nie mogę sobie odmówić przyjemności rzucenia okiem na przepiękny zamek Moszna. Można tu zafundować sobie leczenie nerwic. Dalej droga dobrej jakości, TDM-ka mruczy z zadowoleniem. Słoneczko grzeje. Tak docieramy do Prudnika. To niczego sobie miasteczko. Kilka budynków mówiących o setkach lat świetności grodu stoi obok dzisiejszych domów w stylu pudełkowym. Mimo to ogólnie nieźle. Jakby ktoś szukał noclegów, to w Rynku jest hotel do kupienia.
Jeszcze kilka kilometrów i jestem w Czechach. Od Prudnika nowiutki asfalt, pusto, kilka zakrętów. Ładne widoczki. Przez wieś Albrechtice nad Orlicí (po naszemu: Albrechcice nad Orlicą) tylko przejeżdżam i kieruję się do Krnova (Karniowa). Tu jest kilka miejsc (budynków) wartych zobaczenia. No to spacer, potem mały posiłek i kupno zapasu piwa do domu. Stamtąd startuję do Polski.
Nudna prosta droga do Głubczyc zaliczona w kilka minut (dało się nieco przyspieszyć), a w Głubczycach oglądam fragment 800 lat tradycji. Najładniejszy jest niewątpliwie gotycki kościół.
Wieczór tuż-tuż. Jadąc wśród pól spokojną drogą odkrywam, że jest taka miejscowość, jak Kietrz, i to całkiem niemała. Jeszcze tu wrócę. Tu i do Raciborza, bo to też miasto godne odwiedzenia za dnia, a nie po ciemku. Dalej Rybnik, Orzesze Tychy. Spieszę się, aby żonie złożyć życzenia z okazji 8 marca. Do garażu trafiamy po godz 20. TDM-ka ciepła po przejechaniu 265 km, ja zadowolony, mimo że nieco zmarznięty i mocno stęskniony za prawdziwą wiosną.

Co, gdzie i dlaczego 
  Długość trasy: 265 km, czas: dwa dni.
  Trasa: Malownicza, w głównej mierze wśród lasów i pól. Przydadzą się mapa lub GPS.
  Drogi: Asfaltowe, miejscami bardzo dobre, a niekiedy przeciętne. W weekend wczesną wiosną ruch niewielki.
 

Co warto zobaczyć:

  • śluzy w Rudzińcu i Koźlu
  • Pomnik i Muzeum Czynu Powstańczego na górze Świętej Anny
  • pozostałości zamków i pałaców w Rudzińcu, Ujeździe, Żyrowej, Mosznej, Białej, Lenarcicach (CZ), Krnovie (CZ), Raciborzu
  • kościoły i klasztory w Borowej Wsi, Żernicy, Bojszowie, Sławęcicach, Kędzierzynie-Koźlu, na górze Świętej Anny, w Głubczycach, Raciborzu

 

 

 

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij