Motocykl poleca:

Turystyka na weekend: Bieszczady

Poleć ten artykuł:

Nasz kierunek: Sandomierz. Z Warszawy ruszamy w czwartek od razu po pracy. Na początek mała wtopa: już po 4 km w tylnym kole mojego Transalpa pękają trzy szprychy.

Turystyka Bieszczady Zobacz całą galerię

Czyli Sandomierz musi chwilę poczekać, bo zamiast do niego jedziemy do zaprzyjaźnionego mechanika, który wyciąga uszkodzone szprychy i mówi, że to tyle na szybko. Po powrocie Trampek musi zgłosić się do naprawy. Do Sandomierza dojeżdżamy późnym wieczorem. Wyprawę zaplanowaliśmy według przewodnika Stanisława Orłowskiego „Urlop w Bieszczadach – przewodnik dla zmotoryzowanych”, tyle że połączyliśmy kilka tras, żeby jak najwięcej zobaczyć. Mamy przed sobą drogi asfaltowe i szutrowe, mostki oraz przejazdy przez rzeczki.

Do Zagórza dojeżdżamy szybko. Skręcamy w dróżkę, na której wreszcie nie ma samochodów. Widoki zachwycają: jesień i słońce podkreślają piękno bieszczadzkiej przyrody. Droga kręta. Bartek na Teresie jedzie przodem, ja z tyłu staram się dogadać z Trampkiem (parą jesteśmy dopiero od miesiąca; XJ, którego ujeżdżałam wcześniej, zupełnie inaczej wchodził w zakręty). Dogadujemy się raz lepiej, raz gorzej, ale przecież trening czyni mistrza.

Skręcamy w trasę prowadzącą z Rzepedzi przez Duszatyn i Mików. Przejeżdżamy przez malutkie wioski, malowniczo położone w dolinie, oraz pierwsze na trasie drewniane mostki. Jest naprawdę fajnie i ciekawie. Dalej będzie jeszcze lepiej, bo czeka nas przeprawa przez rzeczkę po betonowych płytach pokrytych wodą. Bartek jedzie pierwszy wybadać teren... Przejeżdża bez trudu, co dodaje mi odwagi (pierwszy raz jestem w takim terenie). Jadę, woda pryska spod kół, serce mi wali, buty mam całkiem mokre, ale udało się – jestem po drugiej stronie. Jedziemy do następnej przeprawy.

Boczna trasa doliną Osławy z Rzepedzi do Smolnika zafundowała nam przejazd przez rzekę po betonowych płytach.
 

Bartek przodem. Ale co to? Zarzuciło go i prawie upadł... No nic, myślę, pewnie za szybko pojechał. Jadę, ale okazuje się, że jest zupełnie inaczej niż przy poprzednim przejeździe. Na płytach są glony, które powodują, że nawierzchnia jest bardzo śliska i do tego mocny prąd rzeczki spycha na lewo. Dojeżdżam do miejsca, w którym Bartek się poślizgnął, i... bach – leżymy z Trampkiem w wodzie.

Bartek pomaga się podnieść. Wytaczamy się na brzeg i patrzymy na straty. Na szczęście poszło na gmole, ale dźwignia zmiany biegów wygięła się w drugą stronę... Co tu robić? Środek lasu gdzieś w Bieszczadach... Nie mamy szans sami tego odgiąć. Najważniejsze w takich chwilach to zachować spokój, co znacznie sprawniej udaje się Bartkowi niż mnie. Nagle, niczym na filmach, zza drzew wychodzi drwal. Tłumaczymy mu, co i jak, patrzy na nas, patrzy na Trampka, uśmiecha się i mówi: „Co się pani przejmuje, każdemu się zdarza”. Bierze ogromny klucz od ciągnika i zaczyna odginać dźwignię biegów, przy czym skupia się i stara, żeby było tak jak w oryginale… Po chwili faktycznie jest. Dzień z przygodami kończymy w Stuposianach. Jesteśmy mokrzy, ale cali i szczęśliwi z dobrego zakończenia.

Poranek. Kanapki z masłem orzechowym i kawa, ostatnie spojrzenie na mapę, ustawienie nawigacji i jedziemy. Już po kilku kilometrach wjeżdżamy na szutrowy skrót do miejscowości Polana. Bartek śmiga z przodu, jakby jego Teresa w ogóle nie odczuwała kamienistego podłoża, a ja telepię się z tyłu spięta i ze skupieniem, jakbym przejeżdżała co najmniej przez Wielki Kanion. Tym razem mnie się udało bez upadku, za to Bartkowi przytrafi ła się mała parkingówka. Nieskażony gmol jego Teresy ma w końcu na sobie malutki znak.

Jedziemy dalej, dzisiaj mamy do objechania prawie całe Jezioro Solińskie. Znowu przepiękne widoki, góry, przełęcze, doliny, słońce... i zakręty, zakręty, zakręty. Dzięki tym super ćwiczeniom idzie mi coraz lepiej, co oznacza, że z Trampkiem dogadujemy się coraz lepiej. Niedługo czekaliśmy, żeby wjechać w następny skrót z przewodnika. Drogi z Bandrowa Narodowego do Krościenka nie ma na mapie, ale jest w realu. Nie tyle droga, co wąska ścieżka, jest fajna. Wiedzie przez lasy i wyludnione wioski. Nawierzchnia na początku jest kamienista, potem zmienia się na bardziej piaskową. Mijamy drewniane bale i przystajemy, żeby nacieszyć się wspaniałym zapachem lasu i drewna. Jest cicho, jesteśmy tylko my, las i otaczające nas ukryte zwierzęta.

Dalsza droga spłatała nam figla. Tuż przed Krościenkiem droga się urywa, podmyta przez rzekę.... Patrzymy, czy da radę się jakoś przeprawić, ale niestety... Musimy zawrócić. Jest już popołudnie, a my jeszcze dzisiaj mamy dojechać do Zamościa. Wracamy więc po kamyczkach i piaskach.

Dojeżdżamy szybko i sprawnie, tak że mamy jeszcze czas na wieczorne zwiedzanie Rynku. Jest naprawdę urokliwie – ciemno, podświetlone kamienice, uliczni artyści zawodzą pieśni. Tym widokiem cieszymy się tym bardziej, że to już ostatni dzień naszej podróży. Jutro powrót do domu, mycie Teresy i Trampka oraz powrót do rzeczywistości... Byle do następnej wyprawy.

co, gdzie i dlaczego?

Długość trasy: od wyjazdu do powrotu ok. 1100 km; w Bieszczadach ok. 250 km.
Trasa: kręte drogi wśród bogatej przyrody, przecinające wysiedlone wioski. Piękne widoki wokół Jeziora Solińskiego.
Drogi: w większości asfalty, część tras szutrowo-piaskowych oraz kilka przepraw przez rzeczki.
Co warto zobaczyć:
> skrót z Rzepedzi przez Mików i Smolnik w stronę Cisnej
> skrót z Bandrowa Narodowego przez Krościenko do Wojtkówka; z powodu
braku kawałka nawierzchni trzeba zawrócić
> Zamość i jego Rynek
> na całej trasie mnóstwo starych kościółków i kapliczek do zwiedzenia oraz tarasy widokowe do podziwiania przyrody

Tagi: turystyka | turystyka motocyklowa | Bieszczady

Oceń artykuł:

4.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij