Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.8

Turystyka na weekend: Zakarpacie? Czemu nie?

Przed wyjazdem ludzie odradzali mi Ukrainę, bo: nie jest w UE, jest tam niebezpiecznie, no i: „Ty, sama dziewczyna na motocyklu, i to jeszcze na wschód!?”.

Nie byłabym sobą, gdybym zrezygnowała z takiej przygody. Był to początek wyprawy pod hasłem „Frytarda & Ossoman Karpaty Expedition on MOTO & CYCLE”, w której chodziło o przejazd przez całe Karpaty. Pierwszym jej etapem było Zakarpacie. Nie zaplanowałam dokładnie trasy oraz tego, ile dni spędzę u wschodnich sąsiadów. Miałam zamiar być gościem dwa dni, wyszło inaczej. Taki rodzaj turystyki lubię najbardziej.

Wystartowałam w Cisnej

w Bieszczadach i winklami kierowałam się do przejścia w miasteczku UbÍa. Tam granicę przekraczał też mój kompan podróży Tomek Brzeziński, który Karpaty zdobywał rowerem (stąd MOTO & CYCLE w nazwie wyprawy). Na granicy przywitał mnie złotozębny celnik, wołając: „Babiczka na motorku!”.

Skończyły się świetne słowackie asfalty, zastąpił je ukraiński dywan, wzorowany na szwajcarskim serze. Moja prędkość ze 110 km/h spadła do 40 km/h, a na tablicach informacyjnych, których było jak na lekarstwo, pojawiła się zupełnie mi obca grażdanka. Choć Tomek i ja jeździliśmy różnymi środkami transportu, trzymaliśmy się razem. Pierwszy obóz rozbiliśmy na dziko w miejscowości Stawne, które w linii prostej było zaledwie 40 km od startu.

Nazajutrz rano odkopałam karteczkę ze wskazówkami dojazdu, którą dzień wcześniej podarowała mi przesympatyczna ekspedientka ze sklepu. Odpaliłam moto i dotarło do mnie, że mogę mieć problemy z paliwem. Pocieszała mnie myśl, że znajdowałam się na głównej drodze do Lwowa. Jeszcze... Miejscowi podpowiedzieli, że 7 km w przód jest stacja. Niestety, nie było jej ani za 7, ani za 17 km. Droga doprowadziła mnie do granicy Użańskiego Parku Narodowego. Przede mną wyrósł szlaban i... policjant. Po kontroli powiedział, że zatankuję za 70 km w przód albo 50 w tył. Jakoś mnie ta wiadomość nie pocieszyła.

Jak ser szwajcarski

Zawróciłam na właściwy tor do Bukowca, z nadzieją, że paliwa jednak nie braknie. Po jakimś czasie odbiłam w las. Ku memu zdziwieniu, droga nie była tak zła, jak wywróżyła ekspedientka. Przynajmniej liczba dziur nie przewyższała długości widzianego odcinka. Na dodatek zmotywowała mnie pewna babuszka na skuterku, która nadjeżdżała z naprzeciwka z niemałą, jak na taką drogę, prędkością.

Potem było „odrobinę” gorzej: dziurawy asfalt zamienił się w kamienistą drogę. Do tego z zasięgu wzroku zniknęły wszystkie zabudowania. Jechałam tak kilkadziesiąt kilometrów. Brak żywej duszy, zabudowań, środek lasu, do tego w górach i niekoniecznie z zasięgiem dla komórki. Całkiem sama, bo przecież Fazera trudno uznać za towarzysza.

Otaczały mnie zakarpackie połoniny, obok płynęła górska rzeczka. Te widoki, mimo że niby kojące, nie pozwalały oderwać się od spraw przyziemnych. Nie opuszczało mnie pytanie: Co ja tu, cholera, robię?! Ta wszechobecna pustka jakoś utwierdzała mnie w przekonaniu, że właśnie taka jest Ukraina.

Wjeżdżałam coraz wyżej szutrówką po serpentynach. Potem oczywiście przyszła kolej na zjazd. Nie było to łatwe zadanie: Fazer jest dość ciężki jak na off-road. Do tego po całości zawalony bagażami...

Gdy dotarłam do Bukowca

wreszcie pod kołami pojawiło się to, co Fazer lubi znacznie bardziej – asfalt. Na międzynarodowej E50 zajechałam na tak bardzo wyczekiwaną stację benzynową. Zaraz za nią po raz kolejny zatrzymali mnie policjanci do kontroli. Znów mnóstwo uśmiechów i pytania w stylu: „Ale jak to pani tak sama?”. Wolałam nie tłumaczyć im, że jedzie ze mną przyjaciel na rowerze, bo mogłoby to spowodować kolejną falę pytań.

Dalej drogą T0718 przez Niżne Worota śmignęłam do Wołowca. Po nim była jeszcze jedna przełęcz z widokiem na zakarpackie szczyty. Tym razem dzień szybko dobiegł końca, bo Tomek niefortunnie poparzył sobie nogę wrzątkiem. Drugi nocleg wypadł tuż przy drodze, zaraz za małą rzeczką, na skrawku nierównego podłoża między krowimi plackami, też na dziko.

Następnego dnia miałam do pokonania oznaczone na mapie na żółto drogi o numerach T0720 i T0728. Ta druga miała p rowa - dzić przez fajną przełęcz z Koło czawy wprost do Rus kiej Mokrej. Wyszło trochę inaczej. Odcinek z Pilipiec do Kołoczawy pokonałam szybko. Potem droga stawała się coraz węższa, aż w końcu dojechałam do miejsca, gdzie

jakby ktoś siekierą odrąbał asfalt

Zdezorientowana, zatrzymałam się przy sklepie. Spotkani tam Czesi na rowerach odradzali dalszą drogę. Nie chciałam się poddać, ale pokazali zdjęcia. Szlak, oznaczony na mojej mapie jako droga krajowa, w rzeczywistości prowadził wzburzonym potokiem, który trudno pokonać nawet pieszo. Zawróciłam w stronę Drahova i Bursztynowa. Nadrobiłam ponad 70 km, by wpaść do Ruskiej Mokrej od drugiej strony. Trafi łam na podnóża Połoniny Kraśnej, ogromną zaporę wodną na rzece Tereblia i... ponad 40 km szutru. Wszystko w scenerii zachodzącego słońca. Odcinek ten, choć jeden z piękniejszych, strasznie mi się dłużył. Bałam się też, czy nie zgubię pół motocykla.

Już się ściemniało, kiedy dobiłam do Dubowia. Zaraz czekała mnie jeszcze kolejna kontrola mundurowych. Tym razem panowie tylko zerknęli na rejestrację motocykla. Nie musiałam wyciągać paszportu ani nawet ściągać kasku. Za wsią zjechałam na brzeg strumyka. Tomek już czekał. Ostatni nocleg na Zakarpaciu: kamyki, woda i z namiotu widok na góry. Poczułam się jak na Lazurowym Wybrzeżu, tyle że w wersji ukraińskiej.

Planowane dwa dni na Ukrainie wydłużyły się do czterech. W końcu jednak przekroczyłam granicę w Sighetu Marmatei. Tak zaczęła się moja rumuńska przygoda z Karpatami.

mc

zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij