Motocykl poleca:

Turystyka na weekend: polskie i słowackie Tatry

Poleć ten artykuł:

Chciałem sprawdzić, jak z trasą poradzi sobie moja cezetka 350. Jako że nie od razu Kraków zbudowano, ruszyłem nie na podbój koła podbiegunowego, lecz na 2 dni w Tatry.
Zobacz całą galerię

Przed wyjazdem nie zapomniałem o serwisie staruszki – łańcuch, regulacja zapłonu, olej sprawdzony, bębny podciągnięte, prądnica czysta od pyłu, miejsce mechanicznego regulatora zajął elektronik. W bagażu mam dużo części zapasowych i narzędzi, więc mocne radzieckie plecaki wojskowe są jak znalazł. Startuję z domu w Radłowie k. Tarnowa. Pierwsze spostrzeżenie: Czesia, którą nigdy wcześniej nie jechałem z bagażem, prowadzi się jak katamaran.

70-80 km/h jadę aż do Będzieszyny nad Jeziorem Czchowskim. Gdy już mam wyjeżdżać z parkingu pojawia się na nim małżeństwo na Varadero i ich znajomy na Bandicie. Okazuje się, że kawałek jest nam po drodze. Tempo ustalone pod mojego sprzęcika, z tym że jadę ostatni – 2T nie jest łaskawe dla jadących za mną. Do Niedzicy miałem jechać przez Krościenko, ale z sympatycznymi ludźmi jedzie się lepiej, zwłaszcza widokową trasą przez Ochotnicę.

Zapora w Niedzicy robi na mnie wielkie wrażenie. Na tajniaka podłączam się do wycieczki, aby z przewodnikiem zwiedzić zamek. Przez okolice Czarnego Dunajca docieram do Jabłonki – na nocleg u kolegi z uczelni. Około godz. 17 jestem na miejscu. Nie należę do fanów piłki nożnej, ale obejrzenia meczu drużyny, w której gra Dawid, nie wypadało odmówić.

Następnego dnia, za namową Dawida, do trasy dorzucam Jezioro Orawskie. Polsko-słowacką granicę przekraczam w Lipnicy Wielkiej. Słowacki asfalt trzyma opony jak w imadle. Jeśli ktoś wyprzedza, ma polskie tablice. Panorama z mostu nad Jeziorem Orawskim jest cudowna. Wracam do Polski i z Witowa jadę do Zakopanego. Wyżej w górach silnik krztusi się i kopci. Delikatna korekta ustawienia gaźnika załatwia sprawę. Używam tylko 2. i 3. biegu. 22 koniki mordują się do tego stopnia, że przed Zakopanem silnik przestaje ciągnąć nawet na jedynce. Motorek ma sjestę, więc i ja urządzam sobie fi estę: kanapki – palce lizać! 

Po 2-godzinnym zwiedzaniu Zakopca palę sprzęta – gada. Znowu wjeżdżam na Słowację – tym razem w Tatranskiej Javorinie. Zakaz wjazdu na malowniczą polanę, chwila zawahania, może mnie nie złapią. Pech: patrol. Zanim podeszli, ubrudziłem łapy smarem z podnóżka i wołam „Opravit’!”. Popatrzyli na cezetkę, uśmiechnęli się i odjechali. Parę fotek i gnam przez Podspady i Ždiar w kierunku Vysokich Tatr. Krajobraz otwiera szczękę. W Starej Lubowli znowu przerwa na ostudzenie silnika. Tłumiki „obrzygane”, dodatkowo pękł spaw stelaża, na którym wiszą plecaki. Drut załatwia problem. Zaczęło wiać, więc po niecałej godzinie silnik odpala.

Do domu wracam przez Rytro, Stary i Nowy Sącz. Serpentyny w Tęgoborzy pokonuję na 2. biegu. Ostatni pit stop wypada nad Jeziorem Czchowskim. Spalanie wyszło nieco powyżej 4 l/100 km, więc mit o paliwożerności cezetek padł na pysk. 

Tagi: polskie tatry na motocyklu | turystyka motocyklowa

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij