Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
1.0

Turystyka po Europie - ekipa z Czarnkowa

O zwiedzeniu innych zakątków niż okolice Czarnkowa na naszych dwuśladach myśleliśmy już dużo wcześniej jednak zawsze czegoś brakowało. W końcu nadszedł dzień, w którym czterema rumakami (Honda Transalp, dwa Suzuki Bandit 1200 oraz Suzuki GSR) ruszyliśmy w drogę. Zdaliśmy się na łaskę losu i… opłaciło się.

Pierwszego dnia podekscytowani spotkaliśmy się na stacji paliw. Tankowanie motocykli do pełna, ostatnie sprawdzenie mocowania naszych bagaży i w drogę. Metę pierwszego dnia ustaliliśmy w miejscowości Mikulov na granicy Czesko – Austriackiej. Po drodze robiąc krótkie przerwy na tankowanie i odpoczynek w Lesznie i Wrocławiu skorzystaliśmy z okazji by odwiedzić naszych przyjaciół Bogdana, Leszka i Maćka. Szczerze mówiąc nie mogliśmy się doczekać kiedy opuścimy nasz kraj, z jednej strony ciekawość zobaczenia innych państw, z drugiej niestety stan nawierzchni naszych dróg. W końcu granica i już jesteśmy w Czechach. Korzystając z darmowych autostrad szybszym tempem zmierzaliśmy do celu. Pragnienie zejścia z motoru była wprost proporcjonalna do pokonywanego dystansu. Po przejechaniu ponad 600 km doczekaliśmy się. Mikulov niewielka miejscowość posiadająca piękny stary rynek gdzie można napić się dobrego, zimnego, czeskiego piwa. Po rozprostowaniu kości i smarowaniu łańcuchów upragniony nocleg.



    Wstaliśmy w miarę wcześnie, kolejna trasa licząca ponad 600 km do miejscowości Senj już w Chorwacji. Wjechaliśmy do Austrii, jadąc autostradami szybko dojechaliśmy do Słowenii, przez którą zdecydowaliśmy się podróżować drogami lokalnymi. Przekraczamy granicę Słoweńsko – Chorwacką i ponownie lecimy autostradą. Adriatyk coraz bliżej, klimat zaczyna się pomału zmieniać w związku z czym temperatura zaczyna dawać się we znaki. Ale to był szczegół w porównaniu z niezapomnianymi widokami, które mogliśmy podziwiać po drodze. W końcu jadąc na szczycie sporej góry ujrzeliśmy przed sobą Morze Adriatyckie, a następnie zjeżdżając krętą drogą w dół do samego Senj położonego nad samym brzegiem mogliśmy je podziwiać w każdej chwili. Gorąco stało się nie zniesienia. Po przejechaniu ponad 600 km byliśmy na tyle zmęczeni, że marzyliśmy tylko o kąpieli w morzu i zimnym piwie. Wkrótce znaleźliśmy pole namiotowe i nasze skromne marzenia się spełniły. Następnie oczywiście zwiedzanie miasta i skosztowanie nocnego życia.



    Kolejny dzień, cel Dubrownik ponad 500 km. Żal było się rozstawać z widokiem morza więc pierwszą część trasy zaplanowaliśmy po drodze prowadzącej wzdłuż wybrzeża. Podczas jazdy czuć było żar lejący się z nieba. Widoki po drodze oczywiście oszałamiające, z jednej strony góry, z drugiej morze, gładkie z kryształową wodą. Po przejechaniu dobrych 100 km wjechaliśmy na autostradę. Żar cały czas palił, jedyną ulgę dawały przejazdy przez liczne czasami kilkukilometrowe tunele. Po drodze do Dubrownika oczywiście przekroczenie granicy z Bośnią i Hercegowiną, a następnie ponowny wjazd do Chorwacji. Jeszcze „kilka” kilometrów i czekał nas efektowny wjazd do Dubrownika przez długi, wysoko zawieszony most, z którego było widać panoramę miasta i zatokę z licznymi promami, jachtami i łodziami. Po rozbiciu namiotów smarowanie łańcuchów i obowiązkowa kąpiel w morzu. Nocne życie w Dubrowniku kwitło, miasto nie umierało. Masa turystów różnych narodowości, ładnie licznie oświetlone budynki, palmy, masy łodzi i jachtów, ciepła noc, wszystko to sprawiło, że wciągnęliśmy się w wir nocnych wojaży. Nocleg standardowo pod gołym niebem.

Mieliśmy już za sobą ponad 1700 km jazdy i dopiero teraz stwierdziliśmy pierwszą awarię motocykla. W moim Trampku brakowało powietrza w przednim kole. W zasadzie nic poważnego. Pakujemy bagaże i wyruszamy w poszukiwaniu wulkanizacji, którą znaleźliśmy ją w pobliżu portu, gdzie musieliśmy również odebrać zarezerwowane bilety na wieczorny prom do Włoch. Mój Trampek został reanimowany, mogliśmy śmigać dalej. Zwiedzamy okolice Dubrownika. Parking przy wyjeździe z miasta w stronę Splitu i niezapomniany widok na zatokę i panoramę miasta, następnie przemieszczamy się na drugą stronę miasta, gdzie z góry podziwiamy liczne wyspy i wysepki oraz Stare Miasto. Po zwiedzaniu udajemy się do portu, gdzie cierpliwie oczekujemy na możliwość wjazdu na prom. Przed wjazdem szczegółowa kontrola celna, która oczywiście nie ma nam nic do zarzucenia i możemy wjeżdżać na pokład. O solidność mocowania naszych rumaków na promie mieliśmy pewne obawy, ale jak się później okazało niesłusznie. Po zwiedzeniu wnętrza promu wyszliśmy na pokład odetchnąć świeżym wieczornym powietrzem. Widok niezapomniany, otaczał nas Dubrownik o zmroku. Po odbiciu od brzegu żegnaliśmy się z Chorwacją ciekawi kolejnych przygód we Włoszech.



Rano dopływamy do naszego docelowego miasta Bari. Po opuszczeniu promu przemieszczamy się ulicami do wylotu z miasta gdzie tankujemy baki do pełna i wyruszamy ku dalszej przygodzie. Temperatura zabójcza. Zamierzamy dojechać do Sorrento, turystyczna miejscowość położna na zachodzie Włoch nad morzem Tyrreńskim poniżej Neapolu. W sumie to tylko ponad 300 km. Wybieramy trasę przez miejscowości Altamura, Potenza, Salerno. Podziwiamy piękno południowych, rolniczych Włoch. Trasa od Salerno wiodła wąską, bardzo krętą wysoko położoną drogą, której natężenie ruchu skutecznie zwiększały liczne skutery jeżdżące z zawrotną prędkością i zwinnością. Mimo, że z Salerno do Sorrento było tylko nieco ponad 60 km to jazda bardzo męczyła. Wymagała ciągłego skupienia, patrzenia w lusterka i ciągłego przyspieszania i hamowania, mimo, że widoki zachwycały to był to odcinek bardzo wyczerpujący. Uwzględniając temperament południowowłoskich kierowców, z przygodami, ale bezboleśnie udało nam się w jednym kawałku dojechać do pola namiotowego położonego nad samym morzem Tyrreńskim. Do morza kilkanaście metrów zarówno w pionie jak i w poziomie. Znaleźliśmy dobre miejsce na namioty z widokiem na Wezuwiusza no i koło rodaków, Polaków. Panie Andrzeju pozdrawiamy. Rozpakowanie gratów i na plażę, którą stanowił skalny podest o wymiarach 30m na 20m z drewnianymi schodami prowadzącymi do morza. Chęć wykąpania się była wielka, przecież to Morze Tyrreńskie. Po kąpieli standardowo, zimne piwko i nocleg pod gołym niebem.
Mimo panującej wysokiej temperatury wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Zdziwiliśmy się bardzo, gdy okazało się, że po obydwu stronach drogi nie ma żadnego chodnika. Niepewnie, gęsiego kierowaliśmy się w stronę centrum. Zwiedziliśmy dużo wąskich uliczek z licznymi sklepami pamiątkowymi, pizzeriami prowadzących do licznych małych plaż. Położenie Sorrento daje możliwość zwiedzenia wyspy Capri, Wezuwiusza czy po krótkiej przejażdżce - Pompejów. My wybraliśmy wesoły turystyczny autobus, z którym zwiedzaliśmy miasto i okolice. Przednia zabawa tym bardziej, że oliwy do ognia dolewał kierowca Giuseppe kierując autobusem nogami, rękoma grając na bębenku i oglądając się na pasażerów, a to wszystko na krętej, wąskiej drodze. Po zwiedzeniu miasta wróciliśmy na pole namiotowe i skorzystaliśmy z uroków basenu. Wieczorem jeszcze mały wyskok do centrum na pizze i parę piwek.

Poranne pakowanie bagaży, szybkie śniadanie, czułe pożegnanie z Panem Andrzejem i ruszamy do Rzymu. Po drodze koniecznie musieliśmy zwiedzić Monte Cassino. Po przejechaniu 140 km dotarliśmy do miejscowości Cassino, która znajduje się niedaleko zjazdu z autostrady. Zwiedzamy klasztoru, który w pełni odbudowany po wojnie robił wrażenie, a bazylika zaskakiwała swoimi licznymi ozdobami i przepychem. Następnie udaliśmy się motorami na zwiedzanie cmentarza wojskowego, na którym spoczywają nasi polscy żołnierze. Wsiadamy na motory, wracamy na autostradę i jedziemy jedną z dróg prowadzących do Rzymu. Do stolicy Włoch docieramy szybko i udajemy się na camping, na którym wcześniej zaplanowaliśmy nocleg. W Rzymie zaplanowaliśmy dłuższy pobyt, postanowiliśmy przeznaczyć cały następny dzień na zwiedzanie miasta. Chcieliśmy porządnie odpocząć w Rzymie więc wynajęliśmy przestronny, wygodny domek. Po rozpakowaniu się pora była jeszcze wczesna więc postanowiliśmy udać się do miasta. Szybki rekonesans i już siedzieliśmy w autobusie miejskim, którym zamierzaliśmy udać się w pobliże Watykanu. Udało się trafić za pierwszym razem i po krótkim spacerze mogliśmy podziwiać z Placu Św. Piotra wszystkie otaczające go budynki. Następnie udaliśmy się do centrum miasta zobaczyć życie w Rzymie i przekąsić kolację. Do naszego domku również udało się trafić za pierwszym razem. Zanurzyliśmy się w relaksie, prysznic i spanie pod kołderką.



Cel następnego dnia był prosty – zwiedzić najważniejsze zabytki Rzymu Koloseum, Forum Romanum no i oczywiście Watykan. Przy pomocy metra i autobusów miejskich z łatwością i szybko docieramy w wybrane miejsca. Warto było zobaczyć miejsce walk sławnych gladiatorów, a także pozostałe zabytki starożytnego Rzymu, przejść się alejkami porośniętymi drzewami pomarańczy i podziwiać widok odległego Watykanu. No właśnie Watykan. Bazylika Św. Piotra dzięki swojej wielkości i bogactwu z pewnością zasługuje na miano Stolicy Apostolskiej. Wyskakujemy jeszcze na kolację, uzupełniamy płyny i wracamy do naszej kwatery. Cieszymy się możliwością spędzenia jeszcze jednej nocki w ciepłym i wygodnym łóżku.


Kolejny dzień i kolejny cel. Tym razem zamierzamy dotrzeć z powrotem nad Morze Adriatyckie do miejscowości Lido di Spina położonej w północno – wschodniej części Włoch i oddalonej od Rzymu o jakieś 400 km. Wybieramy drogę prowadzącą przez miejscowości Perugia, Cesena, Ravenna. Po przerwie na tankowanie i posiłek docieramy do celu. Wyruszamy na zwiedzanie nadmorskiej miejscowości no i oczywiście na plażę i kąpiel w Morzu Adriatyckim, do którego mamy sentyment. Stwierdzamy, że wszystko wygląda praktycznie tak samo jak w polskich nadmorskich miejscowościach. Były tylko trzy różnice: szerokość plaży, szybkość zanurzania w morzu, a zamiast smażalni ryb – pizzerie. Reszta kopiuj – wklej. Kolacja i do spania.


Opuszczamy Lido di Spina i kierujemy się w stronę Alp. Po drodze zahaczamy o Wenecję, do której mamy niewiele ponad 100 km. Pierwszy raz od opuszczenia Czarnkowa zobaczyliśmy na niebie nadciągające burzowe chmury. Mieliśmy nadzieję, że uda się uniknąć deszczu, ale niestety. Zaczęło lać jak z cebra, jazda stała się niebezpieczna. Na szczęście po jakimś czasie wyszło znowu słoneczko i zrobiło się przyjemnie i sucho, a na horyzoncie zaczęły pojawiać się Alpy. Droga zaczęła się robić kręta, a widoki coraz bardziej zachwycały. Zmieniała się również temperatura, było coraz zimniej. Krętymi drogami wjeżdżaliśmy na jakąś górę, a następnie z niej zjeżdżaliśmy i tak w kółko, aż opuściliśmy Włochy i wjechaliśmy po raz kolejny do Austrii. Postanowiliśmy spędzić noc w niewielkiej miejscowości Lienz, która nie jest miasteczkiem turystycznym chociaż jej położenie jest ciekawe. Rozkoszowaliśmy się możliwością spędzenia nocy w ciepłym, wygodnym, dużym, staromodnym łóżku w typowym alpejskim domu.

Kolejnego dnia ruszamy dalej penetrować Alpy. Zamierzaliśmy dotrzeć do podnóża najwyższego austriackiego szczytu Grossglockner liczącego 3798 m. Docieramy do wjazdu na płatny odcinek alpejskiej drogi i dokonujemy stosownej opłaty (19 euro). Widoki po drodze nas powalały. Droga jak to w górach była kręta ale jak dotąd cały czas prowadziła pod górę. W końcu dotarliśmy do końca drogi gdzie znajdował się taras widokowy na najwyższy szczyt Austrii. Temperatura spadła drastycznie. Po wykonaniu paru zdjęć wskakujemy na motory i pokonujemy dalsze odcinki alpejskiej trasy. Widoki niezapomniane, poruszamy się na wysokości ponad 2500 m npm. Nadchodzi moment, w którym zaczynamy zjeżdżać w stronę dolin. Robi się coraz cieplej. Podejmujemy decyzję, że kolejny nocleg spędzimy w czeskich Sudetach. Wybieramy drogę przez Monachium, Regensburg, Pilzno, Pragę i dalej do Horni Marsov. Zmęczeni docieramy w czeskie Sudety. Pobijamy rekord przejechanych w ciągu jednego dnia kilometrów, niespełna 800. Właściwie czujemy się jak w domu, niby jesteśmy w Czechach, ale po przejechaniu ponad 4000km do domu mamy zaledwie ok. 360 km.


Przedostatni deszczowy dzień spędziliśmy leniwie, zwiedzając Śnieżkę. Myślami byliśmy już w domu. Przygotowaliśmy się do pokonania ostatniego odcinaka naszej trasy i udaliśmy się na spoczynek, ostatni poza domem.

Ostatniego dnia ubraliśmy się ciepło, padał deszcz. Jedziemy ostrożnie bo droga śliska, a deszcz pada cały czas. Przekraczamy granicę i po 12 dniach jesteśmy z powrotem w Polsce. Pogoda nie poprawia się. Kilometry mijają bardzo wolno, droga jest niebezpieczna, deszcz ciągle pada, a w dużych miastach nieuniknione korki. Chcemy być już w domu. Mijamy Leszno, Poznań i docieramy do Czarnkowa totalnie zmoknięci. Po spędzonych razem 13 dniach i przejechaniu 4431 km nadszedł czas na rozstanie. Wliczając Watykan zwiedziliśmy 8 państw. Byliśmy szczęśliwi, że udało nam się zrealizować zamierzony cel. Wróciliśmy do domu biedniejsi o parę tysięcy złotych, ale bogatsi w doświadczenie, przeżycia i wrażenia, których nigdy nie zapomnimy.


zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    O zwiedzeniu innych zakątków niż okolice Czarnkowa na naszych dwuśladach myśleliśmy już dużo wcześniej jednak zawsze czegoś brakowało. W końcu nadszedł dzień, w którym czterema rumakami (Honda Transalp, dwa Suzuki Bandit 1200 oraz Suzuki GSR) ruszyliśmy w drogę. Zdaliśmy się na łaskę losu i… opłaciło się.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:15:54
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij