Motocykl poleca:

Turystyka po Europie - ekipa z Czarnkowa

Poleć ten artykuł:

O zwiedzeniu innych zakątków niż okolice Czarnkowa na naszych dwuśladach myśleliśmy już dużo wcześniej jednak zawsze czegoś brakowało. W końcu nadszedł dzień, w którym czterema rumakami (Honda Transalp, dwa Suzuki Bandit 1200 oraz Suzuki GSR) ruszyliśmy w drogę. Zdaliśmy się na łaskę losu i… opłaciło się.
DSCF2227.jpg Zobacz całą galerię

Pierwszego dnia podekscytowani spotkaliśmy się na stacji paliw. Tankowanie motocykli do pełna, ostatnie sprawdzenie mocowania naszych bagaży i w drogę. Metę pierwszego dnia ustaliliśmy w miejscowości Mikulov na granicy Czesko – Austriackiej. Po drodze robiąc krótkie przerwy na tankowanie i odpoczynek w Lesznie i Wrocławiu skorzystaliśmy z okazji by odwiedzić naszych przyjaciół Bogdana, Leszka i Maćka. Szczerze mówiąc nie mogliśmy się doczekać kiedy opuścimy nasz kraj, z jednej strony ciekawość zobaczenia innych państw, z drugiej niestety stan nawierzchni naszych dróg. W końcu granica i już jesteśmy w Czechach. Korzystając z darmowych autostrad szybszym tempem zmierzaliśmy do celu. Pragnienie zejścia z motoru była wprost proporcjonalna do pokonywanego dystansu. Po przejechaniu ponad 600 km doczekaliśmy się. Mikulov niewielka miejscowość posiadająca piękny stary rynek gdzie można napić się dobrego, zimnego, czeskiego piwa. Po rozprostowaniu kości i smarowaniu łańcuchów upragniony nocleg.



    Wstaliśmy w miarę wcześnie, kolejna trasa licząca ponad 600 km do miejscowości Senj już w Chorwacji. Wjechaliśmy do Austrii, jadąc autostradami szybko dojechaliśmy do Słowenii, przez którą zdecydowaliśmy się podróżować drogami lokalnymi. Przekraczamy granicę Słoweńsko – Chorwacką i ponownie lecimy autostradą. Adriatyk coraz bliżej, klimat zaczyna się pomału zmieniać w związku z czym temperatura zaczyna dawać się we znaki. Ale to był szczegół w porównaniu z niezapomnianymi widokami, które mogliśmy podziwiać po drodze. W końcu jadąc na szczycie sporej góry ujrzeliśmy przed sobą Morze Adriatyckie, a następnie zjeżdżając krętą drogą w dół do samego Senj położonego nad samym brzegiem mogliśmy je podziwiać w każdej chwili. Gorąco stało się nie zniesienia. Po przejechaniu ponad 600 km byliśmy na tyle zmęczeni, że marzyliśmy tylko o kąpieli w morzu i zimnym piwie. Wkrótce znaleźliśmy pole namiotowe i nasze skromne marzenia się spełniły. Następnie oczywiście zwiedzanie miasta i skosztowanie nocnego życia.



    Kolejny dzień, cel Dubrownik ponad 500 km. Żal było się rozstawać z widokiem morza więc pierwszą część trasy zaplanowaliśmy po drodze prowadzącej wzdłuż wybrzeża. Podczas jazdy czuć było żar lejący się z nieba. Widoki po drodze oczywiście oszałamiające, z jednej strony góry, z drugiej morze, gładkie z kryształową wodą. Po przejechaniu dobrych 100 km wjechaliśmy na autostradę. Żar cały czas palił, jedyną ulgę dawały przejazdy przez liczne czasami kilkukilometrowe tunele. Po drodze do Dubrownika oczywiście przekroczenie granicy z Bośnią i Hercegowiną, a następnie ponowny wjazd do Chorwacji. Jeszcze „kilka” kilometrów i czekał nas efektowny wjazd do Dubrownika przez długi, wysoko zawieszony most, z którego było widać panoramę miasta i zatokę z licznymi promami, jachtami i łodziami. Po rozbiciu namiotów smarowanie łańcuchów i obowiązkowa kąpiel w morzu. Nocne życie w Dubrowniku kwitło, miasto nie umierało. Masa turystów różnych narodowości, ładnie licznie oświetlone budynki, palmy, masy łodzi i jachtów, ciepła noc, wszystko to sprawiło, że wciągnęliśmy się w wir nocnych wojaży. Nocleg standardowo pod gołym niebem.

Mieliśmy już za sobą ponad 1700 km jazdy i dopiero teraz stwierdziliśmy pierwszą awarię motocykla. W moim Trampku brakowało powietrza w przednim kole. W zasadzie nic poważnego. Pakujemy bagaże i wyruszamy w poszukiwaniu wulkanizacji, którą znaleźliśmy ją w pobliżu portu, gdzie musieliśmy również odebrać zarezerwowane bilety na wieczorny prom do Włoch. Mój Trampek został reanimowany, mogliśmy śmigać dalej. Zwiedzamy okolice Dubrownika. Parking przy wyjeździe z miasta w stronę Splitu i niezapomniany widok na zatokę i panoramę miasta, następnie przemieszczamy się na drugą stronę miasta, gdzie z góry podziwiamy liczne wyspy i wysepki oraz Stare Miasto. Po zwiedzaniu udajemy się do portu, gdzie cierpliwie oczekujemy na możliwość wjazdu na prom. Przed wjazdem szczegółowa kontrola celna, która oczywiście nie ma nam nic do zarzucenia i możemy wjeżdżać na pokład. O solidność mocowania naszych rumaków na promie mieliśmy pewne obawy, ale jak się później okazało niesłusznie. Po zwiedzeniu wnętrza promu wyszliśmy na pokład odetchnąć świeżym wieczornym powietrzem. Widok niezapomniany, otaczał nas Dubrownik o zmroku. Po odbiciu od brzegu żegnaliśmy się z Chorwacją ciekawi kolejnych przygód we Włoszech.



Rano dopływamy do naszego docelowego miasta Bari. Po opuszczeniu promu przemieszczamy się ulicami do wylotu z miasta gdzie tankujemy baki do pełna i wyruszamy ku dalszej przygodzie. Temperatura zabójcza. Zamierzamy dojechać do Sorrento, turystyczna miejscowość położna na zachodzie Włoch nad morzem Tyrreńskim poniżej Neapolu. W sumie to tylko ponad 300 km. Wybieramy trasę przez miejscowości Altamura, Potenza, Salerno. Podziwiamy piękno południowych, rolniczych Włoch. Trasa od Salerno wiodła wąską, bardzo krętą wysoko położoną drogą, której natężenie ruchu skutecznie zwiększały liczne skutery jeżdżące z zawrotną prędkością i zwinnością. Mimo, że z Salerno do Sorrento było tylko nieco ponad 60 km to jazda bardzo męczyła. Wymagała ciągłego skupienia, patrzenia w lusterka i ciągłego przyspieszania i hamowania, mimo, że widoki zachwycały to był to odcinek bardzo wyczerpujący. Uwzględniając temperament południowowłoskich kierowców, z przygodami, ale bezboleśnie udało nam się w jednym kawałku dojechać do pola namiotowego położonego nad samym morzem Tyrreńskim. Do morza kilkanaście metrów zarówno w pionie jak i w poziomie. Znaleźliśmy dobre miejsce na namioty z widokiem na Wezuwiusza no i koło rodaków, Polaków. Panie Andrzeju pozdrawiamy. Rozpakowanie gratów i na plażę, którą stanowił skalny podest o wymiarach 30m na 20m z drewnianymi schodami prowadzącymi do morza. Chęć wykąpania się była wielka, przecież to Morze Tyrreńskie. Po kąpieli standardowo, zimne piwko i nocleg pod gołym niebem.
Mimo panującej wysokiej temperatury wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Zdziwiliśmy się bardzo, gdy okazało się, że po obydwu stronach drogi nie ma żadnego chodnika. Niepewnie, gęsiego kierowaliśmy się w stronę centrum. Zwiedziliśmy dużo wąskich uliczek z licznymi sklepami pamiątkowymi, pizzeriami prowadzących do licznych małych plaż. Położenie Sorrento daje możliwość zwiedzenia wyspy Capri, Wezuwiusza czy po krótkiej przejażdżce - Pompejów. My wybraliśmy wesoły turystyczny autobus, z którym zwiedzaliśmy miasto i okolice. Przednia zabawa tym bardziej, że oliwy do ognia dolewał kierowca Giuseppe kierując autobusem nogami, rękoma grając na bębenku i oglądając się na pasażerów, a to wszystko na krętej, wąskiej drodze. Po zwiedzeniu miasta wróciliśmy na pole namiotowe i skorzystaliśmy z uroków basenu. Wieczorem jeszcze mały wyskok do centrum na pizze i parę piwek.

Poranne pakowanie bagaży, szybkie śniadanie, czułe pożegnanie z Panem Andrzejem i ruszamy do Rzymu. Po drodze koniecznie musieliśmy zwiedzić Monte Cassino. Po przejechaniu 140 km dotarliśmy do miejscowości Cassino, która znajduje się niedaleko zjazdu z autostrady. Zwiedzamy klasztoru, który w pełni odbudowany po wojnie robił wrażenie, a bazylika zaskakiwała swoimi licznymi ozdobami i przepychem. Następnie udaliśmy się motorami na zwiedzanie cmentarza wojskowego, na którym spoczywają nasi polscy żołnierze. Wsiadamy na motory, wracamy na autostradę i jedziemy jedną z dróg prowadzących do Rzymu. Do stolicy Włoch docieramy szybko i udajemy się na camping, na którym wcześniej zaplanowaliśmy nocleg. W Rzymie zaplanowaliśmy dłuższy pobyt, postanowiliśmy przeznaczyć cały następny dzień na zwiedzanie miasta. Chcieliśmy porządnie odpocząć w Rzymie więc wynajęliśmy przestronny, wygodny domek. Po rozpakowaniu się pora była jeszcze wczesna więc postanowiliśmy udać się do miasta. Szybki rekonesans i już siedzieliśmy w autobusie miejskim, którym zamierzaliśmy udać się w pobliże Watykanu. Udało się trafić za pierwszym razem i po krótkim spacerze mogliśmy podziwiać z Placu Św. Piotra wszystkie otaczające go budynki. Następnie udaliśmy się do centrum miasta zobaczyć życie w Rzymie i przekąsić kolację. Do naszego domku również udało się trafić za pierwszym razem. Zanurzyliśmy się w relaksie, prysznic i spanie pod kołderką.

Tagi: GSR 600 | Suzuki | Suzuki Bandit 1200 | Czarnków | Chorwacja | Alpy | Grossglockner | turystyka | Honda Transalp | Honda | Transalp

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij