Motocykl poleca:

Ukraina: Morze Czarne, Stepy Akermańskie, Odessa.

Poleć ten artykuł:

Moja żona i ja przez ostatnie lata sporo jeździliśmy motocyklem po Europie, ale nigdy nie byliśmy na Wschodzie. Postanowiliśmy pojechać do kraju, o którym krążyło najwięcej opowieści z dreszczykiem- Ukrainy. Opowieści ludzi, którzy nigdy tam nie byli mroziły krew w żyłach: kradną, biją, nie ma wody itp. Ci, którzy tam byli chwalili sobie wyjazd. Postanowiliśmy pojechać nad Morze Czarne koło Odessy.
Zobacz całą galerię

Wyjechaliśmy spod Krakowa 1 lipca rano. Beatka, Staś i V-Strom 1000. Jazda do granicy okazała się trudna z powodu sporego ruchu na trasie i licznych robót drogowych. Przed granicą uzupełniliśmy hrywny, dolary i euro. Na przejściu granicznym w Korczowej miłe zaskoczenie- nie ma kolejki! Formalności na granicy zajęły mam prawie godzinę, bo tyle trwało wypełnianie karteczek i bieganie pomiędzy kilkoma okienkami. Celnicy grzecznie i chętnie pomogli nam przebrnąć przez biurokrację. Kiedy ja biegałem z karteczkami od okienka do okienka, Beatka odpowiadała na pytania celników dotyczące motocykla.

   Pierwsze kilometry w stronę Lwowa były dla nas odprężające: mało samochodów, szeroka i prosta droga, sielskie krajobrazy. Od razu przypomniało mi się dzieciństwo: krowy na łąkach, zaprzęgi konne, trzydziestoletnie samochody. Jedynym problemem były wyboje i garby na drodze, ale w końcu V-Stroma skonstruowano właśnie na takie drogi. Przed wyjazdem słyszałem, że nie wszyscy na Ukrainie przestrzegają przepisy ruchu drogowego. We Lwowie zrozumiałem dlaczego. Ulice są słabo oznakowane i strasznie wyboiste, dużo aut, a do tego wokół mnóstwo kobiet wyglądających jak Miss Ukrainy. W takich warunkach sam parę razy pojechałem nieprzepisowo. W pięknym Lwowie byliśmy krótko, bo planowaliśmy przejechać tego dnia połowę z 1260 km trasy do Morza Czarnego.  Na nocleg zatrzymaliśmy się w Tarnopolu, w ładnym hotelu polecanym w przewodniku. Honorowali tam karty kredytowe, a motocykla pilnował groźnie wyglądający ochroniarz hotelowy. Następnego dnia, po smacznym śniadaniu w hotelu ruszyliśmy w stronę Umania. Droga była szeroka i w przyzwoitym stanie, więc odkręciliśmy więcej niż wolno. Kosztowało nas to 260 hrywien, które uiściliśmy w komisariacie policji wyglądającym jak prowizoryczna buda. Na następnym stanowisku radarowym obsługiwany był motocyklista z Niemiec na BMW. Później jechaliśmy przepisowo i nie mieliśmy więcej problemów z policją, która pojawiała się średnio co 20 km.

   Od Umania do Odessy jechaliśmy piękną drogą ekspresową. Nigdy wcześniej nie widziałem tak szerokiej i równej drogi. Miejscami były po 3 pasy ruchu w każdą stronę i szerokie pasy awaryjne. Droga biegła zwykle w lini prostej, przez łagodne pagórki,  wśród pól ciągnących się po horyzont. Podczas przerwy, w barze przy autostradzie nie zapytałem o ceny, więc wypiliśmy najdroższą w życiu kawę. Im bliżej Odessy, tym więcej na drogach eleganckich samochodów: sporo Lexusów, BMW i Mercedesów, większość z ciemnymi szybami i wielkimi felgami. Benzyna była tania, ale kiepska. V-Strom dostawał czasem czkawki lub gasł na wolnych obrotach. Za paliwo zwykle trzeba było płacić „z góry”. Późnym wieczorem dotarliśmy do kurortu Zatoka koło Odessy. Kwater było mnóstwo, ale nie wyglądały zachęcająco, więc znowu trafiliśmy do hotelu, tym razem przy samej plaży. Mile widziane były dolary, euro i karty kredytowe. Po długiej rozmowie z paniami w recepcji pomyślałem, że powinienem teraz całować po rękach moje szkolne nauczycielki języka rosyjskiego. Ceny w hotelu były na poziomie europejskim, ale mieliśmy w tym wliczony parking strzeżony, balkon z widokiem na morze i klimatyzowany pokój z łazienką. Ludzie na Ukrainie okazali się bardzo grzeczni i chętni do pomocy. Ciągle było słychać „parzałsta, spasiba, parzałsta”. W tłumie ludzi na plaży nie słychać wrzasków jak na plaży w Polsce; wczasowicze rozmawiają po cichu, grają w karty, kąpią się. Naprawdę można odpocząć. Plaża i morze wyglądają podobnie jak nad Bałtykiem, tylko woda jest znacznie cieplejsza. Rano na plażę, w południe siesta, bo jest za gorąco, po południu wycieczka krajoznawcza po okolicy. Pojechaliśmy motocyklem do Odessy, a innym razem do dawnego Akermanu. Odessa wygląda jak zwykłe zatłoczone miasto. Łady jest fragment przy schodach potiomkinowskich i główny deptak. Są tu eleganckie sklepy i kawiarnie. Ceny są do zaakceptowania i jest miła obsługa. Na ulicach bardzo drogie samochody. Przez pół dnia motocykla pilnowali nam sympatyczni policjanci, którzy sami się zaoferowali. Kaski włożyliśmy im do radiowozu. Nawet nie chcieli przyjąć ode mnie pieniędzy za fatygę. Wyjazd z miasta był bezproblemowy- trzypasmowe ulice wylotowe, potem autostrada.

   Ze szkoły pamiętałem jeszcze wzruszający fragment „Stepów Akermańskich” Mickiewicza: „Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi? to błyszczy Dniestr, to wzeszła lampa Akermanu”. Pojechaliśmy do Białogrodu (dawnego Akermanu) sprawdzić widoki opisane przez Mickiewicza. Wjechaliśmy do mocno zaniedbanego miasteczka, na końcu którego znajduje się Twierdza. Twierdza stoi na brzegu pięknego Limanu, czyli ujścia Dniestru do morza w formie dużego jeziora. Pierwsze zdziwienie: dlaczego na takim fajnym jeziorze nie ma ani jednego jachtu, żaglówki, ani nawet łódki?! W Polsce jest to nie do pomyślenia! Wchodzimy do Twierdzy, a tam fosa taka głęboka, że ho, ho! Zachodziło już słońce, więc wzruszyliśmy się podobnie jak Mickiewicz podziwiając widoki. Szkoda tylko, że stepy zostały zaorane.

   Wracając do Polski zwróciliśmy uwagę na oryginalny sposób ostrzegania kierowców na tzw. czarnych punktach. W takich miejscach wystawione są rozbite samochody na specjalnych postumentach. Według Beatki działa znakomicie na wyobraźnię.  Po drodze kupiliśmy naszym dzieciom dwa koniki na biegunach i przytroczyliśmy je do torby podróżnej. V-Strom wyglądał komicznie z tymi dwoma konikami, więc wzbudzaliśmy uśmiechy u przechodniów. Posiłki jedliśmy w przydrożnych barach. Były smaczne i tanie. Widzieliśmy bardzo mało motocykli i to prawie wyłącznie turystów z zagranicy. Wyjazd kosztował nas wyraźnie mniej niż podobne wyjazdy do innych krajów, a było równie fajnie. Przejechaliśmy ponad 2700 km.
   Na granicy niestety była długa kolejka i szczegółowa kontrola. Po przeszło 2 godzinach wjechaliśmy do Polski: jak tu ładnie, czysto, kolorowo!

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij