Motocykl poleca:

Wasze podróże: Prowansja, czyli Gourdon pachnące lawendą

Poleć ten artykuł:

Piękne krajobrazy, zabytki, góry i lazurowe morze - jednym słowem warto jechać do Prowansji. Przekonuje nas o tym Leszek Jaworski - nasz czytelnik.

Zobacz całą galerię

W necie znalazłem coś w sam raz: w miejscowości Grasse fajny domek z tarasem, bajecznym widokiem na wzgórza i sporym basenem. Niedługo potem w pewne majowe popołudnie spotkały się cztery motocykle: GS 1200 Adventure Gutka, GS 1200 Axela, K 1200 LT Tomanka i mój Triumph Tiger Explorer. Niecałe 3 godziny później byliśmy w pensjonacie w Mikulovie w Czechach. Następnego dnia Austria. Przed Salzburgiem zaczęło lać. Potem, przeważnie w deszczu, przez Kufstein, Innsbruck i Landek zajechaliśmy do Kappl, gdzie mieliśmy miejsca w pensjonacie. W GPS-ie zapisałem namiary, wzięte z jego strony. Nie ma. Pytamy ludzi. Nikt nic nie wie. W końcu – jeżdżąc początkowo dołem wsi, a następnie wysoko po stokach – znaleźliśmy przemyślnie ukryty obiekt.

 

Piątkowy poranek powitał nas mgłą, deszczem i 6 stopniami, na szczęście na plusie. Przed nami przełęcz o wysokości prawie 1900 m n.p.m. Włożyliśmy na siebie wszystko, co mieliśmy w kufrach, i potoczyliśmy się przez Zernez do Sankt Moritz. Trasa na pewno byłaby piękna, gdyby nie to, że widzieliśmy głównie biel i mokre drogi. Przed Sankt Moritz deszcz przeszedł w śnieg. Zero stopni na blatach. To odebrało nam ochotę na zwiedzanie tego słynnego miasteczka. Mieliśmy tylko jedno marzenie: zjechać niżej, nim śnieg zasypie drogę.

Zwodnicze 23

Zjazd z Majolapass to seria przecudnych 180-stopniowych zakrętów, niekoniecznie bezpiecznych, bo w huraganowym wietrze, walącym śniegu i naszym nieustannym dygocie z zimna. Zjechaliśmy w dolinę, a gdy termometry pokazały +6 stopni wreszcie przestało nami telepać. Koło Mediolanu było już +30 stopni. Jeszcze troszkę autostradą do Asti, po czym stanęliśmy w zabytkowym pensjonacie w malowniczym ogrodzie. Co niezwykle ważne – z własną piwniczką.

 

Sobota. Przez Albę i Cuneo śmignęliśmy w góry. W planie była malownicza przełęcz Lombarde o wysokości 2350 m, za którą zaczyna się Francja. Niestety, na początku drogi w górę nasz zapał ostudziła czerwona tablica z informacją, że Lombarde jest chiuso, fermè, closed oraz geschlossen. Po zastanowieniu wybór padł na Col de Tende. Trafiliśmy przed nią na czerwone światło, a zegar pokazywał 23. Znaczy 23 sekundy do zielonego – uzgodniliśmy. No to luzik! Tylko dlaczego wszyscy pogasili silniki? Po chwili wiedzieliśmy, że zegar pokazywał minuty do zielonego.

Tunelem wjechaliśmy do Francji, by po pewnym czasie ponownie znaleźć się we Włoszech. Za przyjemność stania w dzikim upale i przejechania 200 m autostradą w korku zapłaciliśmy 2 euro. Po chwili znów byliśmy we Francji. Kilka starć z bezdusznymi automatami autostradowymi, jedno z automatyczną stacją benzynową (bez pomocy francuskiego bikera stalibyśmy tam chyba do dziś), po czym wąskimi, krętymi dróżkami pędziliśmy do Grasse, gdzie zabukowałem dom, który miał być naszą bazą wypadową.

Ugotowani na twardo

W niedzielny poranek postanowiliśmy zwiedzić Cannes, Niceę i Monaco. Droga do Cannes minęła bez problemu, ale potem korki doprowadziły nas do rozpaczy. Odcinek z Cannes do Nicei to była droga przez mękę: korek, nasze duże sprzęty nie przecisną się bokami, upał ponad 30 stopni, a Adventure Gutka chłodzony tylko powietrzem. Ugotowani na twardo odpuściliśmy Monaco i uciekliśmy w góry. Radośnie kręcąc milionami winkielków, wróciliśmy do Grasse.

Początek zamkniętej z powodu śniegu drogi na przełęcz Lombarde. Pojechało francuskie autko. Czekamy czy wróci. Wróciło.

 

W poniedziałek pojechaliśmy w malownicze góry Prowansji. Na początek Gourdon – prześliczne miasteczko na wysokiej skale, górujące nad głębokim przełomem rzeki Loup. Słynie ono z wyrobu koncentratów zapachów roślinnych, głównie lawendy. Dlatego wokół roznosił się niezwykle intensywny jej zapach. Z Gourdon pojechaliśmy do Saint Auban, gdzie podziwialiśmy przełom rzeki L’Esteron. Wąziutka, cudowna droga wykuta w pionowej skale głębokiego wąwozu, z widokiem na grupki ludzi uprawiających canyoning. Kolejnym celem było miasteczko Entreveaux – średniowieczny, niezwykle malowniczy gród warowny na skale, zwieńczony potężnym zamkiem. Trasa do miasta wiodła wąziutkimi, krętymi i, czego nie mogliśmy się nachwalić, pustymi dróżkami. W Entreveaux spacerek po kamiennym mieście, buziaczek w klamkę zamkniętego muzeum motocykli i popędziliśmy w stronę przełomu Daluis.

 Gourdon. W okienku siedzi pan grajek i umila wdychanie kwiatowych zapachów.

 

To jeden z ładniejszych przełomów, jakie widziałem: pionowe, rdzawobrązowe ściany o wysokości nawet kilkuset metrów, droga biegnąca wysoko półeczką przez liczne zakręty i wąskie tunele. Z przełomu dojechaliśmy do miasteczka Valberg – zimowej stacji narciarskiej. Chcieliśmy coś zjeść, ale przed wieczorem nie ma na to we Francji szans. Więc pojechaliśmy do przełomu Cians. Ma on zupełnie inny charakter – droga wiedzie dnem głębokiego wąwozu długimi tunelami. Czasem są tylko małe parkingi przy ciekawszych miejscach. Potem coraz lepszymi drogami wróciliśmy do bazy.

Jak żandarm z St Tropez

Następnego dnia w dwa motocykle pojechaliśmy do opactwa Le Thoronet. Początkowo jechaliśmy zatłoczonymi drogami do Draguignan, a potem już pustymi, urokliwymi dróżkami do opactwa. Leży ono nad rzeką Argens i pochodzi z 1176 roku. Założyli je cystersi, którzy produkowali tu wino i oliwę. Pooglądaliśmy wszystko sumiennie, w kościele przeczekaliśmy silną, na szczęście krótką ulewę, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem pojechaliśmy przez góry wąskimi, pustymi drogami, przez niewysokie przełęcze, pastwiska, malownicze kamienne wioski rozłożone na szczytach i stokach wzgórz.

 

W chłodny środowy poranek zapadła decyzja: Lazurowe Wybrzeże. No to śmignęliśmy w stronę Cannes. Pogoda zrobiła się cudna. Na początek minęliśmy masyw Esterel – rdzawe skały wpadają tam do lazurowego morza, skaliste półwyspy, zatoczki z małymi plażami i czyściutką wodą. Koło południa postój w nadmorskiej knajpce na obiad złożony z morskich stworów. Kolejny etap doprowadził nas do centrum Saint Tropez. Stanęliśmy koło portu. Powoli spacerowaliśmy nabrzeżem, oglądając jachty wielkością i przepychem znacznie wykraczające ponad jachtową przeciętność. Nasyceni widokami, przez zatłoczone drogi przedarliśmy się do autostrady i pomknęliśmy z powrotem do Grasse.

Tagi: Turystyka | Prowansja | Francja | Gourdon | Leszek Jaworski

Oceń artykuł:

4.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij