Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Wasze podróże: Turystyka Adriatica Tour 2012

Dlaczego na południe? Bo wypad planowaliśmy na długi weekend majowy, a wtedy na pogodę można najbardziej liczyć właśnie tam. A skoro w tamte rejony, to Adriatyk. A skoro Adriatyk, czemu by nie objechać go dookoła…

27 kwietnia u Pitera kończymy pakowanie, jemy pożegnalne ciacho mamy gospodarza i w południe spod nowo wybudowanego ratusza w Siechnicach pod Wrocławiem startujemy do pętli wokół Adriatyku. Jest nas czwórka: Agata i Kuba na GS-ie 1200, Piotrek na Hayabusie i Piter na drugim GS-ie. Pierwszy nocleg wypada pod Brnem. Śpimy krótko, bo przed nami dojazd na wyspę Krk, a więc: Czechy, Austria, Słowenia i Chorwacja, czyli jakieś 800 km. Po parunastu godzinach jazdy w sznurze Polaków (zaczyna się długi weekend majowy) docieramy do miasteczka Silo, gdzie na dwie noce rzucamy kotwicę.


Chorwacka ósemka

Kręcąc się po okolicy, widzimy gaje oliwne, zahaczamy o Plitvickie Jezera, próbujemy rybek i poznajemy trzeciego Piotrka, który na Hayabusie (1200 km w jeden dzień i tylko 200 ¤ mandatu) wpada z Warszawy na weekend. Postanawia pokręcić się z nami i przyłącza się na… tydzień. Od tej chwili fl otę stanowią dwa R 1200 GS i dwa GSX 1300 R. Było tak, że na zakrętach GS-y doganiały Hayabusy, a Hayabusy na szuterkach w Bośni nie ustępowały beemkom na krok. W powiększonym składzie opuszczamy region Kvarner i zabieramy się za słynną chorwacką ósemkę. Przed nami 600 km serpentyn ze skalną ścianą nad lewym ramieniem i Adriatykiem pod prawym. Żeby trochę pozwiedzać, trasę dzielimy na kilka dni. Po drodze park Krka z kaskadami wodospadów, Trogir (z jedynym podczas całego wyjazdu dwugodzinnym plażowaniem), Split z pałacem Dioklecjana (którego popiersie omal nie (u)padło ofi arą naszej nieuwagi), Baška Voda i Makarska Riviera. W następnym etapie opuszczamy Chorwację, aby na kilkadziesiąt kilometrów wpaść do Bośni i Hercegowiny, po czym znów jesteśmy w Chorwacji, by dotrzeć do Dubrovnika, gdzie mamy zamiar zostać jeden dzień i powłóczyć się trochę.

Serpentyny Czarnogóry

Z Dubrovnika ruszamy na południe – do Czarnogóry. Po zakwaterowaniu się, wylatujemy w stronę Parku Narodowego Lovćen, wspinamy się nad Kotorem po ciasnych serpentynach, ciesząc się najpiękniejszymi górskimi panoramami całego wyjazdu i oglądając górskie wioseczki, jakich chyba nie ma nigdzie indziej. Po zmroku zjeżdżamy do Kotoru. Następnego dnia, jeszcze przed wschodem słońca, startujemy w kierunku kanionu rzeki Tary. Wieczorem musimy być na promie w Dubrovniku, a przed nami jeszcze Park Narodowy Durmitor. Jest tylko jeden problem: mimo że musimy się spieszyć, tu nie da się szybko, bo co chwilę trzeba cyknąć fotkę lub nacieszyć się widokiem. Rzeka Tara i przerzucony nad nią most Djurdjevica rzucają nas na kolana. W miejscowości Zabljak (u bram Durmitoru) od dwóch Słowaków dowiadujemy się, że w górnych partiach gór leżą 4 metry śniegu. Dzięki temu po pierwsze nie spóźniamy się na prom do Włoch, po drugie mamy solidny pretekst do powrotu do Czarnogóry.

Uwaga, Italia!

Z Durmitoru startujemy do Dubrovnika, skąd mamy prom do Bari. Nadchodzi pora rozstania z Piotrkiem. Jest 7. dzień od chwili, gdy w Chorwacji usłyszeliśmy: „Ej, karnę się z wami, co?”. Rzadko spotyka się człowieka, który od razu jest kumplem. Potem wchodzimy na niebudzący zaufania prom, który po nocy spędzonej w niewygodnych fotelach wypluwa nas na wysokości pięty włoskiego buta. Włochy wywołują szok: wszędzie śmieci, brud, na drogach chaos. Przeskakujemy na autostradę A16 i kierujemy się na zachód. Chcemy dotrzeć do Wezuwiusza i zwiedzić Pompeje. Po przejechaniu 300 km zostawiamy na bramkach 30 ¤, za litr benzyny płacimy 1,95 ¤ – nie jest dobrze. Po Pompejach uzgadniamy, że nie przepłacamy za autostrady i do Rzymu jedziemy normalnymi drogami. Ta decyzja to spory błąd. Powiem tylko, że w pewnym momencie na moim motocyklu siedział pewien (nazwijmy go umownie) „niewłaściciel”. W ostatnim momencie wyrywam kluczyki ze stacyjki. Owemu włoskiemu miłośnikowi niemieckiej marki nie przeszkadzało, że stałem przy motocyklu. Dziś wiemy, dlaczego włoskie autostrady tyle kosztują – są tego warte.

Do Rzymu docieramy w nocy. Kolejne dni to sielanka – choć w deszczu, udaje nam się zwiedzić trochę Rzymu i Watykan. Potem ruszamy w kierunku Bolonii, aby zwiedzić muzeum i fabrykę Ducati. Tutaj znów obsuwa: nie pozwalają nam wjechać na jej teren, więc motocykle muszą zostać na ulicy w, uwierzcie mi, nieciekawej dzielnicy, a dobytek trzeba wrzucić na plecy. Dlaczego? Bo nie jeździmy Dukatami... Fabryka okazuje się według nas montownią: wszystkie podzespoły czekają na paletach, aby je poskręcać. Muzeum pewnie robi wrażenie na miłośnikach MotoGP, na „kierownikach” GS-ów nie bardzo – generalnie dorabianie włoskiej ideologii do niemieckiej już przecież marki.

Alpejskie hołubce

Przed nami jezioro Garda i Dolomity, potem Austria i Alpy, więc zapowiada się kręto i widokowo. Ruszamy na północ i dojeżdżamy do Lago di Garda. Za Weroną pojawia się coś, co po Włoszech witamy z zadowoleniem: austriacki Ordnung: znikają śmieci, wszystko jest milsze dla oka. Dziś już wiemy, że jeśli Włochy, to do jeziora Garda, niżej tylko autokarem. Po zaliczeniu Cortiny d’Ampezzo, Predazzo i kilku przełęczy, w tym Pordoi, w ulewie i w środku nocy jesteśmy w Zell am See. I nagle, mimo przemoknięcia, stwierdzamy, że życie jest piękne. Powód? Jutro Grossglockner! Pogoda sprzyja (+25O i widoczność prawie do Wezuwiusza), więc ruszamy na alpejskie winkielki. Grossglockner Hochalpenstrasse jest niczym stary, dobry szlagier: nawet gdy siły na wykończeniu, zawsze porwie do tańca. A jest tu sporo zakrętów, na których można, ojjj można „zatańczyć”. Robimy kółko: Lienz – Grossglockner – Kaprun, zahaczając o Felbertauern Strasse. Wieczorem mamy w programie rakiję „rocznik 3000 km” (kupioną jeszcze w Chorwacji) i stos wrażeń, które docierają do nas dopiero teraz. W przedostatni dzień w upiornym upale docieramy do Czech. Przed nami jeszcze paręset kaemów, a przed nimi cesnaková polievka na pierwsze, smažený sýr na drugie i motocyklowe buty elegancko wyeksponowane na balkonie.

Czarnogóra rulez

Gdybyśmy jeszcze kiedyś mieli trafi ć w tamte okolice, ominęlibyśmy południe Włoch. Jego miejsce zajęłaby Czarnogóra w wersji „all inclusive” i może Albania, jeśli w Hayabusach wystarczyłoby skoków zawieszeń. W naszym rankingu Chorwacja wygrywała, ale wjazd do Czarnogóry doprowadził do zmiany na pozycji lidera. Chcemy podziękować: q czeskiej, austriackiej, serbskiej, bośniackiej, czarnogórskiej i włoskiej policji, które mimo że mogły, nie wlepiły nam mandatów q szczęściu – bo dzięki niemu cało wróciliśmy do domów (spalone żarówki i trzy gleby parkingowe się nie liczą) q ambasadzie RP w Podgoricy – za błyskawiczną odpowiedź na pytanie o przejście graniczne: dostaliśmy ją już dwa tygodnie po powrocie do Polski q Marco z Neapolu, który usilnie namawiał nas na powrót na autostradę q włoskim koncernom paliwowym – dzięki 8 zł/l wiemy, co to takiego ecodriving.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Dlaczego na południe? Bo wypad planowaliśmy na długi weekend majowy, a wtedy na pogodę można najbardziej liczyć właśnie tam. A skoro w tamte rejony, to Adriatyk. A skoro Adriatyk, czemu by nie objechać go dookoła…
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:25:40