Motocykl poleca:

Wasze podróże: do Brazylii po Capoeirę

Poleć ten artykuł:

Byliśmy dumni z pomysłu na tę wyprawę: przed nami była droga do Brazylii przez blisko 30 krajów na czterech kontynentach.

Zobacz całą galerię

Szybko przejechaliśmy przez Ukrainę i Rosję. Potem był Kazachstan. Pogranicznik przypomniał nam, że to kraj Borata. Witając nas: „OK mister, welcome Kazachstan!”, powiedział to z jego akcentem, wywołując nasze uśmiechy. Pod granicę z Uzbekistanem dojechaliśmy za wcześnie: wiza do tego kraju zaczynała obowiązywać za 5 dni. Spędziliśmy je na plaży w mieście Aktau nad Morzem Kaspijskim. Na dojeździe prowadziliśmy pół żartem, pół serio konkurs Gleba Challenge, rejestrując liczbę wywrotek. Statystyki rosły z każdą godziną. Na naszych świeżutkich Yamahach Ténéré pojawiły się pierwsze rysy, odpadły pierwsze śruby, pogięły się niektóre części.

W Uzbekistanie niedaleko za Samarkandą z winy pewnej dziewczynki, która postanowiła przebiec drogę tuż przed naszymi kołami, losy wyprawy zawisły na włosku. Hamowanie przy ok. 110 km/h zakończyło się spotkaniem z asfaltem. Szczęśliwie dziewczynce nic się nie stało, protektory w kombinezonie wykonały swoje zdanie, tylko rękawiczki przestały istnieć. Yamaha zaś zyskała sporo świeżych rys na cerze i mocno skrzywioną lagę. Poradził z nią sobie pewien dobry człowiek w Taszkiencie.

Nic chińskiego w Chinach

Z Uzbekistanu planowaliśmy wjechać do Tadżykistanu. Niestety, z powodu zamieszek patrole wojskowe zawracały podróżników. Udaliśmy się więc do Kirgistanu. To był początek jazdy w górach i nocowania w jurcie. Po pierwszej nocy zrozumieliśmy, że żarty się skończyły (Garmin wskazał 3055 m n.p.m., temperatura mocno spadła), więc do kombinezonów wpięliśmy podpinki.

W Chinach nic chińskiego nie zobaczyliśmy. Prowincja Xinjang, którą odwiedziliśmy, to właściwie jedynie trasa tranzytowa do Pakistanu. Po tym, jak dokładnie zrewidowano nas na granicy, sprawdzono laptopy i dyski twarde, skonfiskowano noże i siekierki, przeszliśmy do batalii z urzędami. Trwała 5 dni, z czego większość czasu spędziliśmy, śpiąc na parkingach w oczekiwaniu na jakieś dokumenty. Wreszcie dotarliśmy na granicę Chin i Pakistanu – przełęcz Khunjerab na wysokości 4693 m n.p.m. Gdy pogranicznik pakistański powitał nas, radośnie wykrzykując „Welcome to Pakistan!”, poczuliśmy się znacznie lepiej.

Karakorum Highway przyjął nas remontem. Objazd prowadził przez kamieniste zbocze góry, przez które przepływał szeroki strumień. Tego w naszym off-roadowym repertuarze dotychczas nie było. Potem nie brakowało szutrów, błota i kamieni, ale też świetnych asfaltów. Atrakcją było jezioro Attabad, które powstało w 2010 r. w wyniku potężnego osunięcia gruntu i zablokowania w ten sposób biegu rzeki Hunza. Pod wodą znikło 25 km Karakorum Highway i 6 mostów. Czyli przeprawa. Na małe drewniane łodzie wjeżdża się i zjeżdża z nieutwardzonego nabrzeża, a podczas podróży należy nogami podtrzymywać drewniane pale, na których stoją motocykle. Przewoźnicy podnosili dramaturgię historyjkami o kilkudziesięciu zatopionych w ten sposób samochodach.

Tagi: podróże | turystyka motocyklowa

Oceń artykuł:

5.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij