Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.8

Pamir- turystyka na motocyklu

W kierunku gór Pamir wystartowaliśmy 12 czerwca 2014 roku. Przejechaliśmy 13 700 km, podróż trwała 29 dni. Było nas trzech: Herni na Hondzie Transalp 650, Joker na Hondzie Africa Twin i ja – Magyar – na Transalpie 600.

Projekt Pamir: 13 700 km w 29 dni.

Na Ukrainie szybko połykaliśmy kilometry. Jedynym miastem na trasie był Kijów. Przez konflikt w południowo-wschodniej Ukrainie zmodyfikowaliśmy trasę: zamiast jechać przez Donieck skierowaliśmy się na północny wschód. Jeden z noclegów w Rosji wypadł nad Woł­gą. Rano, po wyjściu z namiotów, zaatakowały nas chmary meszek. Owady tak podkręciły nasze tempo, że od wyjścia z namiotów do odpalenia zapakowanych motocykli minęło kilka minut...
Droga przez kazachski step bywała nużąca. Jecha­łem za Jokerem, gdy zobaczyłem idącego w naszą stronę dromadera. Joker nie reagował. Pisk zblokowanych na moment opon w jego sprzęcie spłoszył wielbłąda, tyle że – zamiast się wycofać – przyspieszył bieg do przecięcia z torem jazdy motocykla. Joker kierownicą zawadził o podgardle zwierzęcia, ułamał lusterko i skrzywił handbara. Na szczęście kolizja jedynie zmieniła tor jazdy motocykla i Joker zjechał na pobocze.
W Uzbekistanie dojechaliśmy do pierwszej wioski, a przed nią do milicyjnej rogatki, gdzie mundurowy sprawdził paszporty. Gdy zapytaliśmy go o stację benzynową, odpowiedział, że jest, więc wjechaliśmy między zabudowania. Owszem, była stacja, ale wyglądała na od lat nieczynną. W barze spytaliśmy o benzynę. Barman chciał 4000 som za litr. Uznaliśmy, że to za drogo, bo paliwo miało tu kosztować około 2500 som. Kierowcy ciężarówek na parkingu po drodze do miejscowości Nykus śpiewali po 5000 som/litr. W końcu z kierowcą z Turkmenistanu uzgodniliśmy 3300 som. Tankowa­liśmy po zmroku, świecąc czołówkami. Co wlaliśmy, nie wiem. Płyn wyglądał i pachniał jak benzyna.

Trzy żony
Zaparkowaliśmy pod jedną z bram starego miasta w Chivie w Uzbekistanie. W jednym z budynków spotkaliśmy trzy kobiety, które sprzedawały bilety wstępu. Herni zapytał jedną z nich o wiek. Powiedziała, że 40. Potem spytał, ile jej mąż ma żon. „Trzy” – odparła, ale to ona jest „pierwaja” i to z nią ma dwójkę dzieci. Na pytanie, czy mąż ją kocha, po krótkim wahaniu odpowiedziała: „Ja kocham męża”.

Przez Tadżykistan i Uzbekistan prowadzą szlaki narkotykowe. Władze, by ograniczyć przemyt, zamknęły część granic między tymi krajami. Mieliśmy nadzieję, że polski konsul w Uzbekistanie powie nam, które granice są otwarte dla Polaków. Niestety, w słuchawce usłyszeliśmy zbywającą regułkę: „To bardzo niebezpieczny kraj, odradza się podróżowania, zwłaszcza po zmroku”.
Na naszej trasie znalazł się 5-kilometrowy tunel Anzob, znajdujący się około 70 km na północ od Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Umowa z irańską firmą obejmowała jedynie wydrążenie tunelu w skale, bez prac wykończeniowych. Gdy jechaliśmy Tunelem Śmierci, ponieważ tak też jest nazywany, nie działały wentylatory, brak było oświetlenia, a dziury w drodze, których głębokość była nie do przewidzenia, wypełniały przesiąkające wody gruntowe.
Jechaliśmy w stronę przełęczy na wysokości powyżej 4000 m n.p.m. Rzadkie powietrze powodowało, że motocykle słabły. Wszystkich nas dopadła choroba wysokościowa: złe samopoczucie, nudności, biegunka. Otaczał nas księżycowy krajobraz. Wspinaliśmy się coraz wyżej. Zubożona mieszanka paliwowa niewiele pomagała. Transalp był słaby i momentami obroty spadały do zaledwie 3500. Dowlekliśmy się do tablicy z informacją: „Przełęcz Ak-Bajtał, wysokość 4655 m”. Przed wyjazdem myślałem, że jak dotrę w to miejsce, wbiegnę na najbliższą górę, aby być jeszcze wyżej, i będę się wydzierał z radości. Jednak nudności i wynikający z nich przymusowy post sprawiły, że nie miałem na to sił.

Kirgistan: góry i jaki
Granicę z Kirgistanem przekroczyliśmy na przełęczy Kyzyl Art (4290 m n.p.m.). Już po kirgiskiej stronie spojrzeliśmy za siebie i zobaczyliśmy białe, przykryte wiecznym śniegiem szczyty Gór Zaałtajskich, będących północną częścią gór Pamir, a wśród nich ich najwyższy szczyt – Pik Lenina (7134 m n.p.m). Gdy po zwiedzeniu targu w Dżela­labadzie przygotowywaliśmy się do odjazdu, jak zwykle otoczyła nas grupa ciekawskich. Po wielu standardowych pytaniach padło takie, którego nikt wcześniej nie zadał: „Ile pali?”. Gdy odpowiedzieliśmy, pytający machnął ręką i wszyscy rozeszli się. Motocykl stracił dla nich sens, skoro pali niewiele mniej niż samochód. Rano ruszyliśmy w stronę jeziora Song-Kul. Większość trasy przejechaliśmy drogami szutrowymi, wspinaliśmy się widowiskowymi serpentynami. Wiele razy mijaliśmy stada koni i czasem jaków. Otaczały nas niekończące się góry.
Planowaliśmy spać w namiotach nad jeziorem Songköl, ale jakiś mężczyzna zaproponował nocleg w jurcie. Zgodziliśmy się bez zastanowienia. Kolację zjedliśmy w jednej z jurt, która pełniła funkcję stołówki. Rozmawialiśmy z kobietami zajmującymi się wynajmem jurt dla turystów. Powiedziały, że mężowie zostali na gospodarkach, a one prowadzą ten interes od czerwca do września.

Znów Kazachstan
Kirgistan pożegnał nas deszczem. Przemokliśmy i zmarzliśmy do kości. Miałem problem z wypełnieniem dokumentów na granicy, bo tak trzęsły mi się ręce. Celnicy sprawdzili nasze dokumenty, po czym zaprosili do pokoju, poczęstowali herbatą, chlebem, dżemem i ciastkami oraz kumysem,którego – będąc tam – trzeba spróbować. Ten napój wygląda jak mleko, a smakuje jak wędzony, kwaśny ser.
Wielką atrakcją był Kanion Szaryński. Po drodze na jego dno podziwialiśmy różne formy skalnych ścian, słupów i tuneli. Dojechaliśmy do miejsca, w którym kończyła się droga, a dalej była tylko rzeka. Tam zanocowaliśmy.

20 złotych łapówki
Za przejazd lewą stroną pobocza i przekroczenie linii ciągłej zatrzymała nas milicja. Jako że w pierwszym zdaniu odezwałem się po rosyjsku nieco poprawniej od kolegów, zapytali mnie: „Dominik, jakie widzisz rozwiązanie?”. Udawałem, że nie wiem, o co chodzi, ale w końcu wyciągnąłem portfel, pokazując, że mam tylko 5700 tenge. Resztę kasy (dolary) miałem w drugim. Jeden z milicjantów zabrał 5000 i oddał końcówkę. Po chwili rozdyskutowaliśmy się, czyja to była wina. Gdy tak sprzeczaliśmy się, gliniarz krzyknął z kontenera: „Dominik, w czym problem?”. Odpowiedziałem, że wszystko w porządku, ale że trwał spór, milicjant powtórzył pytanie. Ponownie zapewniłem, że „wsio w pariadkie”. Wtedy ni z tego ni z owego oddał mi 4000, zostawiając sobie 1000 tenge, czyli niecałe 20 złotych.
Pod kantorem w Taraz podszedł do nas młody Kazach. Po chwili zaprosił do swojego domu. Herni zapytał go, czy żona nie będzie zła. Wtedy Sułtan, bo tak miał na imię, powiedział spokojnym głosem: „Tu jest Azja, tu kobieta słucha”. W domu 23-letniego Sułtana była jego żona (22 lata) i jego dwie siostry – 18 i 17 lat. Byliśmy zdziwieni, że nie bał się zaprosić trzech obcych mężczyzn, z których ja byłem najniższy, a i tak wyższy o pół głowy od gospodarza. Sułtan napalił dla nas w bani, a jego siostry i żona nakryły do stołu jak na święta. Rozmawiałem z Sułtanem o życiu w Kazachstanie i Polsce itp. Powiedział między innymi, że wie, iż jego prezydent jest dyktatorem, ale akceptuje to, bo żyje mu się dobrze. Przeciętne zarobki w jego mieście to około 300 euro, a pensja milicjanta niskiego szczebla to 500 euro.
Próba obejrzenia Bajkonuru nie powiodła się – dojechaliśmy jedynie do szlabanu, skąd było widać tylko parę budynków najeżonych antenami. Strażnik powiedział, że do miejsca, skąd startują rakiety, jest kilkadziesiąt kilometrów, a dalej bez przepustek nie pojedziemy.
Zamknięta pętla
W miarę zbliżania się do granicy z Rosją stepy robiły się zielone, pojawiały się mizerne drzewa. Granicę przekroczyliśmy sprawnie. Przed Woroneżem zamknęliśmy pętlę i od tej pory wracaliśmy tą samą drogą, którą jechaliśmy niedawno, podnieceni na czekającą nas przygodę. Tym razem wieźliśmy duży bagaż wspomnień i doświadczeń.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij