Motocykl poleca:

Wyprawa po Urala - czyli przygód kilka!

Poleć ten artykuł:

Nazywam się Arek, obecnie mam 39 lat i mieszkam w Krapkowicach. To miejscowość położona pod Opolem ok. 30km w kierunku na Racibórz. Odkąd pamięcią sięgam zawsze fascynowały mnie motocykle. To zapewne wina mojego ojca, który od momentu gdy skończyłem 3 lata zabierał mnie na swojej SHL-ce M11 przypinając mnie do siebie pasem. Gdy osiągnąłem odpowiedni wiek zapragnąłem posiadać własny motocykl i tak kolejno pojawiały się różne modele począwszy od CZ 350, CZ 175, SHL M17 Gazela i kilka starych Japońców.
Zobacz całą galerię

Od 2001r moją pasją był Junak. Miałem takie 2 jeden M10 z 60r drugi M10 z 65r. To wspaniałe motocykle ale wymagają dużej wiedzy o ich właściwej eksploatacji i mechanice by móc cieszyć się dalekimi podróżami. Jako właściciel i miłośnik motocykla zabytkowego  zostałem członkiem Opolskiego Klubu Motocykli Dawnych SM z siedzibą w Opolu w którym działam już 5 lat. Tam też moi koledzy mają motocykle radzieckie praktycznie wszystkie modele, jakie wyszły. Rusy wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie swoją wytrzymałością i praktycznie bardzo małą awaryjnością. Wspólnie przemierzaliśmy wiele kilometrów, ale z rusami Junak nie miał szans. Dlatego od dłuższego czasu po głowie przebiegała mi myśl, która dotyczyła kupna motocykla radzieckiego. Oczywiście, jako niedoświadczony w tym temacie było mi obojętne, czy będzie to dolniak, czy raczej górniak. Czy kupić wersje cywilną, czy może MW z napędem na wózek itp. Do tej pory specjalizowałem się w Junakach i wiedziałem o nich wszystko. Przy dobrej eksploatacji były wspaniałymi i niezawodnymi maszynami. Ale jak to bywa ze starym motocyklem do każdej poważniejszej wyprawy powyżej 150 km trzeba było go odpowiednio przygotować. I wreszcie stało się. Przez  internet znalazłem za Gnieznem gościa, który po prostu chciał się zamienić. Zapewnił mnie, że jego Ural M67-36 jest w pełni sprawny i można nim przyjechać. No to, co w drogę. Umówiłem się z kumplem z pracy, że pojedzie ze mną i będzie mnie asekurował, bo różnie bywa. Plan był taki wsiadam na Junaka w sobotę jadę do Opola tam dołącza do mnie Grzesiek na swojej Hondzie Shadow 750 i jedziemy za Gniezno. Proste. No to, co zabrałem się za przygotowanie Junaka do drogi.



Przypomniało mi się, że ostatnio, kiedy wjechałem w dziurę poszedł mi bezpiecznik rurkowy, którego nie miałem, więc zmuszony byłem do wyrwania kabla i skręcenia go na krótko. Postanowiłem to naprawić, wziąłem lutownice i zwyczajnym sposobem po prostu powróciłem do oryginału. Bo motor musi być sprawny. Sam go odbudowałem, w 2008 roku przeszedł gruntowny remont, więc nie mogło być niespodzianek. Sprzęt był sprawdzony w trasie. Tego się nie bałem. A więc wszystko gra oleje, ustawienie zaworów, jazda próbna nie wykazała żadnych mankamentów. Motor objuczony czekał na ranny wyjazd. Umówiłem się w Grześkiem na stacji Orlen w Opolu o 5.55. Nie mogłem coś spać chyba z wrażenia, więc postanowiłem ruszyć o 5.00 Do przebycia tylko 30 km do umówionego miejsca spotkania. Tam poczekam przy gorącej kawie. Wypchałem Junaka z garażu na główna drogę żeby nie budzić sąsiadów. Klasyczne przelanie gaźnika, 2 suche kopy, zapłon i za pierwszym kopem tyka. Praca silnika była po prostu imponująca. Ruszyłem a dookoła ciemność, ale mój Jasiek ma 12 V instalację i światła po byku. Jadę mija pierwszy kilometr, następne 500 m i nagle Junak staje. Szok, co sie dzieje? Patrzę ciemno na zapłonie, pewnie poszedł bezpiecznik, ale nigdy się nic takiego nie działo. Sprawdzam i szok bezpiecznik sprawny. Wkręcam spowrotem i zapłon świeci, no to kopie i jadę dalej. Mija kolejne 1000 m i sytuacja się powtarza no to znowu sprawdzam bezpiecznik, ale to samo. Tyle, że tym razem po wkręceniu dalej nic nie działa. Ustaliłem, że coś z kablem dochodzącym do gniazda bezpiecznika. Poruszałem i zadziałało tyle, że po włączeniu świateł silnik gasł. Nerwy coraz większe ciemno ja na poboczu przyświecam sobie latarką z komórki. Udało mi się jeszcze przejechać bez świateł 500 m i stoję. Junak po prostu nie chce się ze mną rozstać. A czas płynie przejechałem raptem 3 km, a gdzie jeszcze ponad 300? No cóż drastyczne posunięcie wyrywam kable z gniazda i na skrętkę. Na szczęście miałem taśmę izolacyjna i nóż do tapet. Jest OK, wszystko gra można jechać. Więc przelewam gaźnik kopię i szok - kopniak został w dolnym położeniu, a silnik nie zapalił. No cóż, trzeba na popych. Udało się i jadę do Opola. Miałem być wcześniej i pić kawę a tymczasem Grzesiek czekał na mnie, na szczęście spóźniłem się tylko 5 min. Podjechałem na Orlen w Opolu i oznajmiłem Grześkowi, że nawet nie gaszę, bo już nie ma czasu. Jedziemy. Jako pierwszy dyktuję tempo. Wybieramy kierunek na Kluczbork, Kępno, Ostrów Wlkp., Jarocin, Wrześnię i wreszcie Gniezno.


Po przejechaniu 150 km stajemy na kawę, ja usprawniam kopnik. To jedyna możliwość rozprostowania kości, tyłek dawał się nam już we znaki.  Po ok. 30 min startujemy dalej. Do Gniezna docieramy ok. 12.30. Dzwonię do właściciela Urala, żeby ustalić miejsce spotkania. Cel - parking przy komisie samochodowym 10 km za Gnieznem w kierunku na Bydgoszcz. Czekamy w niepewności, bo różnie to bywa. Mija 5 min. nagle słyszymy odgłos motocykla, praca silnika równa gang też ciekawy. Naszym oczom ukazuje się niebieski rusek z wózkiem bocznym. Serce zaczęło mi bić mocniej. W końcu mam nim wrócić do domu. Na pierwszy rzut oka Ural jest niezły. Widać, że malowany troszkę mało starannie, ale ma nową instalację. Był niby po remoncie, miał już 12 V, alternator i akumulator samochodowy w wózku. Powiedziałem o wszystkich plusach i minusach mojego Junaka i o tym, co trzeba naprawić (bezpiecznik). Czas na jazdy próbne. Najpierw właściciel Urala, Marcin, zrobił rundkę na Junaku. Moja kolej, rus odpala za pierwszym kopem. Super, nigdy wcześniej nie jeździłem rusem, a już z wózkiem bocznym to dopiero. Biegi trzeba mocno wbijać. Skręcam w lewo bez problemu, ale w prawo szok, skręcam a zaprzęg jedzie prosto. Brak wprawy, ale co tam opanuje się. Stwierdziliśmy, że jest OK. i się zamieniamy. Spisaliśmy umowy, wymieniliśmy się dowodami rejestracyjnymi. Sprawdziłem dokumenty i okazało się, że rus ma OC, ale nie ma przeglądu. Trudno - pojadę bez. Pytam Marcina o jakieś narzędzia, klucz do świec, bo różnie bywa. Stwierdza, że Ural jest niezniszczalny i klucz do świec jest niepotrzebny. W wózku oprócz akumulatora była bańka z olejem, spoko. Przekazałem motor zatankowany, a w Uralu prawie pusto, ale Marcin dał mi 50 zł na dotankowanie. OK. Patrzę na Grześka i z przejęciem decyduje się na jazdę do domu. Mając świadomość, że jazda z wózkiem ponad 300km, jako nowicjusz to nie lada wyzwanie, ale co tam, jak mus to mus. Tego właśnie chciałem. Żegnamy się i w drogę. Przejeżdżamy przez Gniezno mija ok. 10 km i nagle Ural traci moc, zaczyna coś prychać i nie wiem skąd ochlapał mi lewego buta olejem. Pierwszy przymusowy postój. Cylindry gorące, że można jajka smażyć. Wykręcam świece kluczem zabranym z Junaka, czyszczę i wkręcam ją ponownie. Zabieg pomaga Ural jedzie dalej, ale po następnych 10 km sytuacja się powtarza. Przy okazji postoju tankowanie.


 Nie podoba mi się, że jadę bez przeglądu, ale pocieszam się, że najwyżej mogą zabrać mi dowód. Po drodze mijamy dziewczynki uprawiające najstarszy zawód świata. Jedziemy przez jakiś las i mamy za sobą chyba ze 4 przymusowe postoje podyktowane buntem Urala. Emocji nie brakuje. Nagle Ural odmawia posłuszeństwa. Razem z Grześkiem spychamy Urala żeby nie utrudniał ruchu. Podchodzi do nas dziewczynka namawiając na usługę. Oglądam motor i stwierdzam, że brak paliwa. Sucho. Okazało się, że żarł jak czołg. Grzesiek jedzie na najbliższą stację. W międzyczasie panienka chyba ze 4 razy namawia mnie na seks. Ustaliłem, że jest z Bułgarii i za chwilę przyjemności kasuje 50 zł. Nie skorzystałem. Wraca Grzesiek i jedziemy dalej. W Urala jakby wstąpiło nowe życie - ruszył agresywnie z pełną mocą, super nawet zaorał ziemię. Po drodze kolejne przymusowe przystanki - sytuacja się powtarza. Silnik grzeje się mocno i traci moc, prycha na lewy cylinder. W ramach planowanego postoju stajemy na wspaniałą wojskową grochówkę, bo zapomniałem wspomnieć, że obaj z Grześkiem jesteśmy żołnierzami.Z daleka w jednej z miejscowości dostrzegam patrol drogówki. Przypomniało mi się, że nie mam przeglądu i serce mi wali ze strachu. Na szczęście jakiś koleś wyprzedza mnie na podwójnej ciągłej. Ural czasem fiksuje, ale ogólnie jest super. Nabieram wprawy już lepiej wchodzę w prawe zakręty. Do tej pory wynosiło mnie na środek jezdni. Pechowo zakończył się przejazd przez tory kolejowe - nagle zgasło światło w wózku. Żarówki całe, pewnie przetarł się jakiś kabel. No cóż ważne, że motor ma sprawne światła, pomijając fakt, że z przodu zamiast na drogę świeci gdzieś po poboczu. Grzesiek mówi, że praktycznie od początku jadę bez światła stop. Sprawdzam czujnik, ale nie jestem w stanie nic zrobić. Jadę dalej bez stopu i świateł w wózku. Po wielu, wielu przystankach wreszcie dojeżdżamy do granicy województwa opolskiego i tu odczuwam radość. Do domu docieram ok. 23. Grzesiek odprowadził mnie do samego domu. Dobry kumpel z niego. Generalnie okazało się, że Ural żre nie tylko paliwo, które w wyliczeniach wyszło 10-11l na 100 km, ale również i olej, który musiałem systematycznie dolewać. Miałem świadomość, że czeka mnie poważny, nieplanowany remont. Junak przecież miał nowe serce, a Ural był niby po remoncie. Tym oto sposobem przeżyliśmy z Grześkiem niesamowite przygody, nawinęliśmy parę setek kilometrów, a ja stałem się właścicielem upragnionego rusa, którego właśnie kończę remontować. Po rozebraniu silnika okazało się, że to po prostu wielka sztuka jeszcze spartaczona. Złamany pierścień na prawym tłoku, nietypowa klawiatura zaworowa ze starego typu podniesiona podkładkami, wypalone gniazdo zaworowe i zawór w lewej głowicy, stąd te objawy, przedni widelec chyba z MZ za krótki i za miękki do rusa, brak filtra oleju i wiele, wiele innych usterek. Ale ogólnie i tak się cieszę, bo tym sposobem mam, co robić. Dłubanie w motocyklach to moja pasja. Teraz jest, o czym opowiadać i często z Grześkiem wspominamy ten spontaniczny wyjazd. Mimo sporych wydatków nie mam żalu do Marcina. Przynajmniej zrobię Urala dla siebie i będę spokojny, że nie spotkają mnie żadne niespodzianki.

BORN TO RIDE  Jazło

Tagi: Ural | wyprawa | tekst czytelnika

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij