Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

Wywiad: Krzysztof Hołowczyc (2002)

Jedni mówią o nim: najlepszy polski kierowca rajdowy wszech czasów. Inni: gwiazda filmów reklamowych. Znają go fani sportów samochodowych, ale przecież nie tylko. Chyba żaden polski sportowiec oprócz Małysza nie ma tylu wielbicieli. Krzysztof Hołowczyc, bo o nim mowa: rajdowy mistrz Polski oraz mistrz Europy z 1997 roku.

Kiedyś w Olsztynie widziałam taki obrazek: pomyka facet na rowerze, sprzęt profi, za nim dwa psy. To był Hołowczyc. Kilka godzin później w tym samym lesie widzę z daleka gościa wyczyniającego różne ewolucje na motocyklu enduro. Kto to? Hołek! Wieczorem słyszę odgłos jakiegoś czadowego motocykla, coś z górnej półki. To też Hołek, na kupionej ostatnio Hayabusie. Ciekawe, czy ten gość kiedykolwiek siedzi normalnie przy stole? Okazało się, że tak. Chociaż na rozmowę przyjechał właśnie Wędrownym Sokołem, bardzo chętnie usiadł przy stole pogadać.

– Jest Pan znany i kojarzony z jazdą na czterech kołach i to bynajmniej nie rekreacyjnie. Skąd więc pomysł, by poużywać sobie też na dwóch kółkach?
– A i bez kółek też! Mam przecież skuter wodny, który nie ma kółek, a porusza się z zabijającą szybkością. Może to właśnie o tę szybkość chodzi i przyspieszenie, a nie o liczbę kół? Tak na poważnie, to dziennie przejeżdżam około 30 km na rowerze w towarzystwie psów husky i bernardyna. Ten drugi szybko gubi po drodze kondychę i wymusza na mnie zwolnienie tempa. Prawie codziennie dosiadam też swojego enduro. Suzuki DR 350 to jest motorek żwawy, zwinny, elastyczny i jakby urodzony do akrobacji. Na nim na gumce mogę i 300 metrów jechać bez wysiłku. Suzuki Hayabusa to już jest diament, mnie samego wprowadzający w podziw. Mam go zaledwie dwa tygodnie i wciąż poznaję jego możliwości, wciąż mnie czymś zaskakuje. Przekonałem się z całą pewnością do jednego: trudno na nim wytrzymać więcej niż 5 sekund przy obrotach powyżej 8000. Ma on też rodzaj doładowania, odjazd jest więc niebywały, a cug wyrywa nerki.

– Jak długo trwa Pana sympatia do jednośladów?
– Od zawsze. Motocykle to moja wielka pasja, przygoda i fabryka adrenaliny. Jako młody człowiek miałem Jawkę, później Simsona Enduro, MZ-ki, a później to już zawsze coś mocniejszego. Teraz mam Hayabusę i dużo więcej frajdy, oczywiście! Trzeba sobie zdawać sprawę, że taka maszyna to piekielnie niebezpieczne urządzenie, szczególnie na polskich drogach. Są jednak miejsca, gdzie mogę na co dzień posmakować przyspieszeń, jakie są dostępne jedynie w aucie WRC przy okazji rajdu i utrzymać ten dreszczyk dłużej. Dla formy – jazda figurowa na enduro i rower. Dla przyjemności – Hayabusa. A jeszcze inny rodzaj funu to jazda na nartach wodnych. Gdy przy szybkości 80 km/h człowiek wytnie szlifa na wodzie, jest to porównywalne ze zderzeniem z betonową ścianą, bardzo boli.

– A czy motocykl to nie jest w tym przypadku przyrząd do przyjemnego i widowiskowego utrzymywania formy w oczekiwaniu na propozycję udziału w rajdzie? W razie czego, jest Pan zwarty i gotowy, bez tracenia czasu na przygotowania ogólnorozwojowe.
– Do udziału w rajdzie jestem zawsze zwarty i gotowy, ale już teraz podchodzę do tego jakby mniej gorączkowo, bardziej planowo. Mistrzem świata to ja już nie będę, co najwyżej mistrzem Europy po raz drugi. – Zauważyłam, że Hayabusa to bardzo cichutki motorek. Gdy Pan tu wjeżdżał, to nie widząc zza krzaków, byłam przekonana, że to samochód. Dlaczego wybrał Pan akurat tę markę i ten typ? – Rzeczywiście, głosik ma jak chrabąszcz majowy, ale jak to wali do przodu! Zamierzamy z moim olsztyńskim kolegą rallycrossowcem Ludwiczakiem przeprowadzić test na przyspieszenie i prędkość. Ja Suzuki, on Fordem Focusem WRC. Mój motocykl żyje dopiero do stówy w górę. Najtrudniejszy moment to start, bo jak dostanie skrzydeł i coś nie wyda, to leżę, a maszyna spada na mnie. Później pójdzie dwieście jak nic. Dodam, że test będzie poparty konkretnym zakładem, więc obaj damy z siebie wszystko. Co do wyboru pojazdu, to powiem tak: każdy facet chce mieć fajne zabawki, ja też. Kiedy urodził mi się pomysł, aby kupić Suzuki Hayabusę, była ona reklamowana jako najszybszy motocykl świata. Pamiętam do dziś reklamę na Eurosporcie, kiedy sokół spadał na szosę i zamieniał się w motocykl, z offu słychać było okrzyk: HAYABUSAAAA! Czad! Dodatkowo Suzuki Poland dało mi atrakcyjne warunki kupna...

– No i jak to było – z enduro na Hayabus ę tak sobie hop! I od razu „łycha”?
– Niecałkiem bezpośrednio. Koledzy po- życzyli mi na miesiąc ścigacza, to przywykłem.

– O, to przy takim zamiłowaniu następnym środkiem lokomocji będzie helikopter...
– Motolotnia. Już sobie jedną upatrzyłem. Ale to nie znaczy, że szukam guza. Wręcz przeciwnie, jestem fanatykiem zachowania bezpieczeństwa, wypadków miałem chyba mniej niż moi rajdowi koledzy.

– Jaką szybkość maksymalną udało się wycisnąć na razie z Suzuki?
– 280, ale nie mówmy tego głośno, bo będzie, że Hołek piratuje.

– A właśnie, jakie ma Pan w związku z tym kontakty z policją? Jak to jest, kiedy zatrzymuje Pana patrol i okazuje się po zdjęciu kasku, że to Hołowczyc?
– Eeee, no co będę mówił! Jest pozytywnie! Przecież nie jestem jakiś tam nawiedzony, żeby mnie od razu policja... Powiedzmy tak: staram się respektować prawo drogowe! I niech tak zostanie.

– Podobno przydarzyła się Panu jedna mocno stresująca sytuacja na ulicy?
– Fakt, był taki przypadek. Omal nie skończyło się wszystko tragicznie, ale Opatrzność nade mną czuwała. Otóż koło jednostki wojskowej na Jagiellońskiej (w Olsztynie) jest piękna prosta, nigdy na niej żywego ducha, luzik. Jadę sobie któregoś dnia, patrzę droga pusta, kulturka, no to nakręciłem 160, ładnie szło. Nagle jak spod ziemi, spomiędzy zaparkowanych samochodów, wychodzi dziadek z zakupami w siatkach. Chyba nie zorientował się, że właśnie pikuje na niego gostek paczką sześćdziesiąt! A ja w tym czasie miałem ułamek sekundy na decyzję – celować w dziadka, czy w siaty? Z obu stron stoją samochody, zero szans dla mnie. Uratował mnie instynkt rajdowy – lekko musnąłem dziadkowi jego zakupy, ale już będąc daleko jeszcze czułem na plecach jego wiąchy, jakie mi słał. W pełni go rozumiem, pewnie też bym się tak na jego miejscu zachował, a kto wie, może mu nawet jakieś jajka potłukłem.

– W Pana motocyklach nigdy się nic nie urwało, nie spadło, nie przyprawiło Pana o bicie serca?
– Robiło się tak, kiedy jeszcze jeździłem na MZ-kach. Ale wtedy „szedłem na kolano” w zakrętach, więc co chwila coś tam z brzękiem odpadało.

– Teraz widzę, że kombinezon jest profi, a nakładka na kolano bez żadnych zadrapań...
– Fakt, chyba ją oderwę, bo jest na rzep, i dla hecy trochę ją zetrę na krawężniku, zawsze to poważniej będzie wyglądało.

– Czy to już jest ostatni, docelowy motocykl w Pana życiu?
– Nieee, jeszcze trochę pożyję, może i rekord na Szymanach [305 km/h – red.] pobiję, może coś z większym spidem wymyślę...

– Czy śledzi Pan transmisje z motocyklowego Grand Prix?
– O tak, bardzo! Nawet miałem okazję poznać mistrza świata w „500” Valentino Rossiego, przyjechał z superlaskami na Rajd San Remo. Zauważyłem, że Włosi uwielbiają go nad życie.

– Pan przecież też nie narzeka na brak fanów? Chociaż są i tacy, co lubią Hołka nieco przydołować.
– Odpowiem dyplomatycznie arabskim przysłowiem: psy szczekają, karawana jedzie dalej... Niech mówią, co chcą, mamy demokrację. Wiem, że mam wielkie oparcie w moich prawdziwych fanach i to mi wystarczy.

– Jak się Pan czuje podczas przerwy w startach? Co Pan myśli, mogąc swoich kolegów rajdowców tylko oglądać, czy to na żywo, czy w TV lub Internecie, nie mogąc rywalizować z nimi?
– Przerwa w moich startach była nie kwestią przymusu, tylko mojego własnego wyboru, a wtedy patrzy się na zagadnienie zupełnie inaczej. Wspólnie z kierownictwem zespołu doszliśmy do wniosku, że jazda w niedoinwestowanym teamie, bez możliwości przeprowadzenia testów i stuprocentowego profesjonalnego przygotowania zaowocuje wynikami pozostawiającymi wiele do życzenia. Owszem, jest mi trochę żal, że nie mogę startować Peugeotem, do którego już się przyzwyczaiłem. Pamiętajmy, że zgranie kierowcy ze sprzętem wymaga czasu i „rozpoznania ogniem”, czyli wielu prób i naprawy błędów. Na zeszłorocznym Rajdzie Warszawskim, kiedy dostaliśmy nową specyfikację, Peugeot był już świetnym autem, doskonale dającym się prowadzić po polskich szybkich i dziurawych oesach. Został ustawiony optymalnie pod moje wymagania i możliwości, co wcale nie jest takie proste, gdy do wyboru ma się tysiące opcji, np. zawieszenia – takich jak twardość stabilizatorów wejścia/wyjścia, rebound, low speed, high speed i wiele takich innych dziwnych rzeczy. Czułem to auto i wiedziałem, jak je prowadzić. Na ostatnim rajdzie w sezonie udało się nam wygrać z Kuligiem i Kuzajem wporównywalnych mocowo samochodach większość oesów, chociaż jak wiadomo, na jednym poniosła mnie ułańska fantazja, przegraliśmy rajd i w sumie cały sezon mieliśmy w plecy.

– Czy miało to wpływ na fakt, że w tym sezonie sponsorzy już nie ustawiali się w kolejce?
– Być może. Nie udało nam się zebrać budżetu na miarę mistrzostwa Europy i teraz trzeba się mocno zastanowić, co dalej. Brakuje nam, podobnie jak wszystkim, sponsora strategicznego, daje się tu odczuć zakaz reklamy wyrobów tytoniowych i piwa. Do braku sponsorów walnie przyczyniła się też niesławna umowa TV publicznej z PZM na wyłączność relacjonowania imprez samochodowych. Co z tego wynikło – wiadomo, programy o pierwszej w nocy. Kto to ogląda?! Krótko mówiąc, postanowiłem, że jeśli nie zdobędę dużego budżetu, to przeczekam. Miałem co prawda propozycję, ale gdybym ją przyjął, to jeden z kolegów obecnie by nie jeździł.

– Od Seata?
– Nigdy nie zdradzam sekretów negocjacji! – Czy wobec tego wszystkie plany upadły? – Niecałkiem. W sferze myślenia abstrakcyjnego (ale przecież teoretycznie możliwego) chodzi mi po głowie start w Rajdzie Safari oraz Paryż-Dakar, ale nie jakoś tam na dojechanie, tylko pierwsza dziesiątka.

– Hayabusą czy jakimś enduro?
– Nieeee! Na czterech kołach! Pewnie czymś z rodziny Mitsubishi w grupie A.

Kiedyś w Olsztynie widziałam taki obrazek: pomyka facet na rowerze, sprzęt profi, za nim dwa psy. To był Hołowczyc. Kilka godzin później w tym samym lesie widzę z daleka gościa wyczyniającego różne ewolucje na motocyklu enduro. Kto to? Hołek! Wieczorem słyszę odgłos jakiegoś czadowego motocykla, coś z górnej półki. To też Hołek, na kupionej ostatnio Hayabusie. Ciekawe, czy ten gość kiedykolwiek siedzi normalnie przy stole? Okazało się, że tak. Chociaż na rozmowę przyjechał właśnie Wędrownym Sokołem, bardzo chętnie usiadł przy stole pogadać.

– Jest Pan znany i kojarzony z jazdą na czterech kołach i to bynajmniej nie rekreacyjnie. Skąd więc pomysł, by poużywać sobie też na dwóch kółkach?
– A i bez kółek też! Mam przecież skuter wodny, który nie ma kółek, a porusza się z zabijającą szybkością. Może to właśnie o tę szybkość chodzi i przyspieszenie, a nie o liczbę kół? Tak na poważnie, to dziennie przejeżdżam około 30 km na rowerze w towarzystwie psów husky i bernardyna. Ten drugi szybko gubi po drodze kondychę i wymusza na mnie zwolnienie tempa. Prawie codziennie dosiadam też swojego enduro. Suzuki DR 350 to jest motorek żwawy, zwinny, elastyczny i jakby urodzony do akrobacji. Na nim na gumce mogę i 300 metrów jechać bez wysiłku. Suzuki Hayabusa to już jest diament, mnie samego wprowadzający w podziw. Mam go zaledwie dwa tygodnie i wciąż poznaję jego możliwości, wciąż mnie czymś zaskakuje. Przekonałem się z całą pewnością do jednego: trudno na nim wytrzymać więcej niż 5 sekund przy obrotach powyżej 8000. Ma on też rodzaj doładowania, odjazd jest więc niebywały, a cug wyrywa nerki.

– Jak długo trwa Pana sympatia do jednośladów?
– Od zawsze. Motocykle to moja wielka pasja, przygoda i fabryka adrenaliny. Jako młody człowiek miałem Jawkę, później Simsona Enduro, MZ-ki, a później to już zawsze coś mocniejszego. Teraz mam Hayabusę i dużo więcej frajdy, oczywiście! Trzeba sobie zdawać sprawę, że taka maszyna to piekielnie niebezpieczne urządzenie, szczególnie na polskich drogach. Są jednak miejsca, gdzie mogę na co dzień posmakować przyspieszeń, jakie są dostępne jedynie w aucie WRC przy okazji rajdu i utrzymać ten dreszczyk dłużej. Dla formy – jazda figurowa na enduro i rower. Dla przyjemności – Hayabusa. A jeszcze inny rodzaj funu to jazda na nartach wodnych. Gdy przy szybkości 80 km/h człowiek wytnie szlifa na wodzie, jest to porównywalne ze zderzeniem z betonową ścianą, bardzo boli.

– A czy motocykl to nie jest w tym przypadku przyrząd do przyjemnego i widowiskowego utrzymywania formy w oczekiwaniu na propozycję udziału w rajdzie? W razie czego, jest Pan zwarty i gotowy, bez tracenia czasu na przygotowania ogólnorozwojowe.
– Do udziału w rajdzie jestem zawsze zwarty i gotowy, ale już teraz podchodzę do tego jakby mniej gorączkowo, bardziej planowo. Mistrzem świata to ja już nie będę, co najwyżej mistrzem Europy po raz drugi. – Zauważyłam, że Hayabusa to bardzo cichutki motorek. Gdy Pan tu wjeżdżał, to nie widząc zza krzaków, byłam przekonana, że to samochód. Dlaczego wybrał Pan akurat tę markę i ten typ? – Rzeczywiście, głosik ma jak chrabąszcz majowy, ale jak to wali do przodu! Zamierzamy z moim olsztyńskim kolegą rallycrossowcem Ludwiczakiem przeprowadzić test na przyspieszenie i prędkość. Ja Suzuki, on Fordem Focusem WRC. Mój motocykl żyje dopiero do stówy w górę. Najtrudniejszy moment to start, bo jak dostanie skrzydeł i coś nie wyda, to leżę, a maszyna spada na mnie. Później pójdzie dwieście jak nic. Dodam, że test będzie poparty konkretnym zakładem, więc obaj damy z siebie wszystko. Co do wyboru pojazdu, to powiem tak: każdy facet chce mieć fajne zabawki, ja też. Kiedy urodził mi się pomysł, aby kupić Suzuki Hayabusę, była ona reklamowana jako najszybszy motocykl świata. Pamiętam do dziś reklamę na Eurosporcie, kiedy sokół spadał na szosę i zamieniał się w motocykl, z offu słychać było okrzyk: HAYABUSAAAA! Czad! Dodatkowo Suzuki Poland dało mi atrakcyjne warunki kupna...

– No i jak to było – z enduro na Hayabus ę tak sobie hop! I od razu „łycha”?
– Niecałkiem bezpośrednio. Koledzy po- życzyli mi na miesiąc ścigacza, to przywykłem.

– O, to przy takim zamiłowaniu następnym środkiem lokomocji będzie helikopter...
– Motolotnia. Już sobie jedną upatrzyłem. Ale to nie znaczy, że szukam guza. Wręcz przeciwnie, jestem fanatykiem zachowania bezpieczeństwa, wypadków miałem chyba mniej niż moi rajdowi koledzy.

– Jaką szybkość maksymalną udało się wycisnąć na razie z Suzuki?
– 280, ale nie mówmy tego głośno, bo będzie, że Hołek piratuje.

– A właśnie, jakie ma Pan w związku z tym kontakty z policją? Jak to jest, kiedy zatrzymuje Pana patrol i okazuje się po zdjęciu kasku, że to Hołowczyc?
– Eeee, no co będę mówił! Jest pozytywnie! Przecież nie jestem jakiś tam nawiedzony, żeby mnie od razu policja... Powiedzmy tak: staram się respektować prawo drogowe! I niech tak zostanie.

– Podobno przydarzyła się Panu jedna mocno stresująca sytuacja na ulicy?
– Fakt, był taki przypadek. Omal nie skończyło się wszystko tragicznie, ale Opatrzność nade mną czuwała. Otóż koło jednostki wojskowej na Jagiellońskiej (w Olsztynie) jest piękna prosta, nigdy na niej żywego ducha, luzik. Jadę sobie któregoś dnia, patrzę droga pusta, kulturka, no to nakręciłem 160, ładnie szło. Nagle jak spod ziemi, spomiędzy zaparkowanych samochodów, wychodzi dziadek z zakupami w siatkach. Chyba nie zorientował się, że właśnie pikuje na niego gostek paczką sześćdziesiąt! A ja w tym czasie miałem ułamek sekundy na decyzję – celować w dziadka, czy w siaty? Z obu stron stoją samochody, zero szans dla mnie. Uratował mnie instynkt rajdowy – lekko musnąłem dziadkowi jego zakupy, ale już będąc daleko jeszcze czułem na plecach jego wiąchy, jakie mi słał. W pełni go rozumiem, pewnie też bym się tak na jego miejscu zachował, a kto wie, może mu nawet jakieś jajka potłukłem.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Jedni mówią o nim: najlepszy polski kierowca rajdowy wszech czasów. Inni: gwiazda filmów reklamowych. Znają go fani sportów samochodowych, ale przecież nie tylko. Chyba żaden polski sportowiec oprócz Małysza nie ma tylu wielbicieli. Krzysztof Hołowczyc, bo o nim mowa: rajdowy mistrz Polski oraz mistrz Europy z 1997 roku.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 03:59:17