Motocykl poleca:

Wywiad: Piotr Szkudelski (2002)

Poleć ten artykuł:

Muzyka rockowa i motocykle często idą w parze. Motocykliści chętnie słuchają hardrockowego brzmienia, a wiele legend światowego rocka z lubością dosiada stalowych rumaków. Ryk silnika, pęd powietrza czy wirtuozeryjna solówka na gitarze... Wszystko to kojarzy się z pełnią życia – szybkiego życia.

Wśród polskich rockmanów jednym z najbardziej zakręconych na punkcie motocykli jest Piotr Szkudelski – perkusista legendarnej kapeli Perfect. Namówiliśmy go na zwierzenia o jego muzycznych i mechanicznych fascynacjach.
– Ci, którzy cię dobrze znają, wiedzą, że w jeździe na motocyklu i grze na bębnach zatracasz się bez reszty. Która z tych namiętności pojawiła się w twoim życiu najpierw?
– Muzyka. Miałem ledwie 11 lat. To było w czasach głębokiej komuny. W domu był adapter typu Bambino, nawet wtedy nie myślałem o lepszym sprzęcie. Na tym siermiężnym urządzeniu słuchałem namiętnie różnych kawałków Niebiesko-Czarnych, Czerwono- Czarnych, Shadowsów i wczesnego Niemena. Miałem drewniane klocki i bębniłem nimi po krzesłach, bo o porządnych pałkach, nie mówiąc już o perkusji, nie mogłem nawet marzyć. Tym swoim stukaniem w meble wprawia- łem rodzinę w nieustającą wściekłość. Zamykałem drzwi na klucz i bębniłem bez opamię- tania. Takie to były moje pierwsze wprawki.
– Czyli już w dzieciństwie wiedziałeś, co chcesz robić w życiu?
– Tak. Byłem zupełnie zakręcony.
– A kiedy zaczęła się twoja przygoda motocyklowa?
– Też bardzo wcześnie. Zawsze dużo jeździłem rowerem, zresztą robię to do dziś, w sumie rower i motocykl to ta sama kraina, tylko dochodzi silnik. Jeszcze jak byłem w podstawówce, gdzieś tak w 5., a może 6. klasie, dwóch kolesi miało Komary. No i tak na zasadzie daj się przejechać, spenetrowaliśmy na tych dwóch Komarach całą okolicę. Wtedy warszawski Ursynów, gdzie mieszkam od urodzenia, to była wieś, więc warunki do jazdy mieliśmy wspaniałe. Dużo polnych dróg, a nawet jak wyjechało się na asfalt, ruch był tak niewielki, że mogliśmy zupełnie bezstresowo szaleć na motorowerach. Pamiętam, że z chłopakami zrobiliśmy sobie nawet skocznię z desek, żeby coś się działo. Przez siatkę miałem sąsiada, który jeździł MZ-ką, zawsze starannie ją pucował. Bardzo o nią dbał. Z kolei inny sąsiad był fanem Junaków. Miał nawet takiego trójkołowego. I tak wyrastałem w tym muzyczno-motocyklowym klimacie.
– A kiedy wsiadłeś na własnego sprzęta?
– Tak jakoś tuż po maturze. Jak tylko pojawiło się trochę własnego grosza, po prostu poszedłem do sklepu i kupiłem WSK 175 Dudek, z chromami, wysoką kierownicą i oparciem. To była taka kuriozalna polska wizja choppera. Mam go w piwnicy jeszcze do dziś. Jak będę miał trochę czasu, to go wyremontuję. Wuechą jeździłem bardzo długo, bo na nic lepszego nie mogłem sobie pozwolić. Grałem wtedy wklubie studenckim Medyk. W połowie lat 70. to była jaskinia lwa, jeśli chodzi o ruch rockowy. Już od pięciu lat ostro grałem i jak tylko pojawiała się jakaś kasa, wszystko inwestowałem w bębny, a nie w motocykl. W czasach licealnych ograniczała mnie jeszcze trochę szkoła, ale po maturze to już poszedłem na całość. Nawet zdałem na studia, ale po pół roku studiowanie mnie znudziło. Mieliśmy wtedy zespół Dzikie Dziecko. To był pierwowzór Perfectu. Graliśmy traski koncertowe, a ja cały czas popylałem wueską. Razem ze mną w Medyku grali Zbyszek Hołdys, Wojtek Waglewski i Rysiek Sygitowicz, śpiewał też Romek Czystaw, który później zasilił Budkę Suflera.
– Czyli muzyka dominowała nad motocyklami?
– Tak, końcówka lat 70. i lata 80. to już było bardzo poważne granie z Perfectem. Potrafiliśmy zagrać w miesiącu 77 koncertów, to naprawdę szaleńcza dawka. Dziś już nikt tak intensywnie nie koncertuje. W latach 80. wueska już zaczęła się mocno sypać, a nie miałem czasu ani sposobności, żeby postarać się o coś lepszego. W 1989 r. wyjechaliśmy z Perfectem do Nowego Jorku. Nasza muzyka spodobała się tamtejszym menedżerom, więc zaczęliśmy być zapraszani w ciekawe miejsca. Występowaliśmy w klubie CBGB. Na Manhattanie zagraliśmy w studiu, w którym Mick Jagger nagrywał swoją pierwszą płytę solową. Tam nagraliśmy demo – cztery pieśni, oczywiście po angielsku. Dawaliśmy czadu w znanych amerykańskich klubach. Później pojechaliśmy na Zachodnie Wybrzeże. Graliśmy w San Francisco, a w LA występowaliśmy przy Sunset Boulevard. To był czad, tylko kasa jakoś nie bardzo chciała się zgadzać. Każdy z nas miał już rodzinę i koledzy doszli do wniosku, że trzeba wracać do kraju, bo kokosów nie zbijemy. Ja zostałem w USA jeszcze przez półtora roku, ale żeby zarobić jakieś pieniądze, musiałem imać się różnych zupełnie niezwiązanych z muzą zajęć. Do kraju wróciłem w 1991 r. i tu z początku też nie było lekko. Perfect nie istniał, zero możliwości grania, musiałem kłaść glazurę i robić inne niecne rzeczy, by się utrzymać. Przełom nastąpił dwa lata później. Zadzwonił kolega z Kanady, który kiedyś razem z nami pracował, z propozycją trasy koncertowej w Kanadzie. Tak doszło do wskrzeszenia Perfectu. Za oceanem spędziliśmy trzy tygodnie, koncertując od Vancouver po Toronto. Udało się wspaniale. Gdy wróciliśmy do kraju, ktoś się nami zainteresował. Zrobiliśmy duży koncert w katowickim Spodku. Było full i jeszcze połowa narodu stała na zewnątrz. Zaraz potem nagraliśmy płytę. Nie myślałem, że Perfect uda się zreaktywować, a jednak...
– Wychodzi na to, że granie w zespole zupełnie odciągnęło cię od jazdy motocyklem. Jak więc doszło do tego, że dziś praktycznie nie zsiadasz z maszyny?
– To ciekawa sprawa, z motocyklami sta- ło się dokładnie tak samo, jak z Perfectem. Już myślałem, że motocyklowy temat nie pojawi się więcej w moim życiu. Wiosną 1994 r. graliśmy dużą imprezę w poznańskiej Arenie. Wtedy człowiek, który u nas etatowo kręci gał- kami, czyli nasz akustyk, przyjechał Hondą CB 650 C. I to był ten jeden moment. Koleś przyjechał na tym, co trzeba, i zaczęło się. Po miesiącu Honda była już moja. Od tego czasu przybyło w moim garażu kilka sprzętów i już nie dałem się wysadzić z siodła.
– Twoje życie wypełniają próby, koncerty, nagrania, no i oczywiście rodzina. Kiedy znajdujesz czas na przyjemność jazdy motocyklem?
– Prawda jest taka, że ja po prostu dojeżdżam nim do pracy. Sezon koncertowy zaczynamy z początkiem maja i kończymy w październiku, a więc gramy dokładnie w tym czasie, kiedy jeździ się na sprzęcie. Wszystkie nasze trasy zaliczam na maszynie. Czasami mój dzień zaczyna się od pokonania 700-800 km w siodle, potem trzeba usiąść za bębnami i przez półtorej godziny dać z siebie wszystko na koncercie, a jak jest już po wszystkim, pozostaje jeszcze śmignąć jakieś 50 km do hotelu. To niesłychane spełnienie, ale też bardzo intensywne życie. Po takim dniu wypijam tylko dwa browary i padam nieprzytomny do łóżka. W ten sposób w sezonie przejeżdżam około 30 tys. km.
– Co cię tak naprawdę kręci w motocyklach?
– Uwielbiam jazdę. Lubię po prostu wsiąść i odkręcać, no i to, że na motocyklu czujesz szybkość i otoczenie całym ciałem. I całym ciałem go prowadzisz. Nie ma tu żadnej izolującej cię budki, jak w samochodzie. Jazda niesłychanie pozytywnie mąci mi w głowie. Mogę oderwać się od wszystkiego i robić to, co jest dla mnie pozytywne.
– Powiedz teraz co nieco o swoich sprzętach.
– Tak się jakoś złożyło, że przywiązałem się do Hondy. Moją pierwszą CB 650 C sprzedałem i jak do tej pory jest to jedyny motocykl, którego się pozbyłem. Później od Erwina Gorczycy kupiłem CB 750 K z 1980 r. Trzymam ją, bo to klasyk i jest w bardzo dobrym stanie. Następny był Pan European, potem jeden XX i teraz drugi.
– Jak to? To masz dwa?
– No nie. Tego pierwszego rozbiłem.
– Jak to się stało?
– Ano jechałem sobie z Krakowa do Rybnika. No i zapiąłem ostro, na szafie było 285. Z trzema kuframi to niezły wynik, tym bardziej że ta moja pierwsza cebeerka nie była tuningowana. Wjechałem na drogę cieszyńską i tam wyrósł mi przed oczami jakiś maluch. Musiało być coś na drodze, bo ją wcześniej przebudowali. Jak przyhamowałem, tak przy 180 przód mi odleciał i byłem ptakiem. Na szczęście spadłem jak kot na cztery łapy i nic mi się nie stało, a Honda – przód doszczętnie rozbity, ale silnik i tył nienaruszone. Przed większą kasacją uratowały kufry. To była niezła przygoda. Potem trochę się uspokoiłem i przesiadłem się na Pan Euro, ale teraz już wszystko wróciło do normy. W nowym XX wsadziłem sportowy tłumik i Power Comandera. Zapiąłem już nim trzy paki, ale jeszcze go nie zamknąłem.
– Wróćmy jeszcze do twojego grania. Skąd czerpiesz inspiracje, jakie są lub były twoje muzyczne wzorce?
– Jestem samoukiem, do wszystkiego dochodziłem sam, choć oczywiście musiałem się na czymś uczyć. Urodziłem się w 1955 r., czyli mam już parę lat. Okazuje się, że czas leci. W latach 1964-65 już trochę słuchałem. Wtedy na fali były zespoły gitarowe, takie jak The Shadows, The Ventures, wtedy zaczynali Stonesi i Beatlesi. To były moje pierwsze fascynacje i pierwsze wzorce. Na przełomie lat 60. i 70. zaczął się hard rock – Hendrix, Led Zeppelin, Black Sabbath, cały ten ciężki stuff. I te numery grało się u nas. Tym żyliśmy.
– Te klimaty kojarzą się z hasłem „sex, drugs and rock’n’roll”. Nie mogę więc nie zapytać o twoje narkotykowe doświadczenia.
– Głównie zetknąłem się z ganją, ale na szczęście twardych dragów uniknąłem. Zresztą tak naprawdę wolę alkohol. Z tą używką można żyć, tylko trzeba uważać, żeby w momencie używania nie używać drogi. To podstawowa zasada, której się trzymam. To samo dotyczy wyjścia na scenę i grania. Nigdy nie używam przed. Zawsze preferuję maksimum czystości. Uważam, że samo wejście na scenę i gra jest takim dragiem, że lepszego nie trzeba. I to jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze. Siadasz za bębny i łoisz do bólu, to jest the best!
– I kiedy grasz na perkusji pochłania cię to bez reszty, świat zewnętrzny nie istnieje?
– To jest przedziwna rzecz. Im większa publiczność, a graliśmy już dla 250 tys. ludzi, tym mniejszy jest kontakt z publicznością. Tracisz już indywidualnego odbiorcę. Zupełnie inne są relacje, kiedy gramy kameralnie, w klubie. Wtedy między nami a widownią zachodzi sprzężenie zwrotne. Oczywiście, trzeba trzymać kontakt z kolegami z zespołu, ale jak gram solówkę, wtedy odpływam, nie ma mnie, lewituję. To jest coś niesamowitego – gram i sam jestem dźwiękiem. Podobny efekt występuje, kiedy w nocy jedziesz motocyklem pustą drogą. Jesteś sam w przestrzeni i tylko droga w światłach.
– Czyli wykazaliśmy, co było do udowodnienia, że jazda i muzyka mają ze sobą wiele wspólnego i na tym możemy zakończyć rozmowę.
– Tak jest.

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij