Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

Zabiorę cię, właśnie tam… wyprawa w Alpy

Obiecałem żonie, że zabiorę ją w najpiękniejsze miejsca jakie znam. Zresztą plan wyprawy w Alpy chodził mi po głowie już od baaardzo długiego czasu.

Dzisiaj wydaje się, że świat jest mniejszy i wystarczy wykupić miejsce w hotelu jakiegoś atrakcyjnego, egzotycznego zakątka, wsiąść w samolot i po kilku chwilach stresiku być na miejscu. Daleko od domu. Na szczęście można też inaczej.

Jak zwykle w takich przypadkach znalazło się kilka przeszkód. Motocykl nie był tzw. salonówką – posiadam rzadko spotykaną na drogach MZ Skorpion SPORT 660 mającą już 12 lat i nieznaną przeszłość na Wyspach Brytyjskich. Całą zimę trwały przygotowania. Przesunęły się one na lato z uwagi na stuki w silniku, jak i poważny wypadek kolegi Shoguna, który pomagał mi przy motocyklu. Wszystko wreszcie zostało zrobione. Obawiałem się jeszcze o wytrzymałość bagażnika, wyspawanego przez Shoguna, ale mieliśmy go jeszcze poprawić. Póki co wzmocniłem go grubymi plastikowymi opaskami, powertapem i dla estetyki czarną taśmą izolacyjną. Konstrukcja nie zawiodła. Bagaż choć mocno okrojony - mikroskopijny namiot, najmniejszy z możliwych palnik z butlą, a poza motocyklowymi butami na nogach, tylko klapki i japonki dla żony - i tak był przerażająco wielki. Bałem się też o tylny amortyzator (już raz naprawiany). Trakcja motocykla okazała się nie najgorsza i tylko na wolno pokonywanych zakrętach (np. serpentyna, rondo) odczuwałem lekkie trzepotanie kierownicy. A serpentyn mieliśmy pokonać co najmniej kilka tysięcy. Wyjeżdżamy z małym poślizgiem. Z nieba leje się już żar, a pot mi po gnatach pod sportowym kombinezonem. Koniecznie musiałem wbić się w to wdzianko, bo zakręty w górach dokąd zmierzamy to przecież najbardziej fantastyczny tor wyścigowy. W Czechach deszcz i błyskawice skutecznie nas ochłodziły. Wyruszamy więc znów nie rankiem, a po południu gdy tylko zaczęło się przejaśniać. Gnamy w pochmurnej scenerii. Z czasem wychyla się słoneczko i towarzyszy nam aż do północnych Włoch. Z uwagi na zimno i zmęczenie bierzemy motel ze śniadankiem.



Rano obieramy kurs na Jezioro Garda. Pierwsza przełęcz, Giovo, zaledwie 2094 m npm wita nas piękną pogodą i wspaniałymi widokami. Zjeżdżamy w dół, a ja na nowo uczę się techniki jazdy agrafkowymi zakrętami. Singiel nie lubi zbyt niskich obrotów. Trzeba czasem zrobić szybką redukcję nawet do jedynki, albo wspomóc się sprzęgłem. Zgaśnięcie motocykla w środku serpentyny to nieuchronna gleba. Wkrótce jedziemy wybrzeżem Gardy, galeriami i tunelami w zboczach masywu wchodzącego w wody jeziora. Mijamy piękne stare wille, ogrody z wielkimi palmami, cyprysami i cytrusami. Kąpiemy się w rześkich lecz nie zimnych wodach i ścigamy się ze starym Porsche 356. Starszy pan nie odpuszczał na krętych drogach. Twardy zawodnik. Nocleg mamy w okolicach Bergamo u kuzyna. Wsuwamy słodkie arbuzy, a za oknem słychać deszcz. Następnego dnia też pada, więc zostajemy i zbieramy siły.

 

Kierunek morze
Z miasta wyprowadza nas sympatyczny Włoch. Gna na złamanie karku, wygląda jakby przed nami uciekał. W końcu zatrzymuje się jednocześnie wyskakując z wozu. Jest siwy i w średnim wieku. Wskazuje nam palcem właściwą drogę i mówi żebyśmy nie jechali szybko, bo jest piękna, ale niebezpieczna. Podobna sytuacja ma miejsce raz jeszcze nad morzem, kiedy jedziemy za człowiekiem na Moto Guzzi Quota. Przepiękne enduro. Jedyne, które mógłbym mieć w swej stajni. Droga przepiękna, dzika przyroda na dużym obszarze, rozrzucone i zagubione senne miasteczka. Mam problem z wyszukaniem luzu w skrzyni. Reguluję sprzęgło na klamce. Jest lepiej, ale w Sestri Levante nadmorskim kurorcie urywa się linka. Naprawiamy. Mamy nową za parę groszy. Miły właściciel warsztatu pomaga mi przy montażu i częstuje napojami. Wreszcie spóźniona kąpiel w morzu. Śpimy na stromym wzgórzu nad przepaścią z przepięknym widokiem na błękit morza, zieleń wzgórz tonących w wodach i czerwone dachówki kamienic daleko, daleko w dole. Żeby tam dojechać musiałem zafundować MZ-tce odcinek enduro. Rano spotykamy rosyjskiego paralotniarza. Oferujemy mu pomoc i przez 15 minut sterczymy ze spadochronem w dłoniach w poszukiwaniu wiatru. Rosjanin na kasku ma kamerę, a na tyłku wielki schowek na spadochron przypominający pancerz skorupiaka. W końcu łapie wietrzyk i ku mojemu zdziwieniu unosząca się w górę czasza łagodnie porywa zawodnika. Nie rzucił się do przepaści jak to sobie wyobrażałem. Motocykl i namiot chowamy w kosodrzewinie na szczycie i spacerkiem schodzimy na plażę i na miasto. Wybrzeże okolic Sestri to park krajobrazowy Cinque Terre, który tworzą piękne górzyste półwyspy porośnięte zielenią w górnej części, a w dolnej starą miejską zabudową w ciepłych kolorach. Ciepłe noce na naszym biwaku to niezapomniane wrażenia. Nad głowami niebo rozgwieżdżone tak mocno, że droga mleczna wydawała się na wyciągnięcie ręki. Z oddali muzyka co sobotniej fiesty mieszała się z szumem fal. Na naszej mikroskopijnej kuchence przygotowywaliśmy prawdziwą ucztę. Pewnego wieczora w menu: Spaghetti - cztery sery. Polane to wszystko obficie oliwą z oliwek. Puszka podróżuje z nami bezpiecznie w opakowaniu przypominającym starego Castrola. Wino do posiłków pochodzi z kartoników, na których dumnie prezentuje się wielka jedynka. Numero uno in Italia. Na wzgórzu przez kilka dni nikt nam nie przeszkadzał, dlatego żal nam było się stamtąd ruszać. Rano pokrzepiamy się jeszcze espresso i ruszamy w drogę.

Początkowo próbujemy zasuwać wybrzeżem. Tłok jak diabli, a tuż za zabudowaniami zaczynają się zakręty. Nie jedziemy wcale wolno, ale tracimy czas stojąc na światłach, a i droga nie prowadzi naprzód tylko dookoła półwyspów. W końcu mówimy pas i zjeżdżam na autostradę do Genui. Oddalamy się od morza i zmierzamy w kierunku Cuneo w Piemoncie. Punkt A - ciepłe morze – zaliczony. Przed nami punkt B: wysokie góry i przełęcze.


Motocyklem w chmurach
Przed nami fascynujące mnie wielkie alpejskie masywy. By zdobyć przełęcze i mieć z tego jak najwięcej radości zakładamy bazę, gdzie zrzucamy balast w postaci bagażu. Gościmy na rozległej równinie, pooranej głębokimi wąwozami u mojego byłego pracodawcy. W chłodne poranki mamy widok na potężne góry. Później powietrze staje się mniej przejrzyste i góry w tajemniczy sposób znikają. Nasz gospodarz Bepe czyli Giuzeppe dobrze mnie pamięta mimo upływu ośmiu lat i bez zbędnych ceregieli pokazuje, gdzie możemy biwakować. Dzień zaczynamy od kawy, potem nakrywamy cały majdan plandeką na wypadek deszczu i ruszamy w góry. Na śniadanie zatrzymujemy się na trasie. Jedną z pierwszych tras jest droga na Elvę. Przepiękna i niebezpieczna. Znam już ją całkiem nieźle, co w połączeniu z nie najgorszym asfaltem zachęca do odkręcania. Jednak trzeba uważać. W wąskich, wyciosanych w skale tunelach trafiają się ostre zakręty. Do tego z pełnego słońca wjeżdża się w ciemność. Światła nie pomagają – przez chwilę nic nie widać. Kiedy droga biegnie wierzchem, wije się na skalnej półce. Z drugiej strony przepaść i widok na bujny las w wąwozie.

Bardzo uważajcie – ostrzegała nas Antonieta spytana o drogę. Wieczorem mamy koniecznie przyjechać do niej na kolację. Zjawiamy się dopiero po 23- ciej. Jej mąż Luciano też okazuje się motocyklistą. Kilka dni później gościmy u jej siostry - bierzemy udział w najprawdziwszej uczcie. Już po pierwszej potrawie czuję się pełny. A na stole ciągle przybywa przysmaków - wielkie krewetki, mule, ryby, kotleciki. Niestety przyjechaliśmy motocyklem i muszę sobie darować wino…

Każdemu polecam przejazd przez przełęcz Agnello na francuską, stronę, a potem na przełęcz Izoard. Agnello, zapiera dech widokami i skalistymi masywami. Z kolei Izoard urzeka wielkimi skalnymi rumowiskami, z których wystają szpice twardszej skały. Powrót przepiękną drogą wykutą na dużej wysokości ponad kanionem, a potem w kierunku przełęczy Larche. Od francuskiej strony przełęcz jest bardzo szybka i można tam ostro dołożyć do pieca. Meta w okolicach Cuneo.

Warta uwagi jest również przełęcz de Vars i szutrowa droga prowadząca do ruin starej kamiennej bazy wojskowej. Oszałamiające zapachy wysokogórskich kwiatów i ganiające świstaki wprowadziły nas w inny, lepszy świat. Po drodze kupujemy tradycyjny ser. 8 lat temu kupiłem świeży – nie był zbyt specjalny. Teraz zdecydowałem się na bardzo stary. Szata graficzna fragmentu etykiety na naszym kawałku sugeruje dawno minioną epokę. Siedząc na trawie wysokiej połoniny zjadamy go co do okruszka. Był wspaniały. Powrót przez łagodną od francuskiej strony przełęcz Larche wśród pięknych połonin.

Przychodzi wreszcie dzień najważniejszy, czyli motocyklowa wspinaczka najwyższą asfaltową drogą w Europie, do punktu Cime de la Bonett obok przełęczy o tej samej nazwie. MZ-ta, podobnie jak 8 lat wcześniej Suzuki Savage melduje się na szczycie o wysokości 2 802 m. Tym razem surowa sceneria ukazuje się jak w teatrze pomiędzy otwierającymi się i zamykającymi kurtynami potężnych chmur na niebie.
Znów mijamy ruiny starej bazy. Nie pamiętam, czy należały do Francuzów, czy do Włochów. Na zachowanym fragmencie tynku, we wnętrzu jednej z kamiennych chatek, znajduje się malowidło przedstawiające żołnierza, w berecie z antenką, zakopanego po szyję w śniegu. Wystaje tylko głowa, dłonie, uchwyty kijków i lufa karabinu zawieszonego na plecach. Po ziemi walają się kawałki kafelek. Wymarłe koszary otoczone są wspaniałym widokiem. Motocykl wspina się miarowo łomocząc z wydechu. Dwumetrowej szerokości droga prowadzi dosyć stromo pod górę i pozbawiona jest choćby symbolicznych barier, a widoki są raczej z tych lotniczych.

 
Powrót przez przełęcz Lombardia, z jeziorkiem na szczycie i iglastymi drzewami nadającymi jej bajkowej scenerii. Przełęcz tą zaliczamy dwukrotnie w trakcie tej wyprawy. Drugie jej oblicze poznajemy wracając z wyjazdu nad morze. Póki co jedziemy się wykąpać. Przed tunelem Tenda rozmawiam z motocyklistą. Nie traktuję poważnie jego ostrzeżeń przed deszczem. Zresztą akurat pada kapuśniaczek i to już jest powód do narzekań? Pędzimy dalej na plaże. Do ideału upalnego lata trochę brakuje, ale bliżej wybrzeża robi się wyraźnie cieplej i przestaje siąpić. Nie ma co prawda chętnych na kąpiele. No nie dziwię się, w końcu trafia się tam z reguły lepsza pogoda. Samotnie rzucam się w wielkie fale. Żona z brzegu woła, że pada. O co jej chodzi?! - myślę – zaraz przejdzie. I dalej rzucam się w bałwany. Niebo robi się jednak fioletowe... i rozpętuje się piekło. Mam nadzieję, że tak gwałtowna ulewa musi się szybko skończyć i postanawiam pokazać żonie Monaco. Jednak nici z tego, wody przybywa, a murki krawężników robią za ścianki basenów. Jedziemy jakby korytem kanału, samochody wzbijają wielkie fontanny. Przeciwdeszczowe kombinezony przeciekają. W Monte Carlo tylko reperujemy jeden kombinezon taśmą klejącą i jedziemy dalej. Przed nami góry, kamienie i żwir walają się po jezdni. Z każdym kilometrem i każdym metrem na wysokości robi się chłodniej. Do tego ślisko. Mijamy wielkie skalne bramy, potem wspinamy się by nawracać na coraz wyżej rozłożonych serpentynach. Szum deszczu ustępuje ciszy prószącego nieśpiesznie śniegu. Wyciszony świat przykrywa biały puch. Krowy tulą się do siebie na skraju płaskowyżu. Na szczycie przełęczy kierowcy kamperów podobnie ustawiają swe domki na kołach blisko jeden drugiego. Z zimna bardzo bolą nas palce, zwłaszcza pod paznokciami. To uczucie przypomina listopadowe wieczorne powroty do domu na CZ 350, kiedy to trudno było wyciągnąć kluczyk ze stacyjki i przekręcić kranik, a odmarzało się dopiero stojąc pod gorącym prysznicem.

Budząc się o poranku, wykorzystuję czas porannej toalety żony i wskakuję na sprzęta. W laciach na nogach pędzę motocyklem po kawę. Prawie jak rockers, tyle że odziany w klapki, krótkie gatki i bluzę Moto Guzzi. Zapinając piątkę czuję, że lacie odlatują, więc jednocześnie staram się trzymać je palcami u nóg. Chwila brawurowej jazdy i po strachu. Stoję przy kontuarze ponieważ słyszałem, że siadając przy stoliku płaci się więcej. Jednym haustem wychylam naparstek gęstej mocno dosłodzonej (cukier krzepi), aromatycznej cieczy. Wspaniała moc tego eliksiru rozchodzi się błyskawicznie po całym ciele. Jeszcze chwilę rozkoszuję się atmosferą. Wskakuję na sprzęta, kierując megafon na publiczność. Uwielbiam dźwięk singla. Odjazd ma się rozumieć z laciem długo i nisko ciągnionym nad asfaltem. W wyśmienitym nastroju wracam z ciasteczkiem dla żony.

We Włoszech koniecznie trzeba skosztować pizzy. My kupujemy najlepszą i najtańszą zarazem, czyli zwykłą margheritę. Choć Włosi nie przykładają się do strony wizualnej i do dodatków, ich pizza jest najlepsza. Powinna być tylko z tradycyjnego, otwartego, opalanego drewnem pieca. Lokalesi się nie certolą biorą kawał pizzy w garść zwijają w pół i jedzą jak kanapkę. Zamiast ketchupu ostro przyprawione oliwy. Palce lizać. Oczywiście nigdy nie siedzimy w żadnym Ristorancie, tylko jemy siedząc na ciepłym krawężniku i podziwiając ruch. Włoska ulica jest pełna życia. W miastach ludzie spacerują, jedzą lody, rozmawiają siedząc na ławkach, spędzają po prostu czas. Nie należą do pędzącego tłumu. Oni po prostu są i z tego się cieszą.

 
Lago di Como - piękne , malownicze jezioro i pobliska 90. letnia fabryka motocykli Moto Guzzi sprawiają, że to jest fantastyczne miejsce. Jednak najbardziej zapadło nam w pamięć przyrządzanie spaghetti nad jego brzegiem. Schodkami schodzimy na skrawek kamienistej plaży najwyraźniej wykorzystywany w trakcie sjesty przez miejscowych. W miłej niekrępującej atmosferze przygotowujemy posiłek i jemy w cieniu starej akacji.

Po dosyć trudnej trasie wspinamy się drogą na Stelvio. Na wysokości 2000 m znajdujemy miejsce na obóz. Tuż obok zaczyna się rezerwat. W nocy słyszymy lekki szum wodospadu. Oprócz tego wspaniała cisza. Na Stelvio motocykle od rana ciągną jak na zlot. Muzyka z wydechów wspaniale gra. Przed tunelem przepuszczamy jadące z góry samochody. Motocykliści czekają chłonąc widoki i rytm pracy silników. Potem znowu sprawnie pokonujemy serpentyny niczym piloci RAF-u z dywizjonu 303. Czasem połykam na kawałku prostej pod górę, jakiegoś Harasia albo innego cruiser. W Alpach najpiękniej wyglądają włoskie maszyny Ducati i Guzzi. Ich suche sprzęgła grzechoczą, a silniki łomoczą jak nadchodząca burza. Japończyki nie mają tego uroku. Jeśli jadą cicho, nikomu nie przeszkadzają, ale na głośnych wydechach ich jazgot w górach nie pasuje do niczego. Ma się rozumieć to moja subiektywna ocena i można by zużyć setki kilometrów kartek papieru żeby spisać wszelkie dyskusje na ten temat.

Stelvio 2750 m osiągamy równo ze starym jednocylindrowym Gutkiem. Wyróżnia się z tłumu maszyn zaparkowanych pod szczytem. Głęboka czerwień mistrzowsko położonego lakieru, dopełniona chromem to nie wszystko. Smaczki w rodzaju zawieszenia tylnego koła (w tamtych latach prawie nie spotykane), leżący cylinder czy koło zamachowe wirujące na zewnątrz (zwane krajalnicą) sprawiają, że tłumek gapiów zapewniony. Do niedawna sprzęt ten był popularny w górach, zwłaszcza w okolicach Mandelo - miejscowości gdzie znajduje się fabryka Moto Guzzi. Ten był świeżo odrestaurowany. Stawiam obok naszego objuczonego konia z kraju Karola Maya. Właściciel Gutka był szczerze zainteresowany... sprawiającą wrażenie kruchej, podstawką naszego pojazdu. To była by strata jak by nasze moto obaliło się na to cudeńko. Dwa jednocylindrowce i dwie epoki. Piękne. Jednak najwspanialsze maszyny pojawiają się znienacka. Spatynowane latami, podobnie jak kierujący nimi dziadkowie w poobdzieranych skórach i spękanych orzeszkach na głowie. Pojawiają się nie wiadomo skąd i znikają równie szybko w mgiełce spalonego oleju za najbliższym zakrętem. Zawsze wtedy żałuję, że nie mam w porządnego aparatu fotograficznego.

 
Powrót
Przy drodze zabawne i dające do myślenia bilbordy głoszą: „ŻYCIE JEST PIĘKNE, JEDŹ OSTROŻNIE!” Napis uzupełnia fotka motocykla pomykającego po serpentynie. Deszcz i ostatnia przełęcz. Chwilę rozmawiam z jednym z trójki motocyklistów na szlifierach. Spotykamy się 100 km dalej na stacji benzynowej. Są pełni podziwu i nie dowierzają, że ten dziwny motocykl obładowany jak cygański wóz troszkę ich wyprzedził. W krainie deszczowców ich 160 KM się nie przydaje. A nie porażająca moc naszego singla w połączeniu z Michelinami Pilot Road daje radę. Ani jednej stresującej sytuacji czy to na mokrym czy na suchym. Tniemy od noclegu pod Stelvio, aż do domu na Śląsku praktycznie non stop. Na wysokości Monachium przejaśnia się, więc zatrzymujemy się na krótką drzemkę na parkingowych ławkach. Coś mnie tknęło żeby sprawdzić czy namiot nie przypieka się o tłumik. Dlaczego od bagażu do wydechu są całe 2 cm? Kurde, auspuf się łodkryncił! Ciekawe, ile kilometrów zrobiliśmy z wielkim cygarem powieszonym tylko na szpilkach przy cylindrze? Dobrze, że w Niemczech drogi są gładkie. Skręciłem go śrubą z owiewki. Żona puka dzięcioły (tzn. zaczyna spać), kołysze się z prawej na lewą i z powrotem. Budzenie by nie spadła działa tylko na chwilę. Pusta droga, kilometr za kilometrem bliżej domu. Wszystko się udaje.

A koszty? Motocykl wypił w granicach 5 l/100 km i nakręcił 5000 km, sami obliczcie. Reszta kosztów? Jak w domu, normalnie coś się kupi, głównie do zjedzenia. Może nawet mniej się wydaje, bo nie korzysta się z „okazji”, nie ma ich najzwyczajniej gdzie wsadzić na motocykl. Specjalne podziękowania dla Shoguna (Mirka) z Sadowia za pomoc w przygotowaniu sprzęta nie tylko do tej wyprawy.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Obiecałem żonie, że zabiorę ją w najpiękniejsze miejsca jakie znam. Zresztą plan wyprawy w Alpy chodził mi po głowie już od baaardzo długiego czasu.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:08:55
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij