Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.8

250-tki: Na prawko A2, 4 x 1/4

Nie ulega wątpliwości, że pod względem osiągów te cztery bike’i nikogo nie rzucą na kolana. Mimo to potrafią dać sporo radości. Możesz ich dosiąść, mając tylko prawko A2.

Jak zawsze w życiu, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wyobraźmy sobie przez moment, że mieszkamy nie w Polsce, lecz w jakiejś wiosce w Indiach lub Tajlandii, gdzie samochody można policzyć na palcach jednej ręki, a z jednośladów największy wypas to Honda Innova 125 lub podobne sprzęty, cała zaś reszta lokalesów pociska na rowerach lub osiołkach. Jeśli w takim miejscu pojawiłby się ktoś na jednym z testowanych przez nas sprzętów, wzbudziłby sensację niczym UFO. Przykułby spojrzenia lasek i wywołał zazdrość w facetach oraz generalnie spowodowałby w okolicy powszechną falę zachwytu, dając posiadaczowi bonusy do charyzmy i atrakcyjności. U nas klasa 250 budzi znacznie mniejsze emocje. A jednak warto rozejrzeć się za jednym z takich sprzętów. Za którym i dlaczego? Postanowiliśmy to sprawdzić.

Dużo motocykla za rozsądną kasę?

Suzuki Inazuma 250 to 183 kg masy, dwa cylindry, dwa tłumiki i miniowiewka. Całkiem nieźle, trzeba się tylko pogodzić z tym, że sprzęt wygląda trochę zbyt poważnie jak na klasę 250. Pod tym względem KTM i Honda sprawiają wrażenie bardziej cool. Honda CBR 250 R oprócz wyglądu oferuje świetny zintegrowany układ hamulcowy z ABS-em, ABS w KTM-ie 200 Duke’u zadebiutuje w tym sezonie, mały Ninja zaś ma i ABS, i sportowe podwozie, i najwyższą w tej gromadzie moc – 39 KM. Owszem, osiągi tych sprzętów nie wyrywają z butów, za to każdym z nich można jeździć, mając prawo jazdy kategorii A2.

Ale przecież moc to nie wszystko, zwłaszcza jeśli maszyna jest lekka i zwinna. Najcięższym sprzętem w tej ekipie jest Suzuki Inazuma – 183 kg, najlżejszym zaś KTM 200 Duke, który zalany pod korek waży zaledwie 139 kg. Nie dziwi więc, że austriacka maszynka doskonale czuje się, pokonując rozmaite kombinacje bardziej i mniej ciasnych zakrętów. Hondy (166 kg) i Kawasaki (177 kg) szczelnie wypełniają środek stawki.

Małe co nieco o silnikach. Na wstępie trzeba jednoznacznie stwierdzić, że najwyższa moc małej Kawy nie oznacza najlepszej jazdy po krętych drogach, w górach czy w ruchu miejskim. 

Ninja, nawet mały, to ostry zawodnik

Pod względem osiągów żadna z porównywanych tu maszyn nie ma wyraźnej przewagi nad resztą konkurentów. W średnim zakresie (między 4000 a 7000 obr/min; najbardziej przydatnym podczas codziennej jazdy) te cztery bike’i nie różnią się za bardzo pod względem mocy. Dopiero gdy trzeba wyprzedzić albo na długiej prostej, na której da się wycisnąć z silnika ostatnie soki, Ninja pokazuje pazury i odjeżdża konkurencji. Natomiast „200” KTM-a straty wynikające z niższej pojemności nadrabia niewielką masą.

Nie wolno jednak zapominać, że w tej gromadce ważniejsze od porównywania mocy jest to, w jaki sposób można ją wykorzystać. Kawasaki zapewne pochwalą ci, którzy szukają w tych niewielkich maszynach sportowego ducha. Silnik Ninji lubi być kręcony do 12 500 obr/min i naprawdę żywiołowo zachowuje się dopiero w najwyższym zakresie. Rozwija wówczas faktycznie niemal 40 KM mocy. Na tle 25 KM Inazumy to różnica niemal kosmiczna. 

Przeciwieństwem twina Kawy jest szorstko pracujący singiel Hondy, generujący moc 26 KM. Pracuje on na tyle ospale, że jego praca przywodzi na myśl silnik napędzający generator prądotwórczy. To jednak zupełnie nie szkodzi, bo biker dostaje coś, co ma istotne znaczenie podczas codziennej eksploatacji: łatwą do opanowania jednostkę napędową. Chociaż trzeba dodać, że – inaczej niż w innych ćwierćlitrowych CBR-kach – w testowanej maszynce podczas zmiany biegów skrzynia się nieco zacinała.

Singiel KTM-a zachowuje dynamikę w całym zakresie obrotów: da się nim jechać spokojnie na niskich obrotach, ale potrafi też ochoczo kręcić aż do odcięcia przy 10 800 obr/min. Taka charakterystyka ma coś z pracy silnika elektrycznego. Jeśli zaś o rozruch chodzi, Duke mógłby popracować nad lepszymi manierami. Gdy jest zimny, kręci dosyć wysoko, natomiast na ciepło często gaśnie. Głupio, kiedy człowiek, stojąc na pole position pod światłami, w kulminacyjnym momencie nie może odjechać.

Aby z takiej pozycji popędzić na Inazumie, trzeba dość mocno odkręcić. Hasło: „Życie zaczyna się od 7000 obr/ /min” niewątpliwie przyświeca twinowi Suzuki. Być może sprawa polega na tym, że Inazuma 250 jest aż o 44 kg cięższa od KTM-a. Jednak da się z tym żyć, bo jej piecyk jest wzorcowym przykładem kultury pracy. Żadne inne serducho w tym teście nie pracuje tak fajnie i z tak niewielkimi wibracjami. 

Mieć znów 16 lat i jechać jak po tytuł

Coraz mniej włosów na głowie, strzykanie w kolanach i pierwsze zmarszczki – niestety, młodość nie trwa wiecznie. Na szczęście nie jesteśmy w tej sytuacji zupełnie bezradni – te małe sprzęty w pewnym sensie odmładzają dosiadających ich jeźdźców i robią to znacznie efektywniej niż supersporty czy mocne nakedy. Oczywiste jest, że duża moc nie ma decydującego wpływu na szybkość. A nawet może wręcz spowolnić bikera. Mając 150 KM pod garścią, na wyjściu z winkla na zwykłej drodze dodasz raczej mniej niż więcej gazu, a zaległości nadrobisz dopiero gdy maszyna wróci do pionu. Ważne: na drodze nie może wtedy leżeć żwir, a nawierzchnia być mokra. Wobec nadmiaru mocy w pewnym momencie idealny tor jazdy staje się czymś znanym tylko z opowieści.

Natomiast na każdej maszynie z naszego kwartetu takie zachowanie idzie w zapomnienie. Człowiek nagle znów ma 16 lat, a każdy odcinek trasy działa na niego, jakby walczył o mistrzostwo świata. Wynika to stąd, że aby naprawdę dynamicznie pojechać, nie wolno popełnić błędu: trzeba zapiąć odpowiedni bieg, jechać na optymalnych obrotach, wybrać najlepszy tor jazdy, punkt hamowania, moment dodania gazu. Nie ma tu bowiem nadwyżki mocy pozwalającej naprawić błąd. Wskakujemy na siodła i dajemy naszym rumakom ognia. 

Który sprzęt pozwala czuć się jak mistrz?

Jeśli chodzi o wrażenia z jazdy, najlepiej wypadł KTM. Jeśli nie spaprzesz wcześniej wymienionych spraw, silnik o pojemności 200 cm3 nigdy nie da ci wyraźnego znaku, że powinieneś zapiąć wyższy bieg. Wyczuwaniu odpowiedniego momentu ciągle towarzyszy walka z mizernym amortyzatorem, który kiepsko reaguje, a także słabo tłumi. Odpowiednie reagowanie na niepokój w podwoziu pojawiający się na wyboistym asfalcie jest skomplikowanym zadaniem i wymaga pełnej koncentracji. Niemniej mocne odkręcenie Duke’a 200 przynosi coś, nad czym trzeba się zachwycać: szybkość, ale i rozkosz pełnej gamy przeżyć związanych z jazdą motocyklem. Lepiej chyba się nie da.

Miejsce drugie: Honda. Tę pozycję zawdzięcza stosunkowo flegmatycznemu singlowi. Na szczęście na co dzień nie jest to problem, a ponadto mamy tu do czynienia ze sprzęcikiem świetnym do wypadów turystycznych. Jeśli jednak szukasz mocniejszych przeżyć, to się rozczarujesz. A szkoda, bo jak na złość ta maszynka oferuje rozwiązanie sprzyjające ostrzejszej jeździe: zintegrowany układ hamulcowy wspierany przez ABS, który funkcjonuje niezawodnie i jest skuteczny. Oprócz tego żadnej z pozostałych maszyn nie prowadzi się tak precyzyjnie, jak małej CBR-y. Nawet pozycja jeźdźca jest bliska ideału. Od razu widać, że konstruktorzy skorzystali z doświadczeń zebranych na torach wyścigowych. 

Co potrafią Ninja 300 i Inazuma?
Trzecie miejsce w rankingu wrażeń podczas szybkiej jazdy przypadło Kawasaki Ninji 300. W tym sprzęcie wszystko jest jak należy. 39 KM wystrzeliwują ważącego 177 kg sprzęta jak armatni pocisk. Hamulce są świetne: bezpośrednie, efektywne, stabilne i wsparte przez ABS. To wszystko serwowane w sportowej pozycji. Do tego sztywno zestrojone podwozie. Na Ninji człowiek nie tylko czuje się szybki – on jest szybki, szybszy niż pozostała trójka. Tyle że jeździec nie czuje tego tak intensywnie.

Nie zapominajmy o jeszcze jednym bike’u – Suzuki Inazumie. Mimo że niektórzy zapewne uznają to za herezję, koncepcję tej „250” można porównać z Banditem 1200. Bo Inazuma przewiezie cię z punktu A do punktu B i nie zawiedzie w podróży. Nigdy nie chce być szybka, robi po prostu to, co jej się każe. „Janie, niech Jan wyprzedzi ten samochód przed nami” – i tak się dzieje. Inazuma jest dla tych, którzy nie szukają wyrywających z butów wrażeń, ostrych akcji czy superwyglądu. Oferuje za to najbardziej komfortowe zestrojenie podwozia, najłagodniej pracujący silnik oraz najlepszą kanapę dla pasażera. Niestety, tym zaletom towarzyszy wymagające przyzwyczajenia, chwiejne zachowanie podczas jazdy. Inazumie można zarzucić to, że jeśli wszedłeś w wiek średni, czujesz się na niej jak człowiek w wieku średnim, czyli ten sprzęcik nie odmładza. Zmusza za to do porzucenia myśli o ostrym śmiganiu po górskich winklach. Jest jak rodzinne kombi, tyle że bez haka do przypięcia przyczepki.

Gdy plecaczek może poczuć się jak człowiek
Te cztery ćwiartki powinni docenić motocykliści, którzy codziennie dojeżdżają do pracy lub czasem potrzebują czegoś do wyskoczenia po bułki, a nie lubią skuterów i nie chcą w tym celu wykorzystywać dużego motocykla.

Kto od czasu do czasu zabiera pasażera, powinien przychylnym okiem popatrzeć na Suzuki. Na Inazumie plecaczek poczuje się jak człowiek, bo oferuje ona przyjemny kąt ugięcia kolan i wystarczająco dużo miejsca. W przypadku pozostałych trzech motocykli pasażer musi być wytrzymały na cierpienia. Jeśli nie należy do twardzieli, będzie musiał pogodzić się z tym, że przypadną mu w udziale jedynie wypady dookoła komina. 

Niestety, mała Inazuma ma w porównaniu z pozostałymi maszynami tak duży apetyt na paliwo, jakby ciągle woziła ze sobą pasażera. Na przejechanie 100 km potrzebuje 4,4 litra wachy, czyli o litr więcej niż konkurenci. Jeśli ktoś szuka drugiej maszyny i ważny jest dla niego ten aspekt, powinien wybrać KTM-a. Najlżejszy i najporęczniejszy bike w teście jest równocześnie najdrobniejszy, dzięki czemu można go wcisnąć w najciaśniejszy kąt w garażu. Kawasaki, czyli najbardziej sportowa maszyna z testowanej czwórki, oferuje najlepsze światła, najniższą pozycję jeźdźca oraz haczyki pozwalające porządnie przymocować bagaż (na KTM-ie jest to niemal niemożliwe).

Końcowa wyliczanka, żeby ułatwić wybór
Co więc wybrać? Który sprzęt dla kogo? Wyliczankę zróbmy według kolejności alfabetycznej. Na początek Honda CBR 250 R. Kto marzy głównie o lansie na litrowym Bladym, ale musi poprzestać na czymś mniejszym, od biedy zaakceptuje cebrę 250 R. Ten ćwierćlitrowy sprzęcik ma bowiem wygląd, który nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z motocyklem sportowym, ale też jest godnym zaufania (bo niezawodnym) towarzyszem dnia codziennego.

Kawasaki Ninja 300 to sprzęt dla wszystkich, którzy lubią sportowy feeling, ostry wygląd i dynamikę. Nadaje się zarówno dla początkujących motocyklistów, jak i dla tych, którzy podjęli odważną i/lub podyktowaną ekonomią (będzie taniej!) decyzję, aby przesiąść się z samochodu na jednoślad.

KTM Duke 200 natomiast to pojazd dla młodych – czy to ciałem, czy już tylko duchem. U małolatów wzbudzi respekt i będzie po prostu cool. Dla bardziej zaawansowanych wiekiem chłopców i dziewczyn będzie jak zastrzyk odmładzający.

Suzuki Inazuma. Masz motocyklowe prawo jazdy, ale jeszcze nie wiesz, czy jazda na motocyklu będzie czymś, co będzie cię kręcić? Spróbuj z Inazumą! Ta maszyna jest łatwa w prowadzeniu i łagodna w obyciu.


zobacz galerię

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij