Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
2.2

BMW K 1300 GT 2009

Jest połowa marca. Wiosna nie chce przyjść, więc postanawiam pojechać do Rzymu na jej spotkanie. Beemka K 1300 GT już czeka. Czy możliwy jest lepszy turystyk niż K 1200 GT?

Pierwszy dzień. Zimno i deszcz. Niech się dzieje, co chce – zaraz startuję do Rzymu. Tam właściciele kawiarni na pewno wystawili już stoliki na chodniki, dziewczyny spacerują po promenadach. Ostatnie spojrzenie na BMW K 1300 GT przed odpaleniem silnika. Po raz kolejny upewniam się: oto stoi przede mną sprzęt idealny do dalekiej wyprawy. W Monachium dosiądzie się Jessica, znajoma pół-Włoszka, która chce choć na chwilę wpaść do rodzinnego miasta. Motocykl od pierwszej chwili budzi zaufanie: większa moc (161, a nie 152 KM – tyle miał K 1200 GT), rozstaw osi 1572 mm, ponad 300 kg z pełnym wyposażeniem, świetne wyważenie.



25. kilometr – autostrada.Na szóstce i przy 130 km/h silnik kręci 5000 obr/ /min, przy 180 km/h obrotomierz pokazuje 7000 obr/min. Maszyna nadal dynamiczc nie przyspiesza. Gdy na zegarze mam 250 km/h, z przyjemnością stwierdzam, że za elektrycznie podnoszoną szybą mam spokój i pełny relaks. Dookoła mnie wściekły hałas, a we mnie pełny luzik.

150. kilometr – włączam tempomat. Jadę 130 km/h. Miło. Spokojnie ignoruję wiatr, który trochę skubie mnie po ramionach. Termometr pokładowy pokazuje 3º na plusie. Motocyklowi wszystko przychodzi bez wysiłku, nawet przypominające katapultowanie przyspieszenie to dla niego bułka z masłem. Koleiny, frezy i inne nierówności – wszystko to łykają doskonale działające zawieszenia. Chwytam się na myśli, że jeszcze trochę i mógłbym powiedzieć, że jadę w limuzynie. Silnik pracuje kulturalnie, jego wibracje można bez kłopotu wybaczyć, a od 6000 obr/ /min zaczyna wydawać odgłos wywołujący gęsią skórkę.

   
Mnóstwo przełączników: z lewej – przycisk start-stop, ogrzewanie rączek kierownicy, ogrzewanie kanapy jeźdźca, z prawej – ESA, regulacja szyby, tempomat, komputer pokładowy, klakson, długie światła i przełącznik kierunkowskazów. Wszystko ładne i funkcjonalne.  M.in. takie detale decydują o stylu sprzęta.  

225. kilometr – Monachium. Jessica nie musi się ograniczać z bagażem. 2 x 32 litry seryjnego systemu kufrów, do tego mocno cofnięty topcase – ponad 49 litrów, tankbag to dalszych 20 l. Ma on wcięcie, dzięki czemu prawie nie przeszkadza jeźdźcowi nawet podczas zawracania. Tym mniej przeszkadza zmierzona moc 165 KM, nawet jeśli do spokojnej jazdy szosowej wykorzystuje się tylko 50 z nich.

300. kilometr – dojazd do Innsbrucka. Jedziemy drogami drugiej i trzeciej kategorii. W K 1200 GT skrzynia pracowała brutalnie, głośne stuki przy zmianie biegów pozwalały podejrzewać bikera, że nieprawidłowo zapina biegi. „1300” zapomniała o tej wadzie. Tak samo jest z reakcją na zmianę obciążenia. Stuk dochodzący dawniej z tylnej przekładni przy każdym dodaniu i przymknięciu gazu usunięto prawie całkowicie. W tym celu popracowano nad wałem i zastosowano dwa przeguby. Śladowo pojawia się on tylko na bardzo niskich obrotach. Przejazd na szóstce przez wsie i przyspieszanie po ich opuszczeniu K 1300 GT wykonuje z godnością i bez szarpania.

Pierwszą otwartą lodziarnię i powiew wiosny zauważamy za Rosenheim. Zarządzam postój. Przed Innsbruckiem zjeżdżam w bok, do hotelu. Im dalej w las, tym droga staje się coraz gorsza. Jest to pole do popisu dla ESA II – podwozia z elektroniczną regulacją, które pozwala m.in. zmieniać tłumienie przedniego zawieszenia. W Monachium wybrałem ustawienie „normal”, teraz decyduję się na „komfort”. GT sunie po wybojach i szutrach jak po stole. Przynajmniej tak twierdzi Jessica.

     
W topcase’ie mieszczą się dwa kaski integralne i wejdzie jeszcze coś. Mocowanie i zdejmowanie seryjnych kufrów to żaden problem.  Bez kufrów tył GT wygląda jak goły.  


Drugi dzień – 430. kilometr. Mimo że maszynę pokrywa szron, odpala od pierwszego strzału. Komputer pokładowy wskazuje 0º i błyska kryształkiem lodu. Potem temperatura powoli rośnie. Przy 2,5º znika ostrzeżenie przed gołoledzią. Jej miejsce zajmuje informacja o ciśnieniu powietrza w oponach. W takiej ciężkiej maszynie to bardzo przydatna rzecz. Teraz przydałby się tylko czujnik informujący o temperaturze bieżnika opony.

523. kilometr – przełęcz Brenner. Tu ciągle króluje zima. Włączyłem ogrzewanie kanapy i rączek kierownicy. Stopień 1 przyjemnie grzeje, stopień 2 przypomina grill. Włochy. Między Trento a jeziorem Garda spotykamy pierwsze motocykle. Deszcz. Dostępny za dopłatą system kontroli trakcji ASC działa na śliskiej nawierzchni zdecydowanie. Wprawdzie nie za bardzo wiem, jak pracuje zawieszenie Duolever przedniego koła i jak współpracuje z nowym wahaczem, ale mi to niepotrzebne. Wiem, że nic nie zakłóca mi spokoju. Mimo wymagającej uwagi i wyboistej drogi, motocykl zachowuje się pewnie i przypomina jednośladowe intercity.

760. kilometr – Werona. Strajkują pracownicy autostradowych bramek. Trochę kasy zostaje w kieszeni. Także BMW ma swój udział w oszczędnościach. Nawet podczas ostrej jazdy pali nie więcej niż 6,3 l/100 km. W Toskanii przejechaliśmy nawet 460 km na jednym zbiorniku o pojemności 24 l. Odpowiada to 5,2 l/100 km. Producent każe poić beemkę benzyną 98-oktanową, ale 95-oktanowa nie powoduje istotnej straty mocy.


   
Mocny hamulec z ABS-em nie słabnie nawet na długich zjazdach z alpejskich przełęczy.  
Zamykany schowek w obudowie przydaje się na drobiazgi. 
Wysokość kierownicy można regulować w zakresie 40 mm. 

Dzień trzeci – 1390. kilometr. Rzym przyjmuje nas ulewą, mimo to na ulicach tłok. Ostro jadąca laska łapie poślizg na bruku i jej skuter kładzie się tuż przed naszym przednim kołem. Panienka podnosi skuter, sprawdza makijaż i jedzie dalej. Z pewnością do poruszania się po Rzymie lepsza byłaby Vespa, ale na dojazd to już na pewno nie. Mijamy Colosseum, Forum Romanum, fontannę di Trevi, bazylikę św. Piotra i inne pamiątki historii. Dość pewnie dotąd działający GPS głupieje w plątaninie jednokierunkowych ulic. Nic to – przecież tutaj każda ulica jest przeżyciem.

Mimo złej pogody, podróż tak się Jessice spodobała, że odmawia powrotu pociągiem. Twierdzi, że GT oferuje pod dostatkiem miejsca, uchwyty są ergonomicznie usytuowane, a siodło jest bardzo wygodne. Ta ostatnia uwaga dotyczy także siodła jeźdźca. BMW musiało coś poprawić, gdyż na „1200” na dłuższej trasie bolały pośladki. Ruszamy w drogę powrotną, aby przy okazji poszukać wiosny wzdłuż wybrzeża Morza Tyrreńskiego.

1580. kilometr. Słońce znajdujemy dopiero pod Monte Argentario. W Porto Ercole łapie nas burza. Niby nic przyjemnego, ale być zmoczonym przez pierwszą burzę w tym roku ma swój smak. Będąc na Półwyspie Apenińskim, cały czas staramy się wybierać szosy kręte i jak najwęższe. Dzięki temu po raz kolejny możemy stwierdzić, że K 1300 GT nie jest cudem poręczności. Oprócz geometrii podwozia i masy wynika to z działania tłumika drgań kierownicy. W zamian zapewnia on superstabilną jazdę na wprost. Nie szkodzą jej nawet topcase załadowany na full ani boczny wiatr.



Dzień czwarty – 1800. kilometr. Na suchym K 1300 GT pokazuje, że potrafi jak przyklejony trzymać się toru jazdy. Szybkie i ciasne naprzemienne zakręty też nie są czymś, czego się obawia. Pamiętajmy jednak, że mowa o lekkości dużego turystyka. Opony Bridgestone BT 020 zapewniają budzącą zaufanie przyczepność, która nie znika na mokrym. Świat znowu znika w strugach wody, a K 1300 GT pruje autostradą w kierunku Pizy. Znów chwalę ochronę przed wiatrem i deszczem.

2085. kilometr. Przy jednej z bramek na autostradzie rozsypuje mi się bilon. Aby go pozbierać, trzeba odstawić maszynę na boczną podpórkę. Zero wysiłku! Do postawienia na centralną podstawkę też nie trzeba być strongmenem, nawet jeśli maszyna jest w pełni załadowana. Na dojeździe do San Bernardino znowu wjeżdżamy w zimę. Temperatura spada poniżej zera. Przez chwilę mamy lepiej, bo w połowie tunelu rośnie do +18º. Wyjeżdżamy z niego z 80 km/h na budziku i wpadamy na asfalt pokryty śniegiem. BMW hamuje, jakby rozumiał, że musi mi pomóc. Deszcz ze śniegiem towarzyszą nam aż do Monachium, gdzie zostawiam Jessicę.



Dzień piąty – 2995. kilometr. Wreszcie pluskam się we własnej wannie. Pogoda wprawdzie trochę dała mi popalić, ale na pewno byłoby znacznie gorzej, gdyby nie zalety K 1300 GT. Pozostała tęsknota za słońcem i Rzymem. Jessica ma rację: stolica Włoch to życie.


zobacz galerię

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Jest połowa marca. Wiosna nie chce przyjść, więc postanawiam pojechać do Rzymu na jej spotkanie. Beemka K 1300 GT już czeka. Czy możliwy jest lepszy turystyk niż K 1200 GT?
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 06:22:32