Motocykl poleca:

BMW R 1150 Rockster 2004

Poleć ten artykuł:

Ma szlachecki rodowód, ale chce wieść życie banity. Jest ulicznym wojownikiem, choć kosztuje tyle, że spotkacie go raczej obok pól golfowych niż pod piwiarnią. Oto i on – BMW R 1150 Rockster.

Zobacz całą galerię

Zawsze zastanawiałem się, jak powinien wyglądać rasowy streetfighter. Wielu moich kumpli twierdzi, że taka maszynka przede wszystkim musi być zajebista – cokolwiek miałoby to znaczyć. Nieważne, czy parkujesz pod sklepem, czy też powoli toczysz się głównym deptakiem w twoim mieście. Ważne, aby wszyscy – młodzi i starzy – na widok streeta odwrócili głowy i spojrzeli z podziwem na twojego bike’a. Jasne, że będzie to inny podziw niż na widok najnowszego Gold Winga, którego za wszelką cenę będą próbowali dotknąć, pogłaskać każdy przycisk i pokręcić każdym pokrętłem. Streetfigter ma budzić respekt. Przecież jego właściciel jest twardym gościem o naturze rottweilera. No wiesz, jest miły dopóki nie wkroczysz na jego terytorium – w tym wypadku jest nim motocykl. Co może się stać, gdy wejdziesz na jego teren, domyśl się. Jeszcze lepiej, gdy pojawienie się poprzedzi donośny ryk silnika. Swoją rolę powinny spełnić sportowe tłumiki, których odgłos przyprawi jednych o szybsze bicie serca, innych o drżenie nogawek.

Pora na mały show. Gaz do dechy, zaciskasz przedni hamulec, strzał ze sprzęgła, a wokół tylnej opony najpierw powoli, a potem coraz szybciej zaczyna unosić się mgiełka przypalonej gumy. Teraz nie pozostaje nic innego, jak wykonać stylowe wheelie i ku przerażeniu większości publiki pojechać w swoją stronę.

Niezła zabawa, której towarzyszy spore zdziwienie przechodniów i kierowców, to podstawa. Nie wszystkim przypadł do gustu ten sposób bycia i życia. Faceci w garniturach, przychodzący codziennie na ósmą rano do swojego biurowca w Monachium, mają na temat streetfighterów nieco odmienne zdanie. Według nich, motocykl ma kusić wyglądem, pozostawiając agresywny charakter pitbulla gdzieś za drzwiami. Dla nich ulicznym wojownikiem jest nowy BMW R 1150 Rockster.

Epokę, kiedy projektanci podczas projektowania bike’ów byli niezależni od pilnujących koszty ludzi z księgowości, mamy już dawno za sobą. Na szczęście, w Bawarii młodych zdolnych nie brakuje, a efekt ich wspólnej pracy od strony stylistycznej naprawdę robi wrażenie. Przepis był prosty jak przygotowanie pomidorowej. Z pół- ki zdjęto silnik z uniwersalnego modelu R 1150 R – który na wszelki wypadek poddano drobnym modyfikacjom, skrzyżowano ze szczątkową przednią ramą i kołami z R 1100 S, a całość przyprawiono przednim reflektorem z off-roadowego GS-a. Przednia miniowiewka i szeroka kierownica dodały Rocksterowi cech buntownika. Ostatnie słowo należało do plastyków, którzy okrasili to cudo agresywnymi kolorami (takiej czerni nie spotkasz nigdzie indziej!) i nietypowym lakierowaniem. I oto stoi przed nami seryjnie produkowany streetfighter. Jasne że dotychczasowi właściciele aut BMW mogą doznać szoku. Przecież do tej pory w ofercie nie było takiego dziwaka. Ale czasy się zmieniają.

     
Dwie świece na cylinder i magnezowe pokrywy rozrządu stają się powoli standardem w nowych BMW. Żart czy pomyłka – w BMW R 1150 R Rockster ABS jest seryjny.  W małym schowku pod siedzeniem ukryto zestaw naprawczy do opon. 


Słupek rtęci mimo zaklęć nie chciał podnieść się powyżej zera, ale już dłużej nie mogliśmy odkładać wypróbowania stojącego w garażu Rockstera. Szybkiemu ruchowi kluczyka w stacyjce towarzyszy dyskoteka kontrolek i dźwięk rodem z „Terminatora”, informujący o pracy pompy wspomagania hamulców. Mimo że beemka jest zasilana wtryskiem paliwa, na kierownicy pozostawiono małą dźwignię ssania. Krótkie wciśnięcie guzika startera: bokser ożywa. Chwila na zapięcie kasku i założenie rękawic wystarcza, by cylindry powoli zaczęły się rozgrzewać. Zaraz, zaraz, coś tu nie gra. Silnik pracuje, a z tłumika wydobywa się zaledwie cichuteńki bulgot. Czyżby Rockster był kastratem? Producent jest zobowiązany do przestrzegania ostrych niemieckich norm hałasu, a na dodatek w układzie wydechowym drzemie katalizator. Trudno. Nie pozostaje nic innego, jak rozejrzenie się za jakąś stylową puszką, która da bike’owi groźny odgłos.

Szybka regulacja klamek sprzęgła i hamulca, patent prosty i bardzo wygodny, i możemy ruszać. Silnik ciągnie czysto. Już od najniższych obrotów, poniżej 2000 obr./min, dysponujemy całkiem sporym momentem, który wynosi ponad 70 Nm. Jeżeli ktoś nie zamierza szaleć, wcale nie musi kręcić silnika na maksa. Mocny dół, w połączeniu z całkiem nieźle pracującą skrzynią biegów, wystarcza, by naprawdę dynamicznie poruszać się w mieście i poza nim. Jeśli ktoś spodziewał się eksplozji mocy w wyższym zakresie obrotów, będzie zawiedziony.

Przyzwyczajenia wymaga natomiast reakcja boksera na dodanie gazu. Na postoju siły bezwładności przechylają motocykl w prawo – praw fizyki się nie zmieni. Wystarczy przytrzymać kierownicę, by wszystko było pod kontrolą. Prawdziwa jazda zaczyna się dopiero na winklach. Redukcji biegu towarzyszy delikatne kiwnięcie motocykla. Na szczęście, z tą przypadłością można łatwo się oswoić. Dalsze podróżowanie jest już czystą przyjemnością. Podczas szybszej jazdy dają znać o sobie sportowe geny rodziców. Stabilne zawieszenia przejęte z R 1100 S sprawiają, że motocykl prowadzi się precyzyjnie i neutralnie, a z obranego kierunku nie wytrącą go nawet większe nierówności. Komu nie jest obca śrubkologia stosowana, może dostroić zawieszenie do własnych upodobań. W obu przypadkach (przód i tył) można zmienić napięcie wstępne sprężyn czy też tłumienie przy odbiciu. W przypadku Paralevera twardość sprężyny reguluje się wygodnym pokrętłem. Rozwiązanie tym lepsze, że błyskawicznie można zmienić parametry, gdy odepniesz kufry czy zabierzesz pasażera.

     
Niemiecka praktyczność – podgrzewane rączki przydadzą się zwłaszcza wiosną.  Drugie wcielenie – reflektor wymontowano z terenowego GS-a.  Nowy wymiar – choć białe, mrugają na żółto. 


Gadżetem, który za cholerę nie pasuje do wizerunku stereetfigtera, a bez którego wielu właścicieli bawarskich motocykli nie może się obejść, jest ABS. Żegnajcie zatem efektowne uślizgi tylnego koła podczas hamowania. Rocksterem pozostaje jeździć statecznie i bez ekstrawagancji, jak na arystokrat ę przystało. Jasne, z tego wynalazku cieszyć się będą goście, którzy wyłożą nieco ponad 60 000 złotych na swój pierwszy motocykl. ABS na pewno ułatwi im jazdę na śliskich jezdniach. Układ ten bardzo dobrze spisuje się na równych jak stół drogach, które w naszym kraju, szczególnie po zimie, są zjawiskiem rzadko spotykanym. Na pralkach i tarkach pozostaje więc nieco wcześniej rozpocząć hamowanie, chyba że ma się wykupioną polisę autocasco.

Tagi: test | BMW R 1150 R

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij