Motocykl poleca:

Boss Hoss ZZ4 350 2004

Poleć ten artykuł:

Amerykanie uwielbiają wszystko, co wielkie. Od kiedy pojawił się Boss Hoss z silnikiem o pojemności ponad 5,7 litra i mocy prawie 400 KM, termin ciężki motocykl nabrał nowego znaczenia. Od niedawna taki potwór jeździ po warszawskich ulicach.
Zobacz całą galerię

Motocykle napędzane silnikami z samochodów to nic nowego. Część eksperymentów z tej działki skończyła się wielką klapą. Na przykład produkowane kiedyś w Brazylii Amazonasy, wykorzystujące zespół napędowy z VW „garbusa”, okazały się ciężkie, niezgrabne i ślamazarne. Gdy twórcy samochodowo-motocyklowych hybryd zwrócą swoją uwagę w kierunku bardziej atletycznych dawców, na szosy wyjeżdża jednoślad cierpiący wprawdzie na nadwagę, ale zapewniający przyspieszenia myśliwca startującego na dopalaczu. Przykładami mięśniaków były niemieckie Mammuty, budowane przez Fridela Müncha na bazie silnika NSU. Jednak wszystkie te konstrukcje, nie mówiąc o typowych motocyklach seryjnych, bledną w zestawieniu z amerykańskim Boss Hossem. Już sam fakt, że najsilniejszą wersję megacruisera napędza silnik wyrwany spod maski jadącego pod trzy paki Chevroleta Corvette, świadczy o tym, że twórcy tego motocykla muszą być kosmicznie zakręceni. Aby stworzyć dwukołowe monstrum o masie 630 kg, dysponujące silnikiem V8 o pojemności 8,2 litra i mocy 502 KM, trzeba cierpieć na zanik szarych komórek odpowiedzialnych za rozsądek.

I to szaleństwo musi być zaraźliwe, skoro działająca od początku lat dziewięćdziesiątych firma Boss Hoss Cycles z Dyersburga w stanie Tennessee zdołała utrzymać się na rynku. Mało tego! Boss Hossami fascynują się nie tylko amatorzy motocyklowych wypraw ze wschodu kontynentu amerykańskiego na zachód i z powrotem, ale znajdują one chętnych również w naszej „ciasnej” Europie.




Pierwszy w Polsce
Od czasu, kiedy należący do warszawskiego oddziału HOG Krzysztof Kołodko na jednym ze zlotów w Austrii zobaczył Boss Hossa, „zachorował” na tę maszyn ę. Nie pomogły perswazje bardziej rozsądnych przyjaciół i w końcu Krzysztof dopiął swego. Maszyna, którą widzicie na zdjęciach, to pierwszy Boss Hoss w Polsce. Jest to model nieco lżejszy od topowego. Napędza go tzw. small block, czyli V8 o pojemności 350 cali3, a po naszemu 5735 cm3. Niskoobrotowa widlasta „ósemka” kręci się do 5800 obr./min, osiągając o 500 obr./min wcześniej moc 385 KM. Potężny silnik spoczywa w odpowiednio masywnym podwoziu. Wszystko w tej maszynie jest gigantyczne. Już sama długość Boss Hossa budzi szacunek – między jego kołami zmieści się niemal każdy motocykl seryjny. Natomiast próżno by szukać tu jakichkolwiek stylistycznych udziwnień. Zgodnie z upodobaniem większości Amerykanów, motocykl zbudowano według klasycznej recepty. W podwójnej ramie rurowej spoczywa silnik przykryty od góry pękatym zbiornikiem paliwa w kształcie gigantycznej kropli. Przednie koło prowadzi widelec teleskopowy, a tylne zawieszono na wahaczu współpracującym z dwoma amortyzatorami o rozmiarach, których nie powstydziłby się pick-up. Linia całej sylwetki oraz poszczególnych elementów zdradza wyraźne podobieństwa do krążowników H-D. Chwilami ma się wrażenie, że ktoś naszpikował anabolami Fat Boya.



Oko w oko z potworem
Choć nie widzę sensu budowania tak absurdalnie wielkich motocykli, to jednak muszę przyznać, że Boss Hoss robi niesamowite wrażenie. Fascynujące jest chociażby to, że pół tony żelastwa może tak żwawo poruszać się na dwóch kołach. Dźwięk, jaki wydaje przy tym widlasta „ósemka”, wywołuje gęsią skórkę. Na ogromnym prędkościomierzu figuruje liczba 270 km/h, ale firma twierdzi, że Boss Hoss jest w stanie pojechać znacznie szybciej. Nie mniej obiecujące są informacje na temat jego dynamiki. Niektórzy dealerzy podają nawet, iż maszyna osiąga 100 km/h w czasie poniżej dwóch sekund. Pojawia się wątpliwość, czy znajdzie się wystarczający twardziel, by odkręcić gaz do końca i nie wymięknąć, aż strzałka prędkościomierza osiągnie szczyt skali. Jedno jest pewne: możliwość uwolnienia jednym ruchem nadgarstka nieograniczonej mocy potrafi wywołać stan z pogranicza ekstazy. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę łatwość, z jaką Boss Hoss nabiera prędkości. Trzeba jednak przyznać, że prowadzenie tej góry stali i chromu nie sprawia większych problemów. Niezwykle pomocna jest tu dwuzakresowa, automatyczna skrzynia biegów. Wystarczy więc odpalić silnik, wybrać za pomocą nożnej dźwigni odpowiednią pozycję w skrzyni biegów, a resztę załatwia się gazem. Hydrokinetyczne sprzęgło dba o płynne ruszanie i spokojną zmianę przełożeń. Podczas zawracania i manewrów parkingowych przydaje się bieg wsteczny.

Przy ponaddwumetrowym rozstawie osi, slalom nie może być koronną dyscypliną Boss Hossa. Producent podaje, że maszyna umożliwia przechyły w zakresie 25º. To tylko o 3-4º mniej niż w Harleyu Fat Boyu. No tak, tylko kładzenie w winkle takiej masy to znów niezła próba odwagi.

Z całą pewnością Boss Hoss nie jest sprzętem dla niedoświadczonego jeźdźca. To wielka zabawka dla dużych, opanowanych i silnych chłopców.


Tagi:

Oceń artykuł:

5.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij