Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Custom bikes - Hemoroid

Dokładnie dwa lata temu opisałem w MOTOCYKLU historię powstania Harleya Spirita, draga z kompresorem i podtlenkiem azotu. Były to także wspomnienia o naszej, tzn. mojej i Cipióra, 30-letniej fascynacji motocyklami. Spirit spowodował, że postanowiliśmy pójść w szaleństwie o krok dalej. Tak powstał pomysł jeszcze bardziej absurdalnego customa. Tym razem miał to być chopper. Ale jaki!

Wymyśliliśmy dla niego sztywną ramę, kąt główki ramy 42O, 300-milimetrowe tylne koło, 2,3 litra z kompresorem mechanicznym i oczywiście podtlenek azotu. Zaczęliśmy od poszukiwania w USA ponaddwulitrowego silnika z kompresorem MagnaCharge (stwierdziliśmy, że nie ma sensu później kombinować, jak połączyć te elementy). Znaleźliśmy producenta, który miał zmontować silnik z kompresorem, wpłaciliśmy zaliczkę. Jednak tragiczna śmierć Cipióra zakończyła pracę nad tym projektem i na pewien czas odsunęła mnie od motocykli.

Gdy po paru miesiącach kupiłem nowego Fat Boya, po raz kolejny stwierdziłem – jazda „fabryką” to nie to. Dlatego na koniec sezonu bez przykrości rozstałem się z nim. Zacząłem kombinować, co dalej. Wiedzia- łem, że zawiłości techniczne kompresorów i wynalazków silnikowych to nie dla mnie. Ta działka bowiem należała do Cipióra. Czyli została mi stylistyka. Zawsze byłem zakochany w klimatach z lat 40. i 50. zeszłego wieku. Ponieważ nie chciałem mieć weterana, mój wybór był prosty – bobber, czyli połączenie oldskulowego wyglądu ze współczesną techniką.

Kupiłem mocno zmęczonego Springera, model Bad Boy z 1996 roku, i wystartowałem do walki. Tym razem postanowiłem samemu sprostać większości wyzwań. Zaopatrzyłem się więc w spawarkę TIG, tokarkę, frezarkę, wziąłem trochę lekcji od mistrzów fachu (dziękuję, panie Adamie) i ostro ruszyłem do boju. Rozbiórka Harego poszła szybko. Większość ze ściąganych elementów mówiła mi: mam już dość, więc kolejno żegnałem się z nimi. Tak oto zostałem z ramą, zespołem napędowym i zawieszeniami. Zawiasy mojego Springera, po całkowitym rozmontowaniu, także okazały się złomem. Na ponad 100 elementów 90 procent z nich zostało wymienionych na fabrycznie nowe. Jak wykazała przyszłość – słusznie, bo teraz zawieszenia spisują się znakomicie.

Najpoważniejszą częścią zadania była rama. Wiedziałem, że muszę ją poważnie zmodyfikować, nie naruszając konstrukcyjnie, ale zostawić klasyczny wygląd, wpisując się w styl sztywnych ram z charakterystycznym siedzeniem na sprężynach. I tu zadanie było najtrudniejsze. Po pierwsze, softailowa rama ma dwa wsporniki pod tylnym błotnikiem, będące jej integralną częścią. Trzeba było je usunąć. Wybrnąłem z kłopotu tak, że – po odcięciu wsporników – w części mocowania siodła wspawałem dwa wyfrezowane kształtowniki do zamocowania zbiorniczków od pneumatycznych amortyzatorów. W ten sposób linia sztywnej ramy została zachowana i efektownie zakończona.


 
Drugim problemem było wyczyszczenie części ramy pod siodłem. Wykonałem tam, szlifując i spawając, płaskie zamknięcie schowka pod akumulator i bezpieczniki. Niestety, straciłem dużo miejsca w stosunku do oryginału, w wyniku czego dopiero czwarty rodzaj akumulatora spełnił wymogi – małe gabaryty i duża moc rozruchowa. Reszta pracy z ramą była prosta – wspawałem nowe uchwyty pod bak, zbiornik oleju itd.

Aby uzyskać klasyczny wygląd, kupiłem efektowne, 80-szprychowe koła: przód 21’’, tył wąska (130) szesnastka. Bak to 12-litrowy, lekko przedłużony zbiornik od Sportstera. Jeśli chodzi o siedzenie, dało ono nazwę motocyklowi. Otóż jednym z pierwszych zakupionych elementów było metalowe, chromowane siedzenie, mające tylko dwie małe poduszki ze skóry. Skojarzenie miałem jedno – na takim siedzeniu można albo nabawić się, albo stracić hemoroidy.

Niestety, po zmontowaniu wszystkich elementów okazało się, że choć stylistycznie świetne, siodło jest ciut za małe. Zdecydowałem się zatem na skórzane siodło Corbina z wygrawerowaną nazwą, która już przyległa do tego Harego. Dobór siedzenia jest zresztą jednym z lepszych przykładów walki z materią. Dopiero piąty zakupiony zestaw sprężyn okazał się trafiony. Sprężyny były albo za wysokie, albo za szerokie, albo za miękkie.

Ozdobny motyw przewodni Hemoroida to chromowane elementy z otworami. Zaczęło się od czarnych, matowych wydechów, na których zamocowałem chromowane osłony z otworami. Podobne blachy, oczywiście dobierając szerokości elementów i średnice otworów, zamontowałem na tylnym błotniku i na baku. Z przodu zbiornika i na przednim błotniku zrobiłem negatyw motywu, czyli chromowane koła. Motyw chromowanego koła powieliłem ponad sto razy na zaślepkach osłaniających łby śrub. Część z nich kupiłem, ale kilkadziesiąt sam dotoczyłem z mosiądzu i pochromowałem. Zakryłem wszystkie łby śrub, nawet te od mocowania silnika pod ramą. Ot, taka ma- ła dewiacja.

 


Lakier to połączenie dwóch czerni – matowej (blachy) i błyszczącej (rama oraz kilka drobnych elementów). Emblematy i inne smaczki to oczywiście grawerowane chromowane elementy metalowe – nie lubię malowanek. Po lewej stronie na wahaczu znajduje się, zrobiona na zamówienie, mała skórzana sakwa na narzędzia i na zestaw przeciwdeszczowy. Nie byłbym sobą, gdybym całości nie doprawił „pieprzem z papryką”, czyli małą instalacyjką podtlenku azotu.

Całość wyszła OK, co potwierdziła już pierwsza prezentacja – na zlocie H-D w Bochni Hemoroid zdobył nagrodę za oryginalność i urodę. Również sesja fotograficzna dla jednego z amerykańskich miesięczników motocyklowych jest chyba dowodem na to, że trafiłem.



No dobrze, ale co z komfortem jazdy? Tu Hemoroid zaskoczył mnie na plus. Softailowe zawieszenia i sprężyny siodła to całkiem dobry zestaw – bez problemu pokonałem jednym ciągiem 800 km. Zawieszenie typu Springer w oryginalnym wykonaniu H-D (jeśli jest na 100% sprawne) zapewnia spokój, nawet przy dużych prędkościach i na krętych drogach.
Moja walka z materią trwała 159 dni. Ostatnie dwa miesiące budowy to praca po 12- -14 godzin dziennie. Mam nadzieję, że Cipiór, który na pewno obserwował gdzieś z góry moje zmagania, jest zadowolony z efektu końcowego. Pewnie z wyrozumia- łością patrzył, jak po raz dziesiąty coś spieprzyłem. Jako starego zgrywusa, zapewne ubawiła go nazwa tego bobbera. Mam nadziej ę, że widać serce włożone w projekt, bo poświęciłem tego Harego pamięci Bogusia „Cipióra” Sikory.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Dokładnie dwa lata temu opisałem w MOTOCYKLU historię powstania Harleya Spirita, draga z kompresorem i podtlenkiem azotu. Były to także wspomnienia o naszej, tzn. mojej i Cipióra, 30-letniej fascynacji motocyklami. Spirit spowodował, że postanowiliśmy pójść w szaleństwie o krok dalej. Tak powstał pomysł jeszcze bardziej absurdalnego customa. Tym razem miał to być chopper. Ale jaki!
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 04:32:48