Motocykl poleca:

Dreambike H-D WLA Chopper 2002

Poleć ten artykuł:

Choć ten Harley ma już 60 lat, na postoju nie uroni ani kropli oleju. Pali zawsze od pierwszego kopa, a w minionym sezonie przejechał bezawaryjnie 15 tys. kilometrów.

Zobacz całą galerię

Niska, sztywna rama, długi przód i wysoka kierownica – oto najprostsza definicja klasycznego choppera. Irek Cendrowski ujrzał taką maszynę we wczesnym dzieciństwie i od tego czasu choppery stały się jego obsesją. Utwierdzał się w niej jeszcze, oglądając setki pism poświęconych motocyklom customowym. Reszty dokonał nie wiadomo ile razy oglądany film „Easy Rider”. Teraz świat może sobie gnać do przodu. Japończycy mogą konstruować coraz doskonalsze, coraz szybsze zelektronizowane bolidy. Jego to nie obchodzi. Dla niego wszystko zaczyna się od dłubania we wnętrznościach starego Harleya, a kończy na jeździe na nim. Reszta jest tylko nic nieznaczącym tłem.


 
Zanim jednak mógł dosiąść własnego, zbudowanego od podstaw choppera, poznawał tajniki konstrukcji motocykli, remontując stare M-ki i tym podobne wysłużone i zajeżdżone na śmierć maszyny. Miał takich sprzętów kilka i żaden z nich nigdy nie pokonał dłuższej trasy. Ktoś inny, będąc na jego miejscu, być może zniechęciłby się, ale Irek nie rezygnował. Stopniowo z kompletnego laika przeistaczał się w coraz bardziej sprawnego mechanika. Wreszcie kupił pierwszego Harleya. Minęło jeszcze kilka lat, zanim „wuelka” wyglądała jak cywilny model opuszczający przed wieloma laty bramy fabryki w Milwaukee. Odremontowany Harley znalazł nowego właściciela, a Irek mógł zarobione pieniądze i zdobyte doświadczenie wykorzystać do realizacji odwiecznego marzenia – budowy własnego choppera.

Początki nie były łatwe. Zakupiona okazyjnie sztywna rama od choppera napędzanego górnozaworowym silnikiem Shovelhead nijak nie chciała pasować do zespołu napędowego WLA z dolnozaworowym silnikiem o pojemności 750 cm3. W końcu Irek zdecydował się zbudować własną ramę. Znowu w ruch poszły setki customowych czasopism i katalogów. Na tej podstawie, po dokonaniu koniecznych pomiarów, Irek zaprojektował i dokładnie rozrysował ramę. Dużo wody w Wiśle musiało upłynąć, zanim znalazł profesjonalny warsztat gotów podjąć się wykonania ramy. W końcu jej budowa została zakończona. Trwało to cały rok. Ramę wykonano ręcznie wedle dawnych zasad. Jedynym miejscem, gdzie można dostrzec spawy, jest główka. Pozostałe połączenia wykonano techniką lutowania mosiądzem. Przystępując do projektowania choppera, Irek dokładnie wiedział, czego oczekuje od swego motocykla. Chopper z założenia miał służyć do spokojnej, kontemplacyjnej jazdy. W tej zabawie chodzi o to, by widzieć i być widzianym. Jeździec musi mieć sposobność rozkoszowania się wiatrem, musi słyszeć gang silnika, a sztywna rama ma pozwalać dokładnie czuć drogę. Wszystko jest podporządkowane stylowi. Maszyna musi mieć odpowiednią „gangsterską” prezencję. Budowanie choppera jest sztuką, a powstały w efekcie motocykl jeżdżącą rzeźbą. Sprawy techniczne grają tu mniej ważną rolę. Oczywiście, motocykl powinien być w pełni sprawny – tu nie może być żadnej lipy! Praca przy motocyklu kosztuje wiele wyrzeczeń, ale to też wielka przygoda, ciągłe poszukiwanie, odkrywanie czegoś nowego. Potem przychodzi satysfakcja.


Wjeżdżasz czymś takim na zlot i nagle milkną rozmowy, ludzie podchodzą i oglądają. Jedni pukają się w głowę, jak można w ogóle jeździć takim dziwolągiem, a inni nie mogą spać po nocach. Ci drudzy, jeśli będą dość konsekwentni, by pokonać po drodze wszystkie problemy, przeżyją radość tworzenia i w końcu zaznają trudnej do opisania przyjemności jazdy na własnej niefabrycznej maszynie. To daje niesamowitego kopa, daje uczucie niezależności i indywidualności. Dzięki temu właśnie, ekranowy mit może wciąż na nowo odradzać się w rzeczywistości.

W końcu i dla Irka nadszedł ten dzień, kiedy mógł po raz pierwszy odpalić maszynę i ruszyć w drogę, ale i to na początku nie było łatwe. Niska, osadzona ledwie 6 cm nad ziemią maszyna, długi przód, do tego wysoka kierownica, ręczna zmiana biegów, nożne sprzęgło i brak przedniego hamulca nie ułatwiały zadania mało doświadczonemu jeźdźcowi. Podczas pierwszych jazd bywało, że wpisując się w winkiel, nie mieścił się na drodze. Kończył zakręt na chodniku i między przechodniami wracał na drogę. Dziś wspomina to z rozbawieniem, bo jazda na tym chopperze jest dla niego tak łatwa i naturalna, jak chodzenie. Opuścił go nawet dawny spokój. Jeździ teraz szybciej i sprawniej, nawet korki w mieście nie są żadną przeszkodą. W czasie swego życia chopper był już wielokrotnie przerabiany. Irek specjalnie zaprojektował go tak, by wymieniając kilka elementów można było zmieniać charakter maszyny. Teraz myśli już o nowym motocyklu, bo jak twierdzi, temu w końcu może zrobić się przykro, że tyle razy zmienia mu się szaty i z tego wszystkiego jeszcze zwariuje. Nowa maszyna oczywiście też będzie chopperem. Do napędu posłuży większy, mocniejszy silnik. W grę wchodzi tylko Harley-Davidson. Najprawdopodobniej tzw. spuchlak, bo Irek na dobre rozsmakował się we flatheadach. Nowe maszyny go nie kręcą. Nie mają tej klasy, co stare.

Tagi: test | Harley-Davidson

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij