Motocykl poleca:

Harley-Davidson 16 F: Prawdziwa legenda

Poleć ten artykuł:

Legenda, mit, ikona – gdy mowa o Harleyach, takie określenia same cisną się na usta. Tym bardziej dotyczą one modelu 16 F – maszyny z 1916 r., która rozsławiła w świecie widlasty silnik z Milwaukee.  

Harley-Davidson 16 F Zobacz całą galerię

Gdy powstawał, przejażdżka na nim była poza zasięgiem Europejczyów. Jednym z powodów może być to, że w 1916 roku ludzie ze Starego Kontynentu mieli poważniejsze problemy: I wojna światowa trwała w najlepsze. Na szczęście jestem w innym miejscu i w innym czasie.

Przede mną wije się otoczona drzewami wąska droga, którą od czasu do czasu przejeżdża jakiś samochód. To fajne miejsce na spotkanie z Harleyem nam się porwać na jeden dzień, należy do zaprzyjaźnionego kolekcjonera i fana amerykańskiej marki. Co więcej – ten okaz jest na chodzie, mimo że na co dzień robi za eksponat w prywatnym muzeum.

Na szaro lepiej
Szary, mieniący się niebieskawo lakier wyraźnie odcina się na tle zieleni drzew. Rok 1916 był ostatnim, w którym Harley- -Davidson stosował malowanie zwane silent grey fellows z 1911 roku. Późniejsze, identyczne pod względem konstrukcyjnym roczniki tej maszyny, których amerykańska armia używała podczas I wojny światowej, były malowane na oliwkową zieleń. Moim jednak zdaniem, szary wygląda szlachetniej.

Po kilku kopnięciach startera i krótkim zmaganiu się ze ssaniem, silnik zaskakuje. Tak ten niewielki motocykl rozpoczyna swoje wielkie show. Gang jest mocny, choć niezbyt głośny, słychać, jak pracują mechaniczne elementy silnika. Odsłonięte popychacze i dźwigienki zaworów dolotowych na moich oczach wykonują mechaniczny balet, motocykl drży w rytm zapłonów, a rosnąca temperatura silnika sprawia, że nieruchome przedtem krople oleju na silniku najpierw tworzą małe obłoczki, a potem znikają.

Aby ruszyć z miejsca, muszę wykonać zupełnie inną sekwencję ruchów niż we współczesnym motocyklu. Różnią się one także od tego, do czego przyzwyczaiły mnie inne zabytki. Dziś na przykład po raz pierwszy mam do czynienia z nożnym sprzęgłem, a biegi przełącza się dźwignią umieszczoną z lewej strony przy baku.

Chcąc przerzucić bieg, mimowolnie przekładam prawą rękę na lewą stronę, co chyba pozostało mi z czasów, gdy dosiadałem BMW R 32. Obsługiwane lewą stopą sprzęgło strasznie trudno dozować. Dzieje się tak za sprawą mechanizmu chroniącego przed niekontrolowanym włączeniu go pod wpływem wibracji silnika. Na szczęście dość szybko opanowuję zapinanie biegów lewą ręką. Mogę więc obsługiwać nią też sprzęgło. Motocykl ma bowiem też dźwignię znajdującą się nieco z tyłu z lewej strony pod bakiem. Tak jest lepiej, a silnik pracuje równiej. Zębatki trzech biegów szybko i bez zgrzytów znajdują właściwe położenie.

Opony z czasem się uelastyczniają, pozwalając nawet na coś w rodzaju złożeń, dzięki którym przeganiam staruszka po paru zakrętach. Mimo że 100 lat temu trudno było przewidzieć, że ktoś kiedyś podda maszynę takiej próbie, 16 F zdaje ten egzamin bez większej napinki.

100 km/h stulatka
Ledwie 150-kilogramowy 16 F jest bardzo poręczny. Połączenie zwinnego podwozia z widlakiem o pojemności 989 cm3 sprawia, że cały czas mam banana na twarzy. Ten dwukołowy dziadek jest dobrze wy chowany, niemniej ma charakter, który pokazuje, wibrując, grzmiąc, kapiąc olejem, buntując się, gdy przeganiam go po nierównościach i parząc mnie w prawą łydkę, gdy przypadkowo zbliżę ją do żebrowanych cylindrów. Ergonomia współczesnych maszyn jest dla niego pojęciem obcym i pewnie właśnie dlatego kontakt z 16 F sprawia mi aż taką frajdę.

Maszyna na prostych odcinkach rozpędza się do 100 km/h i całkiem dobrze radzi sobie na podjazdach. Nic zatem dziwnego, że napędzający go silnik IOE (zwany też F-head) produkowano aż do 1929 r. Jego zawór ssący znajduje się w głowicy, a wydechowe w bloku każdego z obu cylindrów. Stąd IOE: Inlet Over Exhaust – wydech nad ssaniem.

Niestety, czasem 16 F mknie żwawiej niżbym chciał. Moment hamujący silnika jest niewielki, możliwości tylnego bębnowego hamulca dość skromne, zaś hamulec ręczny – działający na ten sam bęben, tylko od zewnątrz – można uznać za symboliczny. Dlatego – przejeżdżając kolejne miejscowości, gdzie była możliwość spotkania z samochodem, którego kierowca nie zechce ustąpić mi pierwszeństwa lub na coś się zagapi – mocno zwalniałem i stawiałem raczej na przewidywanie niż na hamulce.

Za młody, za stary...
Nie przeszkadzało mi to, bo 16 F to najfajniejszy Harley, jakim kiedykolwiek jechałem! A przecież jeszcze kilka dni wcześniej, tak jak wielu, sądziłem, że na Harleya jestem jeszcze za młody. 16 F pokazał mi, że to nie ja jestem za młody na nowoczesne Harleye, to nowoczesne Harleye nie są dla mnie dość stare!

Tagi: raport z jazdy | Harley-Davidson | Harley-Davidson 16 F | legenda

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij