Motocykl poleca:

Harley-Davidson FLHRC Road King Classic (cz. 2) – strzelanie fochów

Poleć ten artykuł:

Kiedy w październiku 2008 r. H-D Road King Classic po raz pierwszy zagościł na redakcyjnym parkingu, nikt z nas nie przypuszczał, że ta znajomość potrwa tak długo.
harley-davidson-flhrc-road-king-classic-test-dlugodystansowy-03.jpg Zobacz całą galerię

Po początkowych żartach, nawiązujących do wąsatych kolesi w skórzanych slipach i ciemnych okularach, ten amerykański koleżka stał się pożądanym towarzyszem. Punkty do lansu wynikające ze znaczka na zbiorniku paliwa i bonus do prestiżu to niejedyne, co Road King Classic ma do zaoferowania. Trzeba go pochwalić za znośne osiągi, uzbrojone w ABS hamulce i – dzięki sztywniejszej ramie – całkiem dobre prowadzenie. Mimo znacznych gabarytów i masy, nieźle radzi też sobie w miejskim ruchu. By sprawnie przemykać wśród samochodów, trzeba się jednak z tym motocyklem nieco oswoić, bo jazda trochę przypomina bieg z taczką cegieł. Na prostej jest OK, ale bardziej skomplikowane manewry warto zawczasu przemyśleć, zwłaszcza jeśli będą wykonywane przy niewielkiej prędkości. Jest to jednak naturalna cecha tego gatunku, tak jak długaśna sylwetka, połacie chromu i obszyte skórą sakwy.

Tak nawiasem, sakwy budzą mieszane uczucia. Z jednej strony Harry wygląda bez nich jak facet w dziurawych skarpetkach, z drugiej jako integralna część maszyny powinny być solidniej przytwierdzone. Odczepienie każdej zajmuje bowiem tylko kilka sekund i nie wymaga użycia narzędzi. Sytuację odrobinę poprawiło zastąpienie oryginalnych śrub szybkozłączek zwyczajnymi, drobnym gwintem samokontrującą nakrętką. Niemniej jednak złodziej, jak się uprze, na bank poradzi sobie z takim zabezpieczeniem. Nas na szczęście ominęły tego typu przygody.



Koniec idylli
Pierwsze 12 tys. km Road King nakręcił niemal bezstresowo. Niestety, idylla skończyła się, gdy licznik pokazał 12 456 km. Pękł wtedy spaw łączący rurę wydechową z prawym tłumikiem. Nie przejęliśmy się, bo ileż może potrwać wymiana takiej pierdoły? Motocykl trafi ł do serwisu i tam na dobre utknął. Był ostatni dzień lipca Roku Pańskiego 2009. Minęło lato, nadeszła jesień, aż wreszcie 19 listopada dostaliśmy cynk, że sprzęt jest do odebrania.

Wielu zakończyło już sezon, my jednak postanowiliśmy, że zanim na dobre zacznie się zima, Harley nakręci jeszcze nieco kilometrów. Pomknął więc do Gdyni, by wziąć udział w paradzie „Mikołaje na motocyklach”, po czym sypnęło śniegiem i Harry zabunkrował się w firmowym garażu.

Zimowy sen potrwał do końca marca. Wtedy Road King znów wyruszył na drogi, jednak przy przebiegu 15 111 km włączyła się kontrolka silnika. Maszyna trafiła do serwisu, tym razem na szczęście tylko na dwa dni. Po podłączeniu do komputera okazało się, że to jakiś stary błąd tempomatu, który wykasowano.

Po niecałych 100 km kontrolka rozbłysła znowu i ponownie winny okazał się błąd tempomatu. Przy okazji tej naprawy podciągnięto pas napędowy. 16 540 km: przegląd. Wymieniono świece, płyn hamulcowy, olej w przednich teleskopach, oleje w silniku, sprzęgle i skrzyni biegów, klocki hamulcowe, a także, jak się okazało, uszkodzony włącznik tempomatu. później trzeba było dokręcić stelaż tylnych kierunkowskazów, a także wkręcić śrubkę mocującą przełączniki z lewej strony kierownicy. Niby nic takiego, ale jako że to śrubka calowa, więc trzeba było udać się po nią do serwisu.


Ulubionym środowiskiem tej maszyny są dobre, proste drogi, pokonywane w słonecznydzień.

Długa seria fochów
Następnie maszyna pojechała na Śląsk i Podhale, po czym, w przeddzień wyjazdu do Warszawy na Extreme Moto, wycięła kolejny numer. Po serii makabrycznych szarpnięć i stuków spod kapy sprzęgła, motocykl odmówił współpracy. Silnik, owszem, działał, jednak jechać się nie dało i trzeba było wzywać lawetę. Jak się później okazało, pas napędowy stracił większość zębów. Tym razem motocykl stał w serwisie od 25 czerwca do 10 sierpnia. Wymieniono pas, oba koła pasowe (zdawcze i napędowe), przy okazji zamontowano nowe łożyska w tylnym kole. Sprawdzono także sprzęgło oraz mechanizm skrzyni biegów.

Gdy odebraliśmy maszynkę z serwisu, wszystko zdawało się być w najlepszym porządku, jednak trzy dni później – w piątek, trzynastego! – po przejechaniu 38 km nowiuteńki pas napędowy urwał się, gdy Harry był na środku jednego z ruchliwszych wrocławskich skrzyżowań. Spychanie przy akompaniamencie klaksonów tego ważącego ponad 300 kg smoka nie było miłym doświadczeniem.

Tym razem Road King rozstał się z nami do 19 października. Od powrotu przejechał nieco ponad 400 km, po czym zima zapędziła go do ciepłego garażu. My zaś główkujemy, co może jeszcze wyciąć. Można by zapytać: co to za motocykl, który przez dwa lata testu w serwisie spędza ponad 200 dni? Prowadzona na bieżąco papierologia nie pozostawia wątpliwości: żadna z awarii, które przytrafiły się Harremu, nie była poważna. Były upierdliwe, denerwujące, ale poważne – nie!

Tagi: Harley-Davidson | FLHRC Road King Classic

Oceń artykuł:

2.7

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij