Motocykl poleca:

Harley Davidson FLHTC Electra Glide Classic 2004 cz2

Poleć ten artykuł:

Testowana przez nas Electra powoli zbliża się do końca testu (patrz: nr 2/2004). Na liczniku ma już ponad 20 000 km, a my ciągle szukamy jej słabych punktów.
Zobacz całą galerię

Nie ma nic gorszego, jak bezawaryjny motocykl! Dziwicie się, czemu tak mówię? A jak tu się nie denerwować, gdy trzeba coś napisać o maszynie, która wjeżdża do serwisu jedynie po to, by zaliczyć standardowy przegląd okresowy? Która zawsze dowozi cię do celu, a jedynym zadaniem właściciela jest lanie benzyny i pilnowanie, by poziom oleju mieścił się pomiędzy kreskami na bagnecie? Dobra, słabym punktem mogą być żarówki, ale w naszym przypadku te za cholerę nie chciały się przepalić. Po prostu powiało nudą. Na szczęście, tegoroczna lekka zima dała szansę przedłużenia sezonu i sprawdzenia, jak maszyna spisuje się w temperaturach dalekich od afrykańskich upałów.

A w chłodne dni Harley czuje się nieźle. Odpalanie nie stanowi najmniejszego problemu – trzeba wyciągnąć dźwignię ssania i co najwyżej odczekać dwa obroty więcej, by silnik obudził się do życia. Rozgrzewanie jednostki natomiast trwa dłużej, ale trudno się temu dziwić, skoro na dworze słupek rtęci spadał w okolicę zera. Gdy już silnik nabierze właściwej temperatury, od jego cylindrów promieniuje przyjemne ciepełko. Podróżowanie w takich warunkach to prawdziwa przyjemność, tym bardziej że budząca wiele kontrowersji wysoka przednia szyba znakomicie chroni przed pędem chłodnego powietrza. Opowieści o wirach, które będą szarpały głowami podczas szybszej jazdy, można włożyć między bajki. Dużo większym problemem jest dbanie o to, by była ona czysta i nieporysowana. Jazda nocą, gdy blask latarni zamienia się w feerię majaczących kółek, jest co najmniej męcząca.




Nadejście chłodów Electra manifestowała wyższym zużyciem paliwa. O ile podczas pierwszej części testu średnio zużyła ona 6,83 l na 100 kilometrów, o tyle zimą zużycie podskoczyło do poziomu 7,53 l/ 100 km. Teoretycznie niewielka różnica, jednak – przy pojemności zbiornika paliwa wynoszącej 19 litrów – oznacza, że na jednym tankowaniu przejedziecie dystans o 40 kilometrów krótszy. Teraz, gdy zrobiło się cieplej, zużycie paliwa wróciło do początkowego poziomu.

W poprzedniej części chwaliliśmy pokładowy zestaw hi-fi. Nadal gra on znakomicie, a wielu nie było w stanie ukryć zazdrości, gdy wkładałem płytę CD. Niestety, sprzęt okazał się bardzo czuły na wilgoć, przed którą jest kiepsko zabezpieczony. Wystarczył jeden przejazd autostradą podczas słabego deszczu, by radio całkiem zgłupiało. Objawami było przełączanie bez ładu i składu programów i przeskakiwanie pomiędzy zakresami fal i odtwarzaczem CD. Żaden z przycisków na kierownicy nie był w stanie przerwać tego szaleństwa, a przechodnie z niedowierzaniem patrzyli na gościa, który za wszelką cenę starał się zrobić coś z oporną materią. Przypadłości skończyły się jak ręką odjął po nadejściu ciepłej i słonecznej wiosny. A więc, panowie, wniosek jest jeden – jeśli kupiłeś wypasioną Elektrownię, podczas deszczu chowaj ją do garażu. Ona nie lubi być mokra. W przeciwnym wypadku będziesz miał problemy, i to spore.



Mocną stroną naszego Harleya okazała się jakość lakieru i chromów. Mimo częstego jeżdżenia po drogach posypywanych solą, wiosenne mycie pozwoliło na nowo odkryć blask stojącej w słońcu Elektrowni. Na żadnym elemencie nie znaleźliśmy nawet najmniejszych śladów rdzy, a jakość chromów wpędziła w zdumienie gości z myjni: „To niemożliwe – żadnych zadrapań, rysek, zmatowień!” Po prostu najwyższa klasa.

Wysokiej jakości nie dowiódł natomiast niestety prawy tłumik. Mimo wymiany, chroniącej go gwarancji, przy przebiegu zaledwie 8595 kilometrów, ponownie zabarwił się na żółto. Ten model po prostu tak ma i trudno będzie cokolwiek z tym zrobić, chyba żeby spróbować wymienić puszkę na inną. Od pomysłu do wykonania droga okazała się niezwykle krótka. Kilkanaście minut z katalogiem na kolanach, rozmowa z kolesiami w serwisie i wszystko stało się jasne. Wymieniamy tłumiki na model Screamin’ Eagle. Efekt okazał się po prostu porażający. Odblokowany silnik zabulgotał w końcu swoim przepięknym basowym pomrukiem, a na wykresie mocy przybyły kolejne cztery konie. Co prawda, przejazd osiedlową drogą kończy się zwykle wyciem samochodowych alarmów, ale dla tego dźwięku, szczególnie podczas odkręcenia z wolnych obrotów, warto wysłuchać obelg facetów, którzy nie są pewni, czy ktoś nie odjeżdża ich furą. Ten odgłos jest wizytówką Harleya i kastrowanie motocykla seryjnymi tłumikami jest jak założenie adidasów do garnituru.



W najbliższym czasie Electra powinna cało i zdrowo dotrzeć do mety naszego testu, a wtedy.... Radzimy, nie przegapcie numeru z podsumowaniem testu.

W naszej „długodystansowej” kolejce czekają już Suzuki DL 650 V-Strom i Yamaha FZ6.

Tagi: Harley-Davidson | FLHTC | Electa Glide | Classic | test długodystansowy | część 2

Oceń artykuł:

2.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij